Nie znikaj

Amelia ma 14 lat. Od rozpoczęcia edukacji była uczennicą idealną: wzorowe zachowanie, średnia ocen grubo powyżej pięciu, wprasowana sukienka zapięta na ostatni guzik, małomówna, skromna, uśmiechnięta. Ot, taki typ dziewczynki, o której starsi by powiedzieli, że jest rezolutna, a młodzi - że ogarnięta. Pod koniec ostatniej klasy podstawówki perfekcyjny obrazek rozsypał się w drobny mak - zaczęła wagarować (na licznik nabiła 240 nieusprawiedliwionych godzin nieobecności), uśmiech zniknął, pojawiły się rany po samookaleczeniach i myśli samobójcze.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Nie znikaj
(zobaczznikam.pl)

- Bardzo długo czułam się jak jakiś ufoludek, który nie wiadomo skąd się wziął na tym świecie. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, tak w środku, nie potrafiłam sobie z tym poradzić, nie wiedziałam, czego chcę, co lubię, a co nie, kim tak naprawdę jestem - wspomina Amelia. Półtora roku temu miała 12 lat i nie wiedziała, że dopadła ją choroba XXI wieku: depresja. - Uwikłałam się w trudne relacje, w różne grupy, w których nastolatki zachęcały się do samobójstwa i autoagresji. Miałam na przykład koleżankę, która zmagała się z depresją, później zaczęła chorować na anoreksję i się samookaleczać. Gdy ktoś z jej znajomych popełnił samobójstwo, chociaż go nie znałam, razem z nią ubierałam się na czarno. Bardzo dużo czynników się na to złożyło - wyjaśnia 14-latka.
Punktem krytycznym okazała się choroba jej mamy, która na kilka miesięcy wylądowała w szpitalu. To wtedy Amelia, która jeszcze niedawno wagarowała w parku, słuchając muzyki i zapisując kolejne strony w pamiętniku (a nieraz po prostu rysując, bo nawet słowami nie była w stanie wyrazić tego, co się w jej wnętrzu rozgrywało), zamknęła się na głucho w pokoju. - Przestałam myć okna, miały być brudne, żebym nie widziała, co się na zewnątrz dzieje. Z czasem stały się odzwierciedleniem mojej duszy, która według mnie też była zasyfiona - opowiada Amelia.

Nie-dziwna
Rękę do 12-latki wyciągnęły dwie nauczycielki: z tą od muzyki po raz pierwszy odważyła się otwarcie porozmawiać, ta od polskiego towarzyszyła jej w drodze do psychiatry, gdzie Amelia dostała skierowanie na oddział psychiatryczny. - Szpital potraktowałam jako ostatnią deskę ratunku. Czułam, że już nie mam siły żyć ani tydzień dłużej. To była absolutna desperacja. Wiedziałam, że jeśli tam mi nie pomogą, to wyjdę i popełnię samobójstwo.

W szpitalu Amelia spędziła całe wakacje, równo dwa miesiące. - Poczułam się tam bezpiecznie, kompletnie odcięłam od świata zewnętrznego, który mnie tak krzywdził, skupiłam się na sobie, mogłam zbudować siebie na nowo. Nie wiem, co by się ze mną stało, gdyby nie ta depresja. Ostatnio nawet czytałam piękny artykuł, że depresja jest aniołem, ostatnią deską ratunku, sygnałem ostrzegawczym. Dnem, o które trzeba porządnie uderzyć, żeby odbić się do góry - mówi dziś.
Ale wtedy, na oddziale, wcale nie było z górki. Anna Kaszubska, mama Amelii, od kilku miesięcy przebywała wtedy w innym szpitalu na OIOM-ie. O depresji córki dowiedziała się w dniu przyjęcia jej do "psychiatryka". - Mama dzwoniła do mnie codziennie i przez godzinę, dzień w dzień, krzyczałam na nią. Wyrzucałam całą swoją złość za wszystkie 12 lat swojego życia, za wszystkich ludzi, których spotkałam w swoim życiu - wspomina Amelia. - Każdy telefon był dla mnie olbrzymim wydarzeniem. Musiałam być sama, żeby zapewnić jej choć odrobinę intymności, bo w szpitalu nie mogła mieć komórki przy sobie, musiała odbierać telefon w dyżurce. Przyjmowałam cały ten kubeł pomyj na siebie. Na koniec mówiłam tylko, że ją kocham i pytałam, czy chce, żebym zadzwoniła następnego dnia. Nigdy nie powiedziała, że nie chce - mówi pani Anna.

Po wypisaniu ze szpitala Amelia musiała zacząć życie na nowo. Także dlatego, że większość dawnych kolegów i koleżanek się od niej odwróciła. - Została przy mnie garstka osób, na palcach jednej ręki mogę policzyć - wyjaśnia. Właśnie zaczynała naukę w gimnazjum - nowa okolica nowi uczniowie, nauczyciele, wszystko można było wyzerować. I wtedy pojawił się lęk: co będzie na WF-ie, kiedy trzeba się będzie przebrać w strój do ćwiczeń i któraś z dziewczyn zobaczy blizny po samookaleczeniach?

Amelia postanowiła zagrać w otwarte karty. Już drugiego dnia, w szatni, zanim dziewczynki się przebrały, postawiła sprawę jasno: wakacje spędziła w szpitalu psychiatrycznym, ma blizny na brzuchu po cięciach, jest jej trudno. - Okazało się, że w klasie jest wiele osób, które mają podobne problemy. Wszyscy zareagowali pozytywnie - raz, że się zdobyłam na taką odwagę, dwa, że im zaufałam - mówi Amelia. - Gdybym nie była wtedy w szpitalu, odradziłabym jej to. Ze strachu, że zostanie odrzucona. Nawet jeśli nie w pierwszym odruchu, to później, gdy dzieciaki opowiedzą o tym w swoich domach i być może usłyszą, żeby się z nią nie zadawały. Teraz widzę, że popełniłabym błąd - dodaje jej mama.

Co prawda przez kilka pierwszych tygodni zdarzało się, że ktoś rzucił jej za plecami komentarz a propos depresji czy blizn, ale wtedy Amelia spokojnie wszystko tłumaczyła. I od ponad roku nie ma już żadnych problemów z rówieśnikami. Od 13 października ub. roku prowadzi stronę Porcelanowe Aniołki - grupę wsparcia dla dzieci i nastolatków zmagających się z depresją, autoagresją i/lub myślami samobójczymi, bierze udział w projektach edukacyjnych (jest m.in. ambasadorką kampanii Zobacz Znikam na rzecz przeciwdziałania samobójstwom dzieci i młodzieży), robi zbiórki dla szpitali psychiatrycznych.

Porcelanowe Aniołki
Podziel się

Amelia: - Dzięki temu, gdy co rano wstaję, czuję, że mam jakiś cel, że jestem potrzebna. Robię to przede wszystkim dla siebie, ale przy okazji mogę pomóc innym, to jest niesamowite. Co prawda wciąż czasem miewam gorsze dni. Wiele osób w klasie, chociaż nie jest w stanie mnie zrozumieć, po prostu wtedy przy mnie jest. To jest normalne, bo ja też nie rozumiem wszystkich problemów innych ludzi. Wiedzą, że lubię, kiedy ktoś wtedy mi towarzyszy, więc zwyczajnie to robią, pomagają mi na przykład odrobić zadanie z matematyki, bo dzień wcześniej nie byłam w stanie tego zrobić. Już nie czuję się dziwna.

Nie-wiem-jak
Nie chcę umierać
Wpadłam w tak głęboką depresję wywołaną faktem własnej śmiertelności, że zdecydowałam się popełnić samobójstwo*

Co 40 sekund ktoś na świecie popełnia samobójstwo - tak wynika ze statystyk WHO. W Polsce każdego roku średnio 6 tysięcy osób odbiera sobie życie, w tym około 500 dzieci i nastolatków przed ukończeniem 18-stki. Kolejne 6 tysięcy przypadków w najmłodszej grupie wiekowej to próby samobójcze. Dane różnią się w zależności od instytucji je gromadzącej - a w Polsce ich zbieraniem i opracowaniem zajmują się Komenda Główna Policji oraz Główny Instytut Statystyczny.

Liczby oddają tylko jedną, niewielką część problemu - bo nijak je przyłożyć do dramatu każdej jednej rodziny, którą on boleśnie dotyka.
- Śmierć w naszym społeczeństwie ogólnie stanowi temat tabu, a śmierć samobójcza szczególnie - wyjaśnia Marta Soczewka, kryminolog i socjolog z Fundacji Zobacz Jestem, koordynująca kampanię Zobacz Znikam. Zauważa jednocześnie, że na kierunkach uniwersyteckich, w ramach których problem powinien być chociaż w minimalnym zakresie poruszany, jest on nagminnie omijany szerokim łukiem. Z kolei nawet w grupach studentów kierunków humanistycznych często powielanym stereotypem, a wręcz mitem, jest twierdzenie, że "ktoś, kto mówi o samobójstwie, na pewno go nie popełni".

- Jest dokładnie na odwrót, to jeden z najważniejszych czynników, które powinny nas zaalarmować - wyjaśnia koordynatorka kampanii. Powtarzanie wyświechtanych frazesów (czy wręcz: farmazonów) widać też na forach. "Moja znajoma wiesza się średnio co miesiąc. Już przywykłem, że po wysłuchaniu jej planów w tej kwestii, planujemy wspólne spotkania i wyjazdy już po jej śmierci.
Jakoś obywa się bez policji i innych służb", pisze na przykład pitagoras. Ripostuje mu vian: "No, uważaj. Moja dawna przyjaciółka zabijała się średnio raz w tygodniu i za którymś razem zabrała się do rzeczy bardzo poważnie, ledwo ją odratowali".

Bywa jednak, że ostrzeżenie nie jest bagatelizowane. Pisze ojciec: "Syn 22 lata powiesił się, przez 1,5 roku powtarzał, że to zrobi i szpital psychiatryczny nie pomógł".
Gdy 10 września ruszyła kampania Zobacz Znikam, odezwało się bardzo dużo osób, w tym wielu psychologów, z pytaniem: "mam dziecko po próbie samobójczej, 600 uczniów i kadrę nauczycielską pod sobą. Wszyscy rozkładają ręce, nie wiem, czy mam milczeć, czy poruszyć ten temat, jak to zrobić, żeby nie wywołać odwrotnego efektu". I prośbą: "dajcie jakieś materiały, bo chcę rozmawiać, ale nie wiem jak".

- Z naszych doświadczeń, przede wszystkim zajęć profilaktycznych w szkołach, wynika, że łatwiej jest na ten temat rozmawiać z nastolatkami. Oni siadają i po prostu opowiadają o samookaleczeniach koleżanek, o próbach samobójczych. W grupie dorosłych natomiast od razu pojawia się zesztywnienie, jak ugryźć ten temat - wyjaśnia Marta Soczewka.
Mama Amelii trochę ten strach dorosłych przed rozmawianiem o depresji i myślach samobójczych nastolatków rozumie, a trochę ją on martwi. - Rozumiem dyrektora czy kadrę, którzy dostają dziecko z jakimś obciążeniem, a na temat którego nic nie wiedzą. Naturalne są wtedy obawy: czy nie pogorszą sytuacji, czy choroba nie rozprzestrzeni się wśród innych dzieciaków jako swoista "moda" czy efekt Wertera, jak zareagują ich rodzice. Oczywiście mogliby się sami doedukować, ale nie ma żadnych obligatoryjnych programów, które by ich wspomagały w jakikolwiek sposób. Kampania powstała więc także po to, żeby dorośli przejrzeli na oczy i wiedzieli, jak rozmawiać dzieciakami - mówi Anna Kaszubska.

Nie-pójdę
Pogodziłam się z tym, że umrę w tym roku
Jedni nazywają to pójściem na łatwiznę
(mają szczęście, że nie znają prawdy)
Inni zrozumieją prosty fakt bólu*

Reakcje społeczne (i strach przed nimi) są kolejną szpilą wbijaną (nieraz nieświadomie) rodzinie. Co prawda zelżało piętno kościelne, przejawiające się przez stulecia przede wszystkim odmawianiem chrześcijańskiego pochówku na poświęconej ziemi. Ks. Rafał Masarczyk SDS zauważa na przykład w artykule "Samobójstwo a grzech" na łamach serwisu katolik.pl: "Miała być to nie tyle kara, ile sposób odstraszenia innych przed popełnieniem takiego czynu. Kościół jednak zrezygnował w dzisiejszych czasach z tej praktyki, ze względu na rozwój wiedzy psychologicznej. Okazuje się, że większość samobójstw jest wynikiem załamań psychicznych".

Potwierdzają to statystyki WHO, z których wynika, że w 90 proc. przypadków kluczową rolę odgrywa depresja. Zaburzenia depresyjne występują z kolei u 0,3 proc. dzieci w wieku przedszkolnym, we wczesno szkolnym - już u 2 proc., a u nastolatków (13-18 lat) u 4-15 proc. Oznacza to, że nawet co szósty młody człowiek może się z tym borykać.
Tylko jak odróżnić zwykłą burzę hormonów od poważnej jednostki chorobowej, zagrażającej nawet życiu? - To można wykryć, zrobić wywiad, z rodzicami, wśród nauczycieli, ustalić, czy zmiana zachowania dziecka ma związek z jakimś wydarzeniem w jego życiu. Czy dziecko mówi o śmierci, zaczęło się tym tematem interesować, czy spotyka się z kolegami, kontynuuje swoje pasje, czy nie zaczęło zamykać jakichś spraw w swoim życiu. - Jest cała lista czynników, na które trzeba zwrócić uwagę - wyjaśnia Marta Soczewka. - Warto zajrzeć na stronę Zobacz Znikam.
To jednak trzeba dopiero społeczeństwu wytłumaczyć, bo wciąż nierzadko na rodzinach dotkniętych samobójczą śmiercią bliskiego odciska się piętno społeczne. - Bardzo często, szczególnie w mniejszych miejscowościach, słyszy się: "nie możemy się przyznać, że to było samobójstwo, bo to nas wykluczy ze społeczności, zostaniemy uznani za patologię". Nieraz, gdy trzeba wydać opinię, czy doszło do wypadku, czy samobójstwa, pada na przykład prośba: "dam wam 20 jajek, tylko nie piszcie, że to było samobójstwo" - mówi koordynatorka kampanii. I podaje przykład, nastolatki, której ojciec odebrał sobie życie. Miał depresję, ale nikt w domu tego nie rozumiał, ze szpitala psychiatrycznego wypisał się na własne żądanie, na prośbę rodziny. To, co ją później spotkało - ze strony rówieśników, sąsiadów, parafii, było niewiarygodne: że przemoc domowa, brak zainteresowania, patologia.

- Tak jest najprościej powiedzieć, że rodzina winna, bo zaniedbała, albo rówieśnicy, bo gnębili. To jest znacznie bardziej skomplikowane, tak jak nasze życie wiele środowisk i doświadczeń nas kształtuje, do tego dochodzą też cechy biologiczne, różnego rodzaju urazy, predyspozycje depresyjne. Nigdy nie ma jednej przyczyny, nie ma też winnego - wyjaśnia Marta Soczewka. I ostrzega, że dreptanie utartymi ścieżkami stereotypów jest groźne również z innego powodu. - Myślenie, że samobójstwo dotyczy tylko rodzin patologicznych czy że mówienie o nim to tylko czcze gadanie może powodować uśpienie naszej czujności i przeoczenie czynników ryzyka u naszych bliskich, a w konsekwencji prowadzić do tragedii.
Na piętno "psychiatryka" czy "samobójcy" zwracają też uwagę Amelia i pani Anna. - Dziewczyna, która razem ze mną prowadzi Porcelanowe Aniołki, w liceum spędziła pięć miesięcy w szpitalu psychiatrycznym. Miała mieć nauczanie indywidualne, ale gdy dyrektor dostał jej kartę zdrowia i zobaczył, że choruje na depresję, zaburzenia lękowe oraz ma objawy psychotyczne, wyrzucił ją ze szkoły. Żadna inna w okolicy nie chciała jej przyjąć, więc teraz musi chodzić do prywatnej i płacić wysokie czesne - opowiada Amelia. Jej mama dodaje: - To jest stygmat nie tylko dla tej konkretnej dziewczyny, ale dla całej społeczności. Bo żaden uczeń, wiedząc, co się stało, nie pójdzie do psychologa szkolnego czy któregoś z nauczycieli ze swoimi problemami.

Nie-ważne
(Cisza)
- Proszę. Nie wyłączaj mojego umysłu próbując mnie wyprostować.
Słuchaj i staraj się zrozumieć, jeśli czujesz pogardę, nie wyrażaj jej,
przynajmniej nie słowami, przynajmniej nie do mnie.
(Cisza)*

Historia amelyye z forum internetowego: "Obecnie mam 20 lat i wciąż nie jestem w pełni szczęśliwą osobą, ale mając właśnie te 8 czy 9 (lat) było ze mną jeszcze gorzej. Bez żadnego konkretnego powodu. Teoretycznie miałam wszystko, czego pragnęłam. Rodzice spełniali każdą moją zachciankę. Wszystko oprócz prawdziwego uczucia i zrozumienia, zarówno w domu, jak i w szkole. Byłam potwornie samotna. (…) Powiedziałam wtedy mamie i starszej siostrze (miałam może z 9/10 lat), że najchętniej to bym umarła, ale wiem, że nie mogę IM tego zrobić. Nikt nie zareagował. Później też próbowałam zakomunikować, że nie chce mi się żyć i usłyszałam tylko masz chyba za dobrze".

Marta Soczewka: - Najważniejsze, żeby zdać sobie sprawę, że depresja, myśli samobójcze, samookaleczenia występują u dzieciaków. Żeby być czujnym. Żeby włączyć empatię.
Amelyye: "jaki jest tego morał? Rodzice, rozmawiajcie z dziećmi jak najwięcej. Pokazujcie im, jak bardzo są dla was ważne, jak bardzo mogą na was liczyć. Nie ignorujcie takich komunikatów, jakie ja wysyłałam!".
Anna Kaszubska: - Chciałabym do rodziców przemówić, że to wszystko, co się w nas w takiej sytuacji rodzi - poczucie winy, bunt, złość, rozczarowanie - jest sprawą drugorzędną. Jako dorośli musimy sobie z tym poradzić i zadziałać skutecznie, pójść do lekarza, psychologa, przyjąć na klatę krytykę, która może się pojawić. Bo walka idzie o najwyższą stawkę - o życie dziecka.

* Fragmenty "4.48 Psychosis" Sarah Kane, brytyjskiej dramatopisarki, która popełniła samobójstwo w wieku 29; tłumaczenie Klaudyna Rozhin.

Polub WP Kobieta
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.