Szacunek do dzieci, bezpłatne podstawówki. Polki o tym, jak wychowuje się dzieci w Szwajcarii

Rok temu Maja zapakowała rodzinę do samochodu i wyjechała do Szwajcarii. Mówi, że uciekała przed dobrą zmianą, zmianami w polityce. Joanna opuściła Polskę z miłości. Dziś obie opowiadają o tym, co ciekawi rodziców najbardziej - o szwajcarskim systemie edukacji. Tak różnym od tego, który mamy w Polsce.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
W Szwajcarii dzieci, nawet 4-letnie, same chodzą do przedszkola i szkoły.
W Szwajcarii dzieci, nawet 4-letnie, same chodzą do przedszkola i szkoły. (iStock.com)

System edukacji to ostatnio gorący temat. Nie ma tygodnia, by w sieci nie było głośno o kolejnych absurdach związanych z podręcznikami, nową podstawą programową, o seksizmie w szkolnych zdaniach, o rasistowskich żartach, o braku rzetelnych zajęć z wychowania do życia w rodzinie, o zwalnianych nauczycielach i tak dalej – tych tematów można wymieniać jeszcze trochę. Tym bardziej ciekawie wypada polski system edukacji w porównaniu z innymi krajami.

Dwie Polki, na co dzień mieszkające w Szwajcarii, postanowiły opowiedzieć nam, jak wygląda to z ich perspektywy. I zaznaczają, że w każdym kantonie sytuacja wygląda inaczej. To ich historie i doświadczenia.

Najlepiej zorganizowany system

- Szwajcarski system rzeczywiście różni się od tego, który istnieje w Polsce. Polska szkoła jest bardziej ambitna, ma o wiele bardziej ambitny program. 10-letnie dzieciaki, które przenoszą się tu do Szwajcarii, nie dość, że muszą cofnąć się o rok, żeby nauczyć się języka, to często załamują ręce. Dlaczego? Bo zwykle są na poziomie 3 lat wyżej, jeśli chodzi np. o matematykę, historię – mówi mi Joanna Lampka, autorka bloga "Szwajcarskie Blabliblu".

Joanna mieszka w kantonie Vaud ze stolicą w Lozannie. Jak trafiła do Szwajcarii? Poznała chłopaka. Dość stereotypowa, klasyczna historia z miłością w roli głównej. Miał przenieść się do Krakowa, ale to ona dla niego przeniosła się do Szwajcarii. Jest tłumaczką, więc częściowo pracowała tu w zawodzie. Teraz rzadko tłumaczy czyjeś teksty – woli pisać swoje, m.in. o nauczaniu.

Asia uważa, że Szwajcaria ma jeden z najlepiej zorganizowanych systemów edukacji na świecie. Niestety nie da się go przedstawić bardziej ogólnie jako spójny system obowiązujący w całym kraju, ponieważ edukacja jest jedną z dziedzin, która niemal całkowicie znajduje się w gestii władz kantonów.

Przez 2 pierwsze lata maluchy chodzą do tak zwanej ecole enfantine, czyli do obowiązkowego, bezpłatnego przedszkola. Dzieci nie mają określonych lekcji, tylko uczą się liczyć, czytać i pisać przez zabawę. Sala lekcyjna jest tylko jedna, tak jak w naszym polskim przedszkolu i jest podzielona na kilka sekcji: kącik do nauki, kącik do zabawy, kącik do odpoczynku.

Od 6. do 12. roku życia dzieci chodzą do obowiązkowej, bezpłatnej podstawówki, czyli ecole primaire. Uczą się języka francuskiego, matematyki, czytania, pisania, sztuki, muzyki i nieobowiązkowej religii. Dzieciaki uczą się, jakie są religie i o co w nich chodzi, przerabiają historie biblijne na równi z poznawaniem Wisznu i Sziwy. Od 8. roku życia wchodzi do programu historia, przyroda, drugi język Szwajcarii i chemia z fizyką.

Po ukończeniu 12. roku życia dziecko idzie do gimnazjum – ecole secondaire. Jest to ostatni stopień obowiązkowego nauczania, który trwa 3 lata i kończy się wielkim egzaminem klasyfikującym do jednej ze szkół: szkoły maturalnej, która pozwala zdać maturę i dostać się na studia lub do szkoły zawodowej. Nastolatki bardzo wcześnie – bo już w wieku 16 lat wchodzą na rynek pracy.

Scyzoryk dla 4-latka

- Mówi się, że Szwajcarzy wychowują specjalistów. Dzieci bardzo szybko się specjalizują. Nie odkłada się tu decyzji o tym, czy dziecko będzie uczęszczało do szkoły zawodowej, czy do uniwersyteckiej. U nas w Polsce każdy elektryk jest historykiem, trenuje drużynę piłki nożnej, wie wszystko. A tutaj jest tak, że lekarze nie powiedzą ci nic na temat Szekspira, Moliera i rewolucji październikowej. Znają się tylko na swojej pracy. Nasz system jest o wiele bardziej ogólnokształcący – i wielu może zapisać to jako minus, bo brakuje specjalistów. Ale co mówi się z kolei o szwajcarskim systemie? Że produkuje maszyny. Nie ma systemu idealnego, jak widać – przyznaje Asia w rozmowie.

Młodzi Szwajcarzy w większości wybierają szkoły zawodowe. Nie ze względu na swoje możliwości intelektualne, ale ze względu na możliwości szybkiego usamodzielnienia i zdobycia doświadczenia. Dlatego na uniwersytety idą naprawdę zdeterminowani młodzi ludzie, dla których studiowanie opasłych tomów socjologii czy marketingu to prawdziwa frajda, a nie katorga.

O słynnym wychodzeniu dzieci do szkoły w pojedynkę też może wiele powiedzieć. Zdaniem Polki, maluchy, które w Szwajcarii chodzą same do szkoły (zarówno w miastach, jak i na prowincji), uczą się w ten sposób odpowiedzialności za siebie i za innych. 4-letnie dziecko same chodzi do szkoły, a w nagrodę dostaje szwajcarski scyzoryk. - Nóż i dziecko, wyobraź sobie miny matek w Polsce. A to jest nagroda, którą często dostaje się od dziadka. Ma pokazywać, że dziecko jest obdarzone ogromnym zaufaniem. Małe gesty, które uczą Szwajcarów odpowiedzialności za otoczenie – przyznaje.

Matkom Polkom trudno się pogodzić nie tylko z faktem, że dziecko dostało nóż, ale i z tym, że maluch ma iść sam do szkoły. Łatwo nie jest, a komicznych sytuacji nie brakuje. - Mam koleżanki, które śledziły swoje dzieci. Jeździły za dziećmi samochodem, a mina dyrektora była bezcenna. Potem taka mama zostaje wezwana do dyrektora, a ten musi tłumaczyć, że każdy we wsi jest odpowiedzialny za jej dziecko. Ludzie patrzą, pilnują, czy dzieci dobrze się zachowują. Polki muszą nabrać dystansu – opowiada Joanna.

Choć, jak przyznaje, niesamowicie podziwia Szwajcarów, to widzi też ich wady. Szwajcaria jest nieprzyjazna kobietom, szczególnie tym, które chciałyby pracować i wychowywać dzieci jednocześnie.

- Dzieci wychodzą do szkoły o 8.45 i o 11.45 wracają do domu na lunch. Później idą z powrotem do szkoły i siedzą tam do 15. Który pracodawca da kobiecie z dzieckiem pracę, skoro ta musi być w domu po południu? Różni się to w kantonach, ale w wielu jest tak, że w środy zajęcia trwają tylko do południa. Dzieci można zostawić w szkole na lunch, ale to kosztuje i tanie nie jest – przyznaje Joanna.

Podkreśla, że niewiele kobiet pracuje na pełen etat. A na te kobiety, które mają etaty, patrzy się z niedowierzaniem. - Mam taką koleżankę. Ma dziecko i pracuje na pełen etat. Mówi, że presja, jaką odczuwa, sprawiła, że musiała przenieść dzieci do szkoły prywatnej. W publicznej co chwilę słyszała od innych matek, że nie jest dobrym rodzicem – mówi.

Zobacz też: #dziejesienazywo: Nowa reforma edukacyjna - podstawa programowa

Na emigracji

O edukacji w Szwajcarii może powiedzieć też wiele Maja. Jest pół-Szwajcarką. Mieszkała w rodzinnym kraju ojca do 6. roku życia. Gdy rodzice się rozwiedli, wyjechała z mamą do Polski. - Całe życie do tej pory przeżyłam w Polsce. W związku z dobrą zmianą zapakowałam rodzinę do samochodu i przyjechaliśmy tu z powrotem. Znalazłam pracę, znalazłam mieszkanie i zaczęliśmy życie tutaj – opowiada.

Ma 3 dzieci. Córkę, która ma 7 lat. 14-letniego syna i najstarszą córkę, która ma prawie 17 lat.

- Jeszcze przed meldunkiem wysłałam do departamentu szkolnictwa maila z informacją, że się przeprowadzamy i że dwoje z moich dzieci będzie chodziło do szkoły. Następnego dnia dostałam dla syna bilet miesięczny (jest objęty programem integracji) i miejsce w szkole do lutego. Ma zajęcia trzy razy w tygodniu od 8 do 14.15. Ma zapewniony obiad, dwa razy w tygodniu zajęcia od 8 do 11.40, zajęcia intensywne z niemieckiego i matematykę. Taki kurs warty jest w przeliczeniu około 10 tys. złotych, a syn ma go za darmo. Idealna sytuacja – mówi Maja.

Perfekcyjną, zdaniem Mai, sytuację ma też najmłodsza córka. Bez meldunku przydzielono ją do klasy, załatwiono miejsce w świetlicy. Minus jest taki, że za tę świetlicę Maja płaci 900 franków miesięcznie, ale może to odliczyć od podstawy opodatkowania.

Maja z łatwością wyliczy plusy tamtejszego systemu edukacji. Podkreśla jednak, że wpływa na to wiele czynników. To filozofia życia i nie da się tego tak łatwo przyrównać do Polski. Szwajcarzy wszystko dopasowują do tego modelu, który się u nich sprawdza. - Gdyby wprowadzić to w Polsce, to byłyby same katastrofy – dodaje Polka.

Rodzice maluchów z Polski zauważyliby jeszcze jedną, kluczową różnicę. Odrabianie lekcji u dzieci z pierwszych klas nie trwa więcej niż 10 minut. - To dopiero początek, więc nie wiem, jak to będzie później. Teraz nauczyciele nie chcą zniechęcić dzieci do uczenia się. Pani nauczycielka powiedziała, żeby po tych 10 minutach bezwzględnie nie kazać dziecku siedzieć nad lekcjami. I to nawet nie pomagać w odrabianiu tych prac, bo to nie chodzi o to, żeby było dobrze zrobione, ale żeby się czegoś nauczyć. A jeśli dziecko czegoś nie zrozumie, to wiadomość dla nauczyciela, że musi coś powtórzyć – opowiada.

Jej zdaniem dzieci darzone są przez nauczycieli dużo większym szacunkiem. Nauczyciele witają się z każdym po kolei. Mają do nich, jako osób, głęboki szacunek. - Szkoła interesuje się dzieckiem. Tak naprawdę, żeby ulepić z niego fajnego człowieka – mówi.

Szwajcarski styl życia

Polska szkoła kontra szwajcarska - dwa światy. Wielu powiedziałoby, że Szwajcarzy, a szczególnie dzieci, żyją tam jak w raju. Tyle że każdy system na swoje wady. 17-letnia córka Mai nie może chodzić do szkoły. Choć nie ma jeszcze matury, nie podlega pod obowiązek szkolny. Nastolatki w tym wieku traktowane są jak osoby zdolne do pracy, a dla obcokrajowców nie ma systemu integracyjnego.

- I co teraz, skoro córka nie zna na tyle dobrze niemieckiego, żeby iść do liceum czy zawodówki. Nie ma już miejsc dla niej w placówkach integracyjnych, takich, w których uczą się np. dzieci imigrantów. Wszystkie szkoły są pełne. Przez rok w ogóle nie będzie mogła się uczyć. Mogę zarejestrować córkę w urzędzie dla bezrobotnych i tam mogłaby dostać jakąś drobną pracę, plus uczyć się dodatkowo niemieckiego. Dla zdolnej licealistki to sprawa beznadziejna, szczególnie, że jeszcze nie ma matury – opowiada Maja.

I dodaje: - Poradzono nam, żeby pójść do tutejszego gimnazjum, żeby przez pół roku mogła uczęszczać na zajęcia jako gość. Siedziałaby na lekcjach i słuchała, a my będziemy w tym czasie opłacać jej mega drogie kursy języka niemieckiego i francuskiego. Oto alternatywa. Bierzemy ogromny kredyt na kursy językowe i modlimy się, żeby nauczyła się tych języków do lutego. A i tak nie mamy gwarancji, że ją przyjmą jako uczennicę. Jak widzisz, trochę to skomplikowane.

Skomplikowane są też powody, dla których Maja opuściła Polskę dla Szwajcarii. Przyznaje, że wyjazd nie był dla jej rodziny najłatwiejszą decyzją. - Trochę się za późno zorientowaliśmy, że trzeba uciekać. Rok temu wstępnie podjęłam decyzję, żeby opuścić Polskę, bo lepiej to nie będzie. Szkoda życia. Cały czas czuję, że dom jest w Polsce. Żeby wyjechać do Szwajcarii, zastawiliśmy mieszkanie. Praktycznie niczego nie przywieźliśmy ze sobą, wszystko kupiliśmy tu na miejscu. Teraz mamy dwa domy. I jakoś to musimy wytrzymać – opowiada.

- To było podyktowane jakimiś konkretnymi wydarzeniami, czy przestała ci odpowiadać sytuacja polityczna? – pytam.

- Zdałam sprawę z czegoś, czego wcześniej nie brałam pod rozwagę. Otóż okazało się, że 30 proc. społeczeństwa to są prymitywne, katolickie kołtuny, mówię to szczerze teraz. Nawet jeśli PiS przegra wybory, to oni dalej będą w kraju. Poziom publicznej debaty jest przerażający. Nawet moi wykształceni znajomi wyrażają się o uchodźcach w sposób okropny. Dla mnie to jest nie do przejścia. Nie chodzi o konkretne osoby i wydarzenia. Chodzi o to, co wylazło w ostatnich miesiącach. Nie chcę żyć w takim społeczeństwie, nie chcę wychowywać dzieci na ksenofobów i rasistów. Mój syn w Warszawie śmiał się z czarnoskórych. W Szwajcarii jest w grupie z muzułmaninem z Turcji, z czarnoskórym, z Chińczykiem, z dziewczyną w burce i jest bardzo zadowolony. Mówi, że to super ludzie. Nie chciałam, żeby wyrósł na kogoś, kto śmieje się z "ciapatych i murzynów" – opowiada Maja.

- Dla mnie to jest ważne, żeby dzieci mogły normalnie dorastać, chodzić do szkoły, która je szanuje. I dopiero w Szwajcarii dostałam taką szansę – dodaje.

Zobacz też: Uczniowie i ich rodzice mają dość prac domowych. "To zrzucanie odpowiedzialności"

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.