Łączy się siła rozmiaru katastrofy z siłą poczucia znajomości tych, którzy zginęli, co powoduje, że trudniej jest nam przejść nad całym zdarzeniem do porządku dziennego. Poczucie, że straciliśmy tyle, w pewnym stopniu, bliskich osób jednocześnie, jest niezwykle trudne do przyjęcia. Takie rzeczy nie mają się prawa wydarzać, są nieprawdopodobne - to wstrząsa naszym światem aż do fundamentów. Oczywiście, katastrofy, kataklizmy i inne nieszczęścia wydarzają się każdego dnia na całym świecie, ale zazwyczaj jesteśmy od nich oddaleni. W natłoku informacji, w dobie stopniowego znieczulania przez media, wszystko to powszednieje. Gdy umiera ktoś bliski, śmierć przestaje być tylko słowem, abstrakcyjnym pojęciem, a staje się konkretnym doświadczeniem. Stąd, pośrednio, realność śmierci ujawniła swe oblicze dużej części społeczeństwa. Zostaliśmy zmuszeni przez los zatrzymać się na chwilę i pomyśleć nad kruchością życia, nad tym czym jest śmierć i w konsekwencji - czym jest nasze życie. Jedna z pierwszych refleksji, które
pojawiły się w mojej głowie po wypadku brzmiała bardzo banalnie: "nie znasz dnia ani godziny". Ponieważ umrzeć możemy w każdej chwili, to każdy moment życia jest zwycięstwem. W pewnej rozmowie radiowej, której się przysłuchiwałam, padło stwierdzenie, że śmierć jest cały czas obecna, a nam w każdym kolejnym momencie życia udaje się jej umykać. To może brzmieć bardzo przygnębiająco, ale dla mnie w tych rozważaniach leży bardzo ważne przesłanie. Skoro każda chwila życia jest uniknięciem śmierci, to nie warto marnować tych cennych chwil.