Blisko ludziMenopauza to nie koniec świata, a piękny początek

Menopauza to nie koniec świata, a piękny początek

Menopauza to nie koniec świata, a piękny początek
Źródło zdjęć: © Materiały prasowe
Magdalena Pomorska

11.07.2016 22:03, aktual.: 14.07.2016 07:00

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Świat kobiet dojrzałych rządzi się własnymi prawami. Ustabilizowane zazwyczaj życie zawodowe, doświadczenia w życiu prywatnym i ona - menopauza, która dotyka nie tylko ciała, ale i ducha. Natasza Socha, autorka niezwykle ciepłej i pouczającej "Hormonii", przekonuje, że ten czas powinien być dla kobiety wyjątkowy i niezależnie od ilości czarnych myśli, warto docenić ten etap w życiu. Z pisarką rozmawiamy nie tylko o przekwitaniu, ale również trudnych relacjach na linii matka-córka i męskiej histerii, zwanej andropauzą.

Przekwitanie, menopauza, klimakterium – dla wielu kobiet to temat tabu. Skąd takie podejście, skoro ten temat dotyczy lub będzie dotyczył każdej z nas? I dlaczego właśnie tej kwestii postanowiła pani poświęcić książkę?

Może dlatego, że sama nie lubię książek wyłącznie o miłości, ślicznych, młodych i pięknych ludziach, którzy płyną wspólnie przez życie na różowej chmurce. Menopauza, starzenie się, choroba, zdrada, mąż idiota, wredna żona, problemy z dziećmi – to przecież przytrafia się nam o wiele częściej niż książę na jakimkolwiek koniu. Oczywiście, romanse są potrzebne, bo pozwalają na chwilę oderwać się od ponurej rzeczywistości, ale ja wolę książki, które dotyczą bardziej realnych rzeczy, ale ujmują je od ironicznej strony. Pokazują, że ze wszystkim sobie poradzimy, pod warunkiem, że do życia podejdziemy z dystansem. Do życia lub do przekwitania…

Swoją drogą, straszne słowo. Zupełnie jakby ktoś odbierał nam kobiecość, zabierał prawo do bycia młodą. Tymczasem to nie metryka wrzuca nas do worka z napisem klimakterium, ale to jak same radzimy sobie z upływającym czasem. Moja bohaterka tak naprawdę na menopazuę jest jeszcze za młoda, ale ponieważ jej życie stoi w miejscu, a ona sama spełnia tylko oczekiwania innych, strach przed starością dopada ją znacznie szybciej, niż by tego chciała. I zupełnie nie wie, jak znaleźć w tym wszystkim cokolwiek pozytywnego. Tymczasem w „Hormonii” pada takie zdanie: „W menopauzie dobre jest to, że w ciągu dziesięciu sekund można doświadczyć co najmniej siedmiu stanów emocjonalnych”. Czy to nie cudowne?

„Hormonia” to termin wymyślony przez bohaterów i pewna gra słów. Skąd taki pomysł na tytuł książki?

To zbitka dwóch wyrazów: „harmonii” i „hormonów”, czyli tego, czego całe życie szukamy i tego, co w nas jest od zawsze. Z hormonami się rodzimy, to one stawiają nasz świat na głowie i doprowadzają do różnych, dziwnych sytuacji w życiu. W zależności od tego jak bardzo silną mieszankę wybuchową tworzą, jesteśmy albo szczęśliwe, albo hiperaktywne, albo załamane i chowające się pod kocem. Z drugiej strony szukamy życiowej harmonii, wewnętrznego balansu, czegoś, co pozwala nam wstać po upadku i tańczyć dalej. Harmonia hormonów – hormonia.

Motyw miłości przeplata się z rozterkami Kaliny, która na pewnym etapie życia myślała, że może liczyć jedynie na zaborczą miłość matki i naturalną miłość córki. Czy kobiety 50+ także może spotkać stan zakochania niczym euforyczne 20-latki?

Chyba w każdym wieku zakochujemy się inaczej. Kiedy mamy dwadzieścia lat miłości towarzyszy głównie euforia oraz przeświadczenie, że odtąd nasz życie będzie bajką. Z każdą kolejną dekadą weryfikujemy te poglądy i już wiemy, że nawet w bajkach czai się podstępny wilk. Euforii towarzyszą więc doświadczenia minionych lat, zwłaszcza tych, które nie były dla nas najłatwiejsze. I to właśnie przez ich pryzmat, chcąc nie chcąc, patrzymy na kolejną miłość. Najfajniejsze jednak jest to, że zakochać się można w każdym wieku – zarówno wtedy, gdy mamy długie, smukłe nogi i ciało osiemnastolatki, jak i sztuczne biodro, sztuczną szczękę oraz kartę stałego klienta w miejscowym szpitalu.

Czy ta fizyczna i duchowa metamorfoza Kaliny może być inspiracją dla dojrzałych kobiet, którym wydaje się, że nic już nie mogą zmienić?

Napisałam kiedyś opowiadanie o babci Agnieszce, kobiecie grubo po 70., która założyła konto na Instagramie, skoczyła ze spadochronem, miała na głowie irokeza, na paznokciach stokrotki i hodowała rybki o dziwnych nazwach. To tak naprawdę moja ulubiona bohaterka – kobieta w kombinezonie starszej pani, z duszą zwariowanej nastolatki. „Moje ciało jest pofałdowane. To, co w środku – zupełnie przeciwnie. Mój umysł nie pozwala mi się mentalnie zmarszczyć, co często wywołuje dysonans między tym jak wyglądam, a co mówię” – tak mówi o sobie babcia Agnieszka. Po śmierci męża wreszcie robi to, na co ma ochotę – nawet pali trwakę ze swoim wnukiem.

W każdym wieku można coś w sobie zmienić. Większość kobiet nieustannie coś robi – uczy się, pracuje, rodzi, wychowuje dzieci, gotuje, sprząta, a nawet kosi trawniki. Czas przeznaczony tylko dla siebie okraja do minimum, a często jest tak, że ma wyrzuty sumienia, kiedy pojawia się wolny weekend. I nagle w wieku pięćdziesięciu kilku lat, łapie się za głowę i mówi: Ale ja chciałabym skoczyć na bungee! A jest już za późno! No właśnie o to chodzi, że nie jest. Skoczmy!

Kalina i jej lista „rzeczy do zrobienia” (z ang. „bucket list”) to tło powieści. Bohaterka marzy m.in. o wyjściu na plażę nudystów, tatuażu, seksie z nieznajomym i zjedzeniu śniadania w łóżku. Czy każda z nas powinna mieć taki spis mniejszych i większych marzeń?

Nie chodzi o to, by zrobić w życiu wielkie rzeczy – odkryć nową planetę, napisać światowy bestseller, zostać wielkim naukowcem. Na naszej prywatnej liście powinny znaleźć się takie postanowienia, które nas same uszczęśliwią. Kalina marzyła o zjedzeniu śniadania w łóżku czy też popiciu śledzia mlekiem, bo matka nigdy jej na to nie pozwalała. I ona chciała spróbować, zobaczyć jak to jest, kiedy ten zakaz złamiesz.

„Może to była chęć zobaczenia świata na własnych warunkach? Przekonanie się, że chociaż nie można w życiu osiągnąć wszystkiego, to jednak są cele, do których każdy da radę dojść. Wystarczy tylko założyć buty”. Bohaterka „Hormonii” właśnie te buty zakłada. Idzie w nich na plażę nudystów, robi sobie tatuaż, wybiera się nocą na cmentarz. Bo to jest dla niej ważne. Myślę, że każda z nas nosi w sobie taką listę. Pytanie, czy odważymy się zacząć ją realizować?

Dorastanie emocjonalne często nijak ma się do dojrzewania fizycznego. Co każda kobieta w wieku średnim powinna sobie uświadomić?

Że przyszedł czas tylko dla nas. Że nie musimy już niczego nikomu udowadniać, a naszym celem powinno być to, abyśmy same ze sobą czuły się dobrze. Nie jest łatwo siebie polubić, ale być może to jest właśnie ten moment w życiu, kiedy powinnyśmy to zrobić. Nie wolno nam się bać społecznego odrzucenia, skreślenia nas z tych elementów życia, które zarezerwowane są dla młodych. Nie przejmować się tym, że czegoś nie wypada, że na coś trzeba uważać, bo przecież jesteśmy stare i wiszą nam piersi. A niech wiszą.

Bohaterka książki mówi: „Każdy człowiek potrzebuje wolności polegającej choćby na przejściu nago z pokoju do łazienki. Na zjedzeniu ciastka w pościeli. Na niedbałym ułożeniu swojego ciała na kanapie i wyciągnięciu nóg na stół. Na podrapaniu się po wzgórku łonowym wreszcie”. Kobieta w średnim wieku ma prawo do takich samych zachowań, jak jak jej dwudziestoletnia koleżanka, pod warunkiem, że nie robi tego na pokaz, ale z własnej, wewnętrznej potrzeby.

Relacje matki z córką nie są idealne. Widać to dokładnie po trio z „Hormonii”, czyli Konstancji, Kalinie i Kirze. Czy istnieje jedna recepta na to, aby mimo codziennych trudów, smutków i radości, jakoś się dogadać i żyć ze sobą w harmonii?

Tandem matka-córka to wyjątkowo energetyczny koktajl. Dwie przedstawicielki tej samej płci żyjące pod jednym dachem. Ciężko im ze sobą wytrzymać, a jednak jedna bez drugiej nie wyobraża sobie życia. Matka i córka to miłość, przyjaźń i wzajemne zwierzenia. Ale też zaborczość i rywalizacja.

Dwie kobiety teoretycznie powinny się doskonale rozumieć. Łączy je niemalże wszystko – doświadczenia związane z dojrzewaniem, stawaniem się kobietą, wreszcie macierzyństwo. Na kim w pierwszej kolejności wzorują się córki? Oczywiście, na matce. To od niej oczekują drogowskazów i wzorów postępowania, od niej uczą się, jak być kobietą. Do pewnego momentu córka bezkrytycznie kocha matkę i jej słucha. Nie ocenia jej, nie krytykuje. Nie musi też zabiegać o swój autorytet. „Kupuje” matkę w stu procentach. Przymierza jej ubrania, biżuterię, próbuje się malować tak jak ona, chodzić i mówić podobnie. W okresie dojrzewania mała kobietka zaczyna jednak coraz bardziej odczuwać pokusę niezależności. Powoli pojawia się kryzys zaufania, a autorytet matki przechodzi ciężką próbę. Bunt jest naturalnym etapem życia. Dziewczynka nie chce już ślepo słuchać mamy, ocenia jej zachowania, i za wszelką cenę pragnie podkreślić własną samodzielność. Mądra matka rozumie, że taka jest cena dorastania. Matka toksyczna wpada w pułapkę własnej miłości i zaborczości. To nieprawda, że córka jest naszą kontynuacją, naszym kolejnym wcieleniem. Kimś, kto nie ma prawa do autonomicznego istnienia. Dlatego musimy przełamać własne strachy i własną zaborczość i jak najwcześniej otwierać klatki. Bo nadopiekuńczość to choroba.

W książce pojawia się też postać Kosmy. Czy pewne jego cechy to także przejaw kryzysu wieku średniego? Czy andropauza to zjawisko porównywalne do menopauzy?

Mężczyźni często wyśmiewają się z naszych hormonalnych huśtawek nastrojów, z naszych zespołów napięcia przedmiesiączkowego i tak zwanych histerii. Tymczasem medycyna zna również termin „męskie przekwitanie” czyli inaczej andropauzę, która zaczyna się po 50. roku życia i związana jest ze stopniowym obniżaniem poziomu androgenów, estrogenów, hormonu wzrostu i melatoniny. To podobny do tego kobiecego hormonalny chaos, któremu towarzyszy drażliwość, bezsenność, spadek libido, ubytek tkanki mięśniowej na rzecz wzrostu tkanki tłuszczowej. I to zdarza się zdecydowanie częściej niż przysłowiowy zakup czerwonego ferrari czy poderwanie zgrabnej łani.

A jeśli chodzi o męskie opanowanie, spokój i bycie twardzielem... Mój znajomy wylądował kiedyś na ostrym dyżurze z okrzykiem, że umiera, że go pali w żołądku i że to już koniec. Lekarz go zbadał i mówi: po pierwsze ma pan zwykłe nadżerki, zalecam leczenie farmakologiczne. Po drugie dolega panu coś, o co zazwyczaj podejrzewa się kobiety. Zaawansowane stadium histerii.

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (146)
Zobacz także