Blisko ludziMieszka na wyspie Phuket. "Tu od 9 dni nie było nowego przypadku koronawirusa, ale mieszkańcy zmagają się ze straszną biedą"

Mieszka na wyspie Phuket. "Tu od 9 dni nie było nowego przypadku koronawirusa, ale mieszkańcy zmagają się ze straszną biedą"

Mieszka na wyspie Phuket. "Tu od 9 dni nie było nowego przypadku koronawirusa, ale mieszkańcy zmagają się ze straszną biedą"
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne

19.05.2020 17:38, aktual.: 19.05.2020 19:29

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Piotr Pająk mieszka w Tajlandii na wyspie Phuket. Chociaż od 9 dni nie odnotowano tu żadnego nowego przypadku koronawirusa, mieszkańcy stanęli w obliczu kolejnego problemu. Podróżnik dowiedział się o tym na własne oczy, gdy znajoma Tajka oprowadziła go po okolicznych slumsach.

Maja Kołodziejczyk, Wirtualna Polska: Od kiedy mieszkasz na Phuket?
Piotr Pająk: Trenuję tajski boks i cyklicznie przyjeżdżałem tu od 2011 roku, ale na stałe zamieszkałem na Phuket w 2018. Lubię to miejsce za ciepły klimat i serdecznych, wiecznie uśmiechniętych ludzi.

Jak zmieniło się życie lokalnych mieszkańców podczas epidemii koronawiursa?
Na wyspie Phuket zdecydowana większość osób utrzymywała się z turystyki. Pracowali w hotelach, na plażach, w restauracjach, barach i tam toczyło się całe życie wyspy. Gdy w marcu turyści wrócili do domów, sytuacja osób pracujących w sektorze turystyki stała się dramatyczna. Zostali odcięci od pieniędzy.

Zobacz także: Aleksandra Kisiel mówi urodzie. Jak zadbać o cerę?

Jakie obostrzenia wprowadzono wówczas na terenie wyspy?
Nie można wyjechać z Phuket bez specjalnej przepustki. Do sklepów spożywczych mogła wejść określona liczba osób, a każdemu mierzono temperaturę. Za brak maseczek obowiązywały wysokie kary. Nie było odgórnego nakazu pozostania w domach, ale zabroniono opuszczania konkretnych dzielnic. Zamknięto sklepiki, restauracje i bary, w których pracowało wiele kobiet. W restauracjach można było kupić jedzenie na wynos, ale niewiele osób z tego korzystało, bo na wyspie zostali praktycznie sami Tajowie, a to dla nich spory wypadek. W marcu wszyscy turyści wyjechali z Tajlandii.

Czy było wiele zachorowań na koronawirusa? Jak obecnie wygląda sytuacja?
Muszę przyznać, że było ich niewiele. Na Phuket było 225 przypadków zachorowań na koronawirusa na ponad 416 tys. mieszkańców. Zmarły 2 osoby. Teraz sytuacja prezentuje się jeszcze lepiej, bo od 9 dni nie przybyło ani jednej zarażonej osoby, a w szpitalu pozostało 20 chorych. Wierzę, że epidemia wygasa. 3 dni temu zaczęto otwierać centra handlowe. Myślę, że wszystko powoli wraca do normalności.

Na wyspie podczas epidemii pojawił się jednak inny problem. Kiedy zdałeś sobie sprawę z tego, jak duża jest skala biedy?
Pewnego dnia zauważyłem, że przed wejściem do mojego domu ustawia się kolejka ludzi, którym rozdawano jedzenie. Wówczas zagadała mnie pani pracująca w recepcji budynku, w którym mieszkam. Wyjaśniła, w jak trudnej sytuacji znaleźli się Tajowie, którzy stracili pracę i że wielu osobom zabrakło pieniędzy na jedzenie. Wraz z dwójką sąsiadów, parą – Przemkiem i Carlą postanowiliśmy im pomóc. Zorganizowaliśmy zbiórkę pieniędzy w mediach społecznościowych, mi udało się nagłośnić sprawę dzięki mojemu kanałowi na YouTube – Podróże Wojownika. W międzyczasie pani recepcjonistka zawiozła nas do dzielnic zajmowanych przez najbardziej potrzebujących.

Jakie było twoje wrażenie na widok slumsów?
Nie ukrywam, że byłem zszokowany tą biedą. Wiedziałem, że na wyspie są osoby, które żyją w okropnych warunkach, ale zaskoczyła mnie skala tego zjawiska. Recepcjonistka opowiedziała mi, że w szczególnie trudnej sytuacji są birmańscy robotnicy, którzy przyjechali do Tajlandii, jako tania siła robocza. Sama miała birmańskie korzenie i chciała im pomóc. Jeżdżąc z nią, zobaczyliśmy różne miejsca, od slumsów, w których mieszkało 10 rodzin, po osiedla złożone z 70 blaszanych baraków. Warunki były straszne. Rodziny z dzieci gnieździły się w małych pomieszczeniach z blachy falistej, a w tym klimacie jest bardzo gorąco. Niektórzy nie mieli dostępu do studni, zbierali deszczułkę, myli się w takiej wodzie i ją pili. Ten widok naprawdę był wstrząsający. Co ciekawe, wszyscy nosili jednak maseczki, a takie warunki wcale nie przyczyniły się do wzrostu liczby zachorowań.

W jaki sposób postanowiliście jeszcze pomóc rodzinom?
Pomyślałem, że oprócz rozwożenia produktów, można przywozić im również posiłki. Tu niezbędna okazała się pomoc kobiety pracującej w lokalnej restauracji. Pojechałem do niej, wyjaśniłem sytuację i zapytałem, czy byłaby w stanie za określoną opłatą przygotować nawet 500 posiłków dziennie. Powiedziała, że tak. Wzięła do pomocy kolejne 4 panie i bardzo zaangażowały się w akcję. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie było większe, więc po 3 dniach zatrudniła do pomocy kolejne osoby i przygotowywały po 1000 posiłków dziennie. Kobiety z samego rana wstawały do pracy, a o 16 wszystko było gotowe. Cały proces przebiegał w sterylnych warunkach, pamiętały o dokładnym myciu rąk i wszystkich produktów. Robota szła taśmowo.

Jak potrzebujący reagowali na wasz widok?
Muszę przyznać, że mieszkańcy Tajlandii są uprzejmi z natury. Gdy przyjeżdżaliśmy, do slumsów ludzie dziękowali nam i kłaniali się. W kolejce po jedzenie ustawiały się całe rodziny, w tym kobiety z małymi dziećmi na rękach. Nikt nie próbował oszukiwać innych, wyprosić dodatkowej porcji czy przepychać się. Mimo strasznej biedy ludzie byli bardzo kulturalni. Tajowie to buddyści, wyznają karmę i wierzą, że wszystko dobre, co zrobią, to do nich wróci.

Obraz
© Archiwum prywatne

Czy rozdawanie posiłków i produktów spożywczych miało miejsce tylko w slumsach?
Nie, to odbywało się w kilku punktach, na przykład przed restauracją, ale zawsze pod nadzorem policji. Ludzie ustawiali się w kolejce, a my mierzyliśmy im temperaturę i sprawdzaliśmy, czy zachowują należyte odstępy. Mierzyliśmy temperaturę Tajom, którzy ustawiali się w kolejce, a ludzie zachowywali należyte odstępy. Za pieniądze, które nam zostały, przygotowaliśmy również paczki dla domów dziecka.

Nie odniosłeś wrażenia, że epidemia dzieli i kłóci ludzi?
Zdecydowanie nie. Wszyscy zjednoczyli się we wspólnym problemie. Ludzie byli świadomi powagi sytuacji. Wiedzieli, że muszą nosić maski i dezynfekować ręce. Mimo to nie zauważyłem u nich żadnej paniki. Słyszałem o sytuacjach w innych krajach, gdzie ludzie bali się siebie nawzajem, czy obawiali kontaktu z pracownikami służby zdrowia. Tu nie było szykanowania, ale wzajemna pomoc. Przykładowo, gdy znajoma recepcjonistka zauważyła, że pakujemy paczki z jedzeniem, od razu poprosiła panie sprzątaczki do pomocy. Kiedy jeździliśmy robić zakupy spożywcze, ta sama kobieta odbierała nas samochodem.

Cieszysz się, że spędziłeś okres epidemii akurat w Tajlandii czy wolałbyś przetrwać kwarantannę w innym miejscu?
Jestem zadowolony, że podczas tego trudnego okresu, byłem właśnie tutaj. Chociaż zakazano wstępu na plaże, mogłem wyjść na spacer, odetchnąć, cieszyć się słoneczną pogodą i przyrodą. Nie odstraszyło mnie również podejście ludzi. Czułem się tu bezpiecznie, nie doświadczyłem paniki i wierzę, że wkrótce już wszystko wróci do normalności.

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (22)
Zobacz także