Blisko ludziNajpierw raka pokonał Maciek. Teraz o życie walczy jego żona Ania

Najpierw raka pokonał Maciek. Teraz o życie walczy jego żona Ania

Najpierw raka pokonał Maciek. Teraz o życie walczy jego żona Ania
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne
Magdalena Drozdek

08.11.2016 11:41, aktual.: 28.05.2018 15:02

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Ania i Maciek są małżeństwem od 14 lat. Kiedy przysięgali sobie być razem „w zdrowiu i w chorobie” to nie spodziewali się, jaki plan ma na nich los. Najpierw na raka zachorował Maciek, teraz z nowotworem walczy Ania. Tym razem ta walka jest znacznie trudniejsza niż w przypadku jej męża.

Maciek

- Ludziom się wydaje, że nowotwór dotyka tylko starszych, tych 50+, a to nie prawda – mówi Maciek. Jemu postawiono diagnozę półtora roku temu. Miał wtedy 36 lat, żonę, kota i poukładane życie. Trzeba było więc o nie walczyć.

- Nowotwór, który zdiagnozowano u mnie, dotyka bardzo często młodych chłopaków. Ze mną na oddziale leżał 21-latek i drugi chłopak, który miał 24 lata. Prawda jest taka, że nowotwory męskie, czyli nowotwory jąder, prostaty dotykają właśnie tych młodych mężczyzn, którzy się po prostu nie badają. Naprawdę nie ma reguły na to, że nowotwór to choroba starszych – opowiada.

Zaczęło się od bólu przypominającego przepuklinę. Jak wspomina Maciek, miał dużo szczęścia, bo w odpowiednim momencie trafił na Szpitalny Oddział Ratunkowy w Gdańsku, gdzie wykonano mu wszystkie potrzebne badania. USG jednoznacznie potwierdziło, że to nie przepuklina, a nowotwór. Urolog przygotował go na dalsze działanie, opowiedział o czekającej go operacji. Potem Maćkiem zajęli się onkolodzy ze szpitala na gdańskiej Zaspie.

Chemioterapia, jak we wszystkich takich przypadkach, była wykańczająca. Maciek miał jednak Anię, która była przy nim cały czas.

We wrześniu ubiegłego roku zakończył leczenie. Lekarze stwierdzili, że na tym etapie jego zdrowiu nic nie zagraża. Po tym trudnym czasie postanowili wyjechać na urlop. Po powrocie mieli zacząć nowy etap w swoim życiu. Tylko że nie tego się spodziewali.

- Myślałem, że limit nowotworu w naszym związku wyczerpałem, ale jednak okazało się inaczej. Zanim człowieka nie dotknie rak, to ma to przekonanie, że on doświadcza wszystkich dookoła, ale nie mnie. I nagle ktoś stawia ci taką diagnozę. Zmienia się postrzeganie świata. Myślisz: „dobra, miałem jeden nowotwór, mogę mieć kolejny”. Nigdy w życiu nie spodziewałbym się, że kiedy ja zachoruję na nowotwór, to w tak krótkim czasie dotknie on moją żonę, moją najbliższą osobę – opowiada Maciek.

Ania

- Po powrocie z tego wypoczynku poczułam się bardzo źle. Gorączka, kaszel, potworny ból lewej strony pleców, gigantyczne osłabienie – myślałam, że to grypa. Jak zwykle wpakowałam się do łóżka i czekałam, aż przejdzie. Nie przeszło… Pojechaliśmy z mężem na SOR. Po wielu perypetiach, wielu godzinach spędzonych na korytarzu udało się nam wreszcie skonsultować z lekarzem. Bardzo kompetentnym i rzeczowym, który nie bagatelizując mojego przypadku, zlecił serię badań. Jestem mu za to bardzo wdzięczna. Kto wie, co stałoby się, gdyby ktoś zlekceważył moje objawy? – wspomina Ania.

Ze zdrowiem miała problemy od lat. Borykała się z różnymi dolegliwościami – od alergii po zatrucia. Jakiś czas temu lekarze zdiagnozowali u niej także Hashimoto. - Przez to, że Ania ma problemy ze zdrowiem od lat, to też jest wyczulona na różne objawy. Nie tak jak przeciętny Kowalski, który jak go coś zaboli to panikuje. Po prostu znając swój organizm, zauważyła, że ma jakieś specyficzne dolegliwości – wspomina Maciek.

Na endokrynologii przez kilka tygodni szukano przyczyn pogorszenia się zdrowia Ani. Z jednej strony podejrzewano sarkoidozę, która często towarzyszy Hashimoto. Z drugiej strony znaleziono zakrzepy w nogach. Podejrzenie spadło na zatorowość płucną przy zakrzepicy. Lekarzom nie dawały spokoju jednak zmiany, które pojawiły się na płucach kobiety – miały dla nich charakter nowotworowy.

Szukali raka, ale nie mogli go znaleźć. Prześwietlali Anię z góry na dół. Zrobili badania okulistyczne, EKG, badania szyjki macicy i całą pozostałą serię możliwości. Potwierdziło się, że zmiany oznaczają sarkomę Erwinga. Źródło nowotworu było w udzie. Ukryło się pod skrzepem, dlatego na początku nikt go nie dostrzegł.

Po trzech tygodniach dociekania, co jest nie tak z jej zdrowiem, Ania dowiedziała się, że zostało jej pół roku życia.

- Rak jest agresywny i bardzo szybko postępuje. Lubi się przerzucać. Chemia, którą Ania otrzymuje, ma go spowolnić, zanim uda nam się znaleźć odpowiednią terapię – mówi Maciek.

Obraz
© Archiwum prywatne

Kto przewidziałby taki scenariusz? Maciek mógł liczyć na Anię, więc teraz to ona potrzebuje jego wsparcia. Szczególnie że chemioterapia to niewyobrażalne cierpienie. – Najgorsza grypa świata, żołądkowa, jelitowa czy razem wzięte nie mogą równać się z samopoczuciem po chemii. Nie miałam siły się myć, iść do toalety czy normalnie zrobić sobie jedzenia – wspomina Ania.

- Sama walka z nowotworem jest ciężka i heroiczna. Sam wiem, bo przez to przechodziłem. Mój nowotwór był dużo „lepszy”, lepiej rokujący, to jednak sam etap chemioterapii, gdy człowiek zmaga się z tym, żeby pokonać 3-4 stopnie, staje się wyczynem. I z jednej strony potrafię sobie chociaż trochę wyobrazić Ani samopoczucie. Z drugiej jest ta bezsilność. Chciałoby się jakoś zaradzić cierpieniu, odebrać jak najwięcej bólu, strachu, lęku... Można próbować, ale tego się nie uda zrobić – przyznaje jej mąż.

Walka

Ten nowotwór zdarza się raz na kilkaset tysięcy przypadków. Maciek, jak sam przyznaje, miał lepiej na starcie, bo rokowania w jego przypadku były dobre. Ratunkiem dla Ani jest dziś już tylko leczenie eksperymentalne. W dodatku kosztowne.

Nadzieję na dalszą walkę daje Instytut Champions Oncology, działający przy Uniwersytecie Johna Hopkinsa, który swoją filię ma m.in. w Londynie. Naukowcy dostosowują terapię do każdego pacjenta indywidualnie. Sam proces szukania leku zajmuje im około 4 miesiące, więc muszą działać już teraz. Są w trakcie procesu rejestracyjnego, ale by zacząć leczenie, muszą uzbierać odpowiednią kwotę.

100 tys. złotych – taki rachunek im wystawiono.

Szybko okazało się, że bez wsparcia obcych ludzi nie będą w stanie zgromadzić w krótkim czasie tak dużej sumy. Ania straciła pracę, więc niewiele są w stanie sami odłożyć. Eksperymentalnego leczenia muszą spróbować, bo być może za kilka lat ich przypadek pozwoli ustanowić nowe metody leczenia dla innych chorych. - Lekarze w Polsce stosują chemioterapię, która jest światowym standardem jako takim. Ta chemia służy temu, by wydłużyć życie, niekoniecznie móc pozbyć się choroby. Miałem przyjemność rozmawiać z lekarzami, którzy mówili: „wie pan, to jest przyszłość medycyny i tak pewnie będziemy leczyć, ale dziś rzeczywistość wygląda inaczej. W Polsce nie mamy innych możliwości” – dodaje Maciek.

Założyli wydarzenie na Facebooku, by informować o postępach swoich znajomych. Po kilku dniach strona zaczęła żyć własnym życiem. Pojawiły się linki do charytatywnych zbiórek, w które zaangażowali się ich przyjaciele, ale też całkiem obcy ludzie.

Dzisiaj w zbiórkę włączyli się m.in. Mikołaj Trzaska, Łukasz Orbitowski (na licytację przeznaczył swoją książkę – prawdziwy biały kruk), pomagają też zwaśnione kluby Lechii Gdańsk i Arki Gdynia, które przeznaczyły dla Ani część dochodów z ostatnich derbów Trójmiasta. Licytować można wyjątkowe gitary, rzadkie na rynku płyty winylowe itp. Pomagają także działacze fundacji Rak’n’roll, której Ania jest podopieczną. - Wszyscy są bardzo zaangażowani, to trzeba przyznać. Ani opiekunka jest w to wszystko bardzo włączona i wyrabia pewnie 150 proc. normy. Kończy się jej dzień pracy, a ona jest gotowa działać dalej. Próbuje stanąć na głowie i przewrócić wszystko do góry nogami, żeby się udało – mówi Maciek i dodaje, że gdy człowiek zostaje sam w obliczu choroby, to niełatwo mu sobie z tym poradzić. Z grupą przyjaciół można próbować walczyć.

Wsparcie finansowe to jedno. Dla nich liczy się każda pomoc, nawet jeśli jest to udostępnienie zbiórki czy przekazanie informacji o ich historii.

- To poczucie siły i wiary, że może się nam udać. Coś, co jest naszym motorem na każdy dzień, to właśnie to codzienne wsparcie, które dostajemy. Otrzymujemy setki wiadomości od obcych ludzi, którzy wpłacają pieniądze, angażują swoich znajomych, a nawet swoje pociechy. Ania dostaje laurki, które poprawiają jej niesamowicie samopoczucie. W walce z nowotworem jest to bardzo ważne, bo łatwiej się wtedy walczy, gdy wie się, że jest ktoś, kto też się tym wszystkim przejmuje – opowiada mąż Ani.

Nadziei na to, że uda się zebrać potrzebne środki, nie tracą. Innego scenariusza nie dopuszczają.

- W całym tym nieszczęściu mamy dużo szczęścia i wspaniałych ludzi wkoło. Odzyskaliśmy ogromną wiarę w ludzi. Jednak jest w nich więcej dobra niż tych negatywów – mówi Maciek.

Jak wesprzeć Anię i Maćka Mehringów? Więcej informacji o zbiórce można dowiedzieć się na stronie wydarzenia „Wspieramy Anię w trudnej walce” na Facebooku, klikając w ten link lub na stronie fundacji Rak’n’roll, klikając tutaj.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (58)
Zobacz także