Anna Kasperek© Archiwum prywatne

Po prostu mnie mocno przytul. Usługa jest platoniczna

Anna Śmigulec
26 sierpnia 2023

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Przytula mnie całym ciałem: brzuch do brzucha, nogi splecione, ramiona obejmują ramiona, policzek przylega do policzka – tak, że czuję nawet ciężar jej głowy. Pod palcami mam jej biały szlafrok - miękki i puszysty, jak kilkudniowe pisklęta, które głaskałam w dzieciństwie.

Teraz żałuję, że sama nie założyłam podobnego szlafroka, który wisiał przygotowany w łazience, tylko własne legginsy i sportową koszulkę bez rękawów, mocno wyciętą na plecach.

Błąd. Bo Ania gładzi mnie teraz po gołej skórze ramion, barków i pleców, i na pewno czuje, że się pocę.

Bardziej ze stresu niż z gorąca. Choć sierpniowy upał nieco mnie usprawiedliwia. Podobnie jak to, że właśnie doświadczam skrajnie intymnej sytuacji z osobą, którą poznałam zaledwie kilkanaście minut wcześniej.

Napięcie powoli puszcza. Ale wciąż mam otwarte oczy i bezwiednie wpatruję się w granatową zasłonkę w białe liście palmy. Pozostaję czujna. Moja lewa ręka obejmuje Anię, ale prawa leży niezagospodarowana, jakby mówiła: "Jeszcze ci nie ufam, jeszcze trzymam dystans".

Ania zaczyna mnie gładzić po włosach: delikatnie, z czułością. A potem przytula mocno, całą sobą, jak przytulają się najbliżsi sobie ludzie, kiedy w ich życiu dzieje się coś ważnego i nagle czują ten impuls: więź, bliskość, wdzięczność.

Wtedy odpływam. Zamykam oczy, oddaję uścisk już obydwiema rękami i zalewa mnie błogość. Łapię się na tym, że uśmiecham się sama do siebie. Ania nie może tego widzieć, bo jej policzek jest przyklejony do mojego.

Tulimy się tak już do końca sesji. A nawet o 10 minut dłużej, bo Ania nie pilnuje czasu, nie ma żadnego zegara w zasięgu wzroku, nie ustawiła też alarmu w telefonie.

Tulimy się, mimo że dzwoni mój telefon, a później jej (obie zapomniałyśmy wyciszyć).

- Jak się czujesz? – pyta, kiedy podnosimy się z poduszek.

- Wspaniale – odpowiadam lekko oszołomiona, jakby ktoś wybudził mnie z błogiego śnienia.

Ale czas minął, rzeczywistość wzywa, szczególnie mój makijaż, który w większości został na szlafroku Ani.

- Wyglądasz, jakbyś płakała.

Rzeczywiście, tusz rozmazał mi się pod oczami. W chwili tej nieoczekiwanej bliskości chyba naprawdę się wzruszyłam. To było jak życiowe odkrycie: Można poczuć totalną bliskość i przepływ energii z zupełnie obcą osobą!

Anna podczas jednej z sesji
Anna podczas jednej z sesji© Archiwum prywatne

ANIA

Ujawniam się dopiero po zakończonej sesji:

- Wiedziałaś, że jestem dziennikarką? Podałam prawdziwe imię i nazwisko, kiedy zapisywałam się na przytulanie do twojego salonu. Mogłaś mnie sprawdzić.

- Nie sprawdzam klientów – mówi Ania z lekkim zdziwieniem. Wciąż trzyma mnie za rękę, a ja czuję się trochę nieswojo, bo przecież teraz z powrotem jestem reporterką, która przyjechała tu zrobić profesjonalny research.

Ania chyba też to czuje, bo mimo że w pierwszych minutach sesji przeszłyśmy na "ty", nagle zaczyna do mnie mówić per "pani".

Ale wciąż siedzimy naprzeciw siebie na szarym puchatym kocu, przykrywającym materac wielkości łóżka king size. Otacza nas z 20 poduszek i misiów różnej wielkości. Jest przytulnie, ciemnoszare ściany, wystrój buduarowy: komody, lampa z abażurem, krzesło na lwich nóżkach, świece zapachowe, mnóstwo kosmetyków w eleganckich opakowaniach. Pokój pachnie kompleksowo Chanel nr 5: świeczką, aromatyzowanymi patyczkami, a dodatkowo perfumami, które Ania rozpyla tuż przed przyjściem klienta. Słodkawo, ale nie do mdłości.

Są też czekoladki w kilku smakach, kawa, herbata i woda.

W rogu znajduje się łazienka z prysznicem, czekają jednorazowe ręczniki i szlafrok.

Anna Kasperek ogarnia to wszystko spojrzeniem właścicielki i pyta z troską, czy czegoś się jeszcze napiję.

Ma czarne włosy, brązowe oczy i tylko 165 cm wzrostu. Co oznacza, że prawie wszyscy klienci, których tuli, są od niej wyżsi.

Ona jest drobna, dziewczęca, ma urok osobisty. Często zdrabnia słowa: "herbatka, mydełko, szlafroczek" i mówi coś z ekscytacją dziecka – ale do niej to pasuje, nie rani uszu jak pisk kredy na tablicy.

W ogóle ma w sobie coś z dziecka: prostolinijność, spontaniczność, radość.

- A wiesz – śmieje się - że w ten dzień, kiedy zadzwoniłaś, żeby zarezerwować sesję przytulania, akurat obchodziłam trzydzieste urodziny?

Odważny pomysł

Już kilka lat temu otworzyła w Katowicach dwa salony masażu i spa, a w 2023 r. również salon przytulania. Do tego ma licencjat z fizjoterapii, skończyła studium medyczne na kierunku technik masażysta, jest instruktorką masażu relaksacyjnego.

- I dwa razy z rzędu zostałam najlepszym masażystą w województwie śląskim! – mówi z dumą. - Wygrałam konkursy, w których głosowali klienci. W latach 2020 i 2022, bo w 2021 nie organizowali. W tym roku mam duże szanse na trzecią wygraną.

Salon przytulania otworzyła 31 stycznia, bo wtedy przypada Międzynarodowy Dzień Przytulania. Większość znajomych nie wróżyła jej sukcesu.

- Mama powiedziała, że będą dzwonić i pytać o jedno. I dzwonią. Ale na szczęście nie tak często, jak myślała. Zresztą wtedy odpowiadam chłodno: "To jest usługa platoniczna. Proszę czytać treść ogłoszenia".

Znajomy fotograf był sceptyczny: "Kto ci będzie przychodził na przytulanie? To lepiej pójdzie na masaż!".

Za to tata zachwycił się pomysłem: "Tak! Ludzie są zestresowani, zmęczeni, samotni. Będą przychodzić!".

Pani coach, do której chodzi Ania, też była pod wrażeniem.

A Ania nie przestaje się dziwić:

- Ja nie miałam ciśnienia, mówiąc kolokwialnie, żeby mi to poszło. Bo mam inne źródła dochodu. To miał być tylko dodatek. I powiem szczerze: przez myśl mi nie przeszło, że ten salon przytulania będzie miał takie wzięcie!

Mimo że działa dopiero od siedmiu miesięcy, terminy są odległe. Ja musiałam czekać na wizytę trzy tygodnie. A Ania i tak robi aż trzy sesje dziennie.

- Cztery też jestem w stanie zrobić, ale wolę trzy.

Bo Ania przygotowuje się do każdej jak sportowiec do zawodów. Potrzebuje się skupić, wyciszyć i nastawić na osiągnięcie celu.

- Masaż czy peeling mogę ci zrobić w każdym humorze – tłumaczy. - Ale do przytulania muszę się rozluźnić i zadbać o dobrą aurę. Bo dotykamy się całym ciałem i ty nie możesz wyczuć ode mnie stresu, zmęczenia czy nerwów. Przychodzisz, ja jestem spokojna i cała tylko dla ciebie. Jestem… takim balsamem kojącym na wszystko.

Kto i po co?

Po usłudze płacą bez mrugnięcia okiem, a nawet z przyjemnością. Jeszcze nikt nie narzekał na ceny.

Pół godziny sesji przytulania: 99 zł.

Godzina: 149 zł.

Półtorej godziny: 199 zł.

Dwie godziny: 299 zł.

Zazwyczaj umawiają się na godzinę lub półtorej. Stali klienci na dwie. Choć w niedzielę przyszedł nowy i po sesji umówił się na kolejną, aż trzygodzinną.

Zaskoczenie: nie każdy chce się przytulać.

- Niektórzy chcą tylko porozmawiać. Jeden pan, młody specjalista IT, przychodzi, trzymamy się za ręce i on mi opowiada, szczególnie o swojej pracy.

- Czekaj… - przerywam. - Mija ta godzina i on się nie reflektuje na koniec: "Zaraz! W ogóle się nie poprzytulaliśmy, żądam zwrotu kosztów!"

- Nie. Takiej sytuacji nie miałam.

- I przychodzi potem następny raz?

- Przychodzi.

- I znowu się nie przytula?

- Znowu.

Po kilku miesiącach działania salonu Ania widzi tę prawdę jak na dłoni:

- Nie każdy chce się przytulać. Ale każdy szuka kontaktu międzyludzkiego. Może się wstydzi pójść do terapeuty? Bo niektórzy wciąż uważają, że to wstyd. Albo, że to niemęskie.

A 70 procent moich klientów to mężczyźni.

"Otacza nas z 20 poduszek i misiów różnej wielkości. Jest przytulnie, ciemnoszare ściany, wystrój buduarowy"
"Otacza nas z 20 poduszek i misiów różnej wielkości. Jest przytulnie, ciemnoszare ściany, wystrój buduarowy"© Archiwum prywatne

DARIUSZ

Miodzio

Najpierw był masaż. Potem miodzio. Czyli peeling miodowy na Dariusza szczupłe ciało. Bo ma 170 cm wzrostu i waży tylko 70 kg. No i wygląda na czterdzieści parę lat, choć ma 59.

Ale taki sukces nie bierze się znikąd. Dariusz, technolog w fabryce samochodów, dba o siebie i o sylwetkę: biega i jeździ na rowerze. Je dużo warzyw. Chodzi na zabiegi pielęgnacyjne i upiększające. Tak właśnie poznał Anię.

- Szukałem fajnego salonu i przez przypadek trafiłem na jej stronę w Internecie. A że lubię wszystko sprawdzić, po nitce do kłębka, i znalazłem też jej salon przytulania.

Pod koniec maja Dariusz zjawia się w Atelier Massage - Butikowym Salonie Spa po raz pierwszy.

Jest zachwycony.

- Byłem wcześniej na masażach sportowych, ale takiego salonu jeszcze nie widziałem!

Przytulnie, pachnie trochę jak w cukierni a trochę jak w perfumerii, personel częstuje ciastkiem, kawą, herbatą, a nawet lampką szampana.

- Oczywiście, jeśli gość nie przyjechał samochodem – zastrzega Dariusz. I podkreśla: – Bo u pani Ani nie jest się klientem, tylko gościem.

Ale największe wrażenie robi na Dariuszu serdeczność właścicielki. Kiedy przychodzą kolejne osoby, Ania nie wita ich zwykłym "Dzień dobry. Zapraszam na zabieg", tylko ściska się z nimi jak przyjaciółka. I od razu okazuje zainteresowanie: "Co słychać? Jak tam…?" – i tu nawiązuje do jakiejś sytuacji, zdarzenia czy osoby. Widać, że zna i pamięta każdego i nie traktuje go jak chodzącego portfela.

- Pani Ania jest bardzo ciepłą i przyjemną osobą. Ona… - Dariusz długa szuka odpowiednich słów, aż wreszcie rzuca z entuzjazmem: - Ma taką aurę wokół siebie, jakbym widział tęczę!

Po kolei

Już po pierwszym masażu Dariusz pozostaje pod wrażeniem i od razu zapowiada:

- Pani Aniu, ja to będę próbował po kolei wszystkie zabiegi, które pani oferuje w salonie! Wszystko, co pani ma w "menu".

Na początek rozważa "Czekoladowe mniam, mniam" - kąpiel z dodatkiem płynnej czekolady, potem peeling i masaż z kremem czekoladowym. I kąpiel w kozim mleku – jak królowa Kleopatra słynąca z gładkiej i promiennej skóry.

Dariusz też ma taką, nawet na piętach. Niedawno usłyszał od lekarki:

- Niektóre kobiety chciałyby mieć takie pięty jak pan!

Tłumaczy mi:

- Po prostu dbam o siebie. Bo jak pójdę gdzieś na zabieg do salonu, to co – w skarpetkach miałbym leżeć?

Po czterech masażach i peelingu Dariusz odważa się na przytulanie.

Etap wstępnej konwersacji i przełamania lodów: "Co cię do mnie sprowadza? Czego potrzebujesz?" pominięty, bo to wszystko już omówili na masażach.

Od razu prysznic, szlafrok i przytulanie.

- Jak pani Ania mnie przytuliła, to nie puszczałem jej przez 20 minut! Leżeliśmy na boku, ja raczej wtulony w nią. Dopiero jak mi już trochę puściły te nerwy i stres, to poczułem: wystarczy. Delikatnie się odsunąłem i zaczęliśmy rozmawiać. I kombinować, jak by tu się inaczej ułożyć: czy tak, czy tak… Po godzince zaczęliśmy puszczać sobie nawzajem ulubioną muzykę. W przerwach popijaliśmy herbatę malinową, którą przyniosła w dużych fajnych kubkach. I rozmawialiśmy, co by tu jeszcze można robić w trakcie takiej sesji. Na przykład przytulać się, a potem sobie potańczyć 15-20 min. Bo jednak dwie godziny to sporo i wystarczająco.

- Czyli wykupił pan aż dwie godziny?! – pytam zdziwiona.

- Oczywiście. A pani, ile była?

- Godzinę.

- No to troszeczkę mało – wyrokuje Dariusz z lekkim współczuciem. Po czym śmieje się z głębi trzewi: - Ale można to nadrobić!

"Pokój pachnie kompleksowo Chanel nr 5: świeczką, aromatyzowanymi patyczkami, a dodatkowo perfumami, które Ania rozpyla tuż przed przyjściem klienta"
"Pokój pachnie kompleksowo Chanel nr 5: świeczką, aromatyzowanymi patyczkami, a dodatkowo perfumami, które Ania rozpyla tuż przed przyjściem klienta"© Archiwum prywatne

Musi być kultura

Dariusz się zwierza:

- Po tym przytulaniu to ja musiałem odczekać tak z 15 minut w samochodzie.

- Ale czemu? – dopytuję.

- Bo byłem taki… - Dariuszowi znów brakuje słów. – Jejku…

- Rozanielony? – podsuwam.

- Tak, rozanielony! To było coś wspaniałego i człowiek niech sobie lepiej posiedzi w samochodzie, niż by miał jechać.

W ten sposób Dariusz celebrował swoją błogość przez dodatkowy kwadrans, zanim wróci do ogarniania codzienności.

- Było mi tak przyjemnie… - rozmarza się na to wspomnienie. - Chociaż tu muszę nadmienić… – Dariusz w okamgnieniu zmienia ton na stanowczy i chłodny - że to przytulanie jest dla osób bardzo kulturalnych!

- Co pan ma na myśli?

- Tam musi być kultura! Już mi nie chodzi o panią Anię, bo ona swoją drogą, ale chodzi o te osoby, które do niej idą - tajemniczo wyjaśnia Dariusz, tylko zaciemniając narrację. - Bo ludzie są różni i na hasło "przytulanie" to już może się pani domyślić… Ja tam nie będę dokładnie mówił, o co chodzi.

- Że niektórzy sobie wyobrażają, że chodzi o seks? – ucinam te dyplomatyczne wywody.

- Taaak! A pani Ania ma wyraźnie napisane, że to usługa platoniczna. Idzie się na przytulanie i nic poza tym!

Wierność

Dariusz poszedł trochę z ciekawości: jak wygląda to przytulanie i jak człowiek się po nim czuje.

- Jak to z ciekawości? To nie przytulał się pan z żoną? – dziwię się.

- No oczywiście, że się przytulałem! Ja nie mówię, że nie! Ale inaczej się przytula z kimś bliskim, a inaczej z kimś obcym i to jeszcze w szlafroku!

Dariusz trwa w małżeństwie od 35 lat. Tylko że ostatnio oddalili się z żoną od siebie.

- I teraz od siebie odpoczywamy. Zamieszkaliśmy osobno. Ale tylko na jakiś czas. Bo ludzie się kochają na swój sposób i chcą być razem na starość. Żeby się opiekować jedno drugim.

- Czują przywiązanie, ale nie mają bliskości fizycznej?

- Ona się wypala. Młodzi dopiero tego doświadczą.

- A żona wie, że pan był na przytulaniu?

- E, no nie mogę jej powiedzieć. Byłoby jej przykro. A tego nie chcę. Może kiedyś jej powiem, ale na razie nie czuję się gotowy.

Dariusz planuje już kolejne zabiegi: nie tylko przytulanie, ale też masaże, peelingi i kąpiele. Ale zawsze zapisuje się do Ani. Mimo że zatrudnia ona sześć innych masażystek.

- Żadnych odstępstw. Miałem w życiu jedną żonę, to będę miał tylko jedną panią masażystkę!

JERZY

Głowa

Jerzy był na sesji przytulania u Ani już trzy razy i planuje następne. Kiedy tylko praca mu na to pozwoli. Bo dwie trzecie miesiąca spędza w trasie – jeżdżąc po Polsce i szkoląc ludzi. Często nocuje w innych miastach albo wraca do domu, ale późnym wieczorem, po 16-godzinnym dniu pracy.

- Jak przyszedłem na przytulanie pierwszy raz, bolała mnie głowa. Pewnie ze stresu. Ale ten seans przytulania mi to wyciszył i ból głowy zniknął.

Jerzy nie używa komunikatu "ja". Zamiast mówić o własnych doświadczeniach, emocjach i potrzebach, chowa się za słowem "człowiek":

- Człowiekowi brakuje takiego wyciszenia, rozluźnienia i wsparcia. Bo co tu dużo mówić, we współczesnym świecie jesteśmy strasznie zagonieni i zestresowani. Mamy tysiące problemów, ludzie się od siebie izolują, sąsiad nie zna sąsiada, nawet w bloku. W ogóle serdeczności zeszły na plan dalszy. Do tego dołożyła się jeszcze pandemia i zupełnie pozmieniała nasz świat.

Nagle Jerzemu się przypomina:

- W czasie studiów mieliśmy grupę, z którą chodziliśmy po górach. Po studiach jeszcze długo zjeżdżaliśmy się z całej Polski i mieliśmy taki zwyczaj, że na powitanie mocno się przytulaliśmy. I to nam dawało jakąś dodatkową energię i… utrwalało nici przyjaźni.

Kiedy pytam Jerzego, co mu dają sesje u Ani, on znów ucieka:

- Myślę, że to leży w ludzkiej naturze: takie właśnie przytulenie, odprężenie, podzielenie się swoimi troskami. I spotkanie takiej ciepłej osoby to jest pozytywne odczucie i od razu wprowadza w dobry nastrój. Poza tym samo przytulanie, ten dotyk, pogłaskanie po głowie, po skroni… Nie wiem, jak to nazwać. Czasami mnie śmieszy, jak ktoś mówi o przepływach energii między ludźmi, ale to może było coś w tym rodzaju.

Przepływy

Mnie nie śmieszy. Psycholodzy mówią o tym od lat, napisali setki książek, wygłosili tysiące wykładów. Amerykańska psychoterapeutka Virginia Satir ujęła to najprościej, jak się da: "By przeżyć, trzeba nam czterech uścisków dziennie. By zachować zdrowie, trzeba ośmiu. By się rozwijać – dwunastu."

- Dotyk jest właściwie pierwszym zmysłem, który pozwala nam na nawiązanie więzi w życiu - wyjaśnia dr hab. Maciej Pilecki, psychiatra i psychoterapeuta. - Ponieważ to właśnie dotyk skóry rodzica, zwykle matki, na której ciele kładzione jest dziecko, jest tym pierwszym pomostem, który buduje się pomiędzy ciałem i umysłem dziecka a ciałem i umysłem rodzica. I pierwszym rodzajem relacji, która buduje poczucie bliskości i bezpieczeństwa. Dotyk, czułość, przytulenie są dla nas dowodem na więź, jakiej doświadczamy z drugą osobą i zaspokojeniem niezwykle intensywnego pragnienia, z jakim się rodzimy. I ono nie mija przez całe życie.

- Ale jako dorośli nie okazujemy sobie tej czułości za wiele – zauważam.

- Kiedyś w psychoterapii uważano, że przyjemność, jaka wynika z dotyku, jest pochodną instynktu seksualnego. Ale badania Johna Bowbly’ego z lat sześćdziesiątych wykazały, że dotyk i powiązane z nim pragnienie bliskości, więzi i czułości jest równie intensywnym i potężnym instynktem jak instynkt seksualny. I że te dwa dotyki wprawdzie w dorosłości przeplatają się w naszych relacjach z innymi, ale że mogą one też funkcjonować niezależnie od siebie. Więc dotyk jest niezwykle ważny w naszym życiu, ale też w naszej kulturze jest on obłożony tabu - bo przez tę konotację seksualną czasami wstydzimy się pragnienia bycia przytulonym.

- I wiele tracimy? Bo dzięki dotykowi wydziela się oksytocyna…

- Oksytocyna teraz jest modna, ale to dotyczy wielu hormonów i neuroprzekaźników. Badania wskazują, że dotyk pojawiający się w czułej relacji, w której jest zgoda obu stron, korzystnie wpływa na sposób, w jaki pracuje nasz centralny system nerwowy, najprościej mówiąc. Działa nawet jak substancje przeciwbólowe: zmniejsza cierpienie zarówno psychiczne, jak i fizyczne.

Tymczasem ja w piątek byłam się przytulać w salonie Ani, a w sobotę poszłam potańczyć do klubu latino.

Koło trzeciej w nocy podchodzi do mnie delikatna blondynka w typie Cate Blanchett i rzuca znienacka:

- Muszę z tobą porozmawiać.

- Znamy się? – pytam ostrożnie, spodziewając się kłopotów.

- Nie. Ale miałam strasznie ciężki dzień i muszę z kimś pogadać.

Zwierza się i nagle zaczyna płakać. Czara jej goryczy najwyraźniej przelała się, kiedy jakaś dziewczyna uderzyła ją kilka razy, niby niechcący. I kopnęła też "niechcący".

- Współczuję ci - empatyzuję. - I wyobrażam sobie, jak okropnie się czujesz. Ja też nie cierpię, jak ktoś przekracza moje granice fizyczne.

Ona zaczyna płakać już na całego, podsuwam jej więc stołek barowy, sadzam jak dziecko i – ku własnemu zdumieniu – przytulam ją, a nawet gładzę po włosach.

"Co ja robię?!" – przytrzymuję się w myślach. Pierwszy raz w życiu przytulam tak obcą osobę! Jestem jak Ania, która daje bliskość potrzebującym – tyle że gratis. Czuję, jakbym coś od niej wzięła i puszczała to dalej w obieg.

Wciąż gładzę dziewczynę po plecach, jak rodzic chcący ukoić dziecko do snu, a ona powoli się uspokaja.

- Muszę się wysmarkać – rzuca. – Idę do łazienki. Jesteś super.

Godzinę później widzę, jak uśmiechnięta tańczy na parkiecie. Zanim skończy się impreza, podchodzi do mnie jeszcze dwa razy:

- Bardzo mi pomogłaś. Dziękuję.

Dzielenie się

- Niektórzy przytulają się do drzew – podsuwam Jerzemu, ale raczej dla żartu.

On nieoczekiwanie podejmuje temat.

- Ja też się do nich przytulałem. Co prawda w ramach pracy, bo organizowaliśmy dla klientów warsztaty w parkach narodowych, ale mam to doświadczenie. Jeździliśmy tam na wiosnę, bo wtedy drzewa zaczynają tętnić życiem i słychać, jak krążą w nich soki. Przytulaliśmy się do kory, a pracownicy parków uczyli nas wsłuchiwać się w ten szum.

Tylko że z drzewem nie pogadasz. A z Anią owszem.

- Tak, to już jest więź emocjonalna i mogę jej powiedzieć takie rzeczy, których gdzie indziej bym nie powiedział. Uwolnić się od tych złych sytuacji i nastrojów, które czasem mi się zdarzają.

Partnerka Jerzego też nie wie o jego wizytach w salonie przytulania. Mimo że są w długoletnim związku i mieszkają razem.

- A mówił pan jej w ogóle, że potrzebuje przytulania i bliskości, czy nawet pan nie próbował? – badam.

Odpowiedź Jerzego okazuje się smutna jak końcówka filmu "Titanic".

- Taki komunikat na pewno z mojej strony był i jest cały czas, ale brak reakcji pozytywnej z drugiej strony. Cóż, nie jest to osoba ciepła i skłonna do okazywania uczuć.

U Jerzego dochodzi silny aspekt gabarytowy. Jest dużym mężczyzną - w przeciwieństwie do drobnej Ani. Ale przytulany przez nią i tak czuje się trochę bezbronny.

- Jak dziecko w ramionach mamy – przyznaje nieco zakłopotany.

Koks z siłki

Ja czułam się u niej podobnie. Błogo i bezpiecznie. Co mnie mocno zdziwiło, bo nie znoszę, kiedy dotyka mnie ktoś obcy.

A ten usiadł akurat obok mnie. W autokarze do Katowic tylko miejsca pod oknami zajęte, reszta wolna, ale on musiał wybrać to koło mnie.

- O nie… - pomyślałam w duchu.

Typ siłowniowy. Łysy, opalony, ubrany, jakby właśnie w pośpiechu wyszedł ze swojego codziennego treningu. Granatowe krótkie spodenki eksponują ogolone nogi, granatowa koszulka bez rękawów odsłania muskularne ramiona.

Ma ze 185 cm wzrostu, zajmuje swój fotel i trochę mojego. Przy każdym zakręcie i zmianie pasa osuwa się na mnie i czuję na swojej skórze jego odrastające włoski. Jest sierpień, upał, nie oddziela mnie od niego warstwa swetra czy kurtki.

Po pierwszym takim dotknięciu spoglądam badawczo na jego muskularne ramię napierające na moje. Po drugim – patrzę z dezaprobatą. Po trzecim i kolejnych – patrzę z ostentacyjną dezaprobatą i pochrząkuję znacząco.

A on zadowolony! Najwyraźniej odbiera moje spojrzenia jako wyrazy podziwu dla jego bicepsów i tricepsów.

Kierowca włączył radio, w tle leci piosenka:

"Na spojrzenie twoje jedno

Wszystkie serca zaraz miękną".

Moja irytacja rośnie, walczę ze sobą, czy mu wygarnąć, rozważam nawet zmianę miejsca. Po czym dopada mnie myśl: "Zaraz, zaraz, dlaczego to ja miałabym się przesiadać?". Z drugiej strony martwię się: "Dojadę do Katowic nabuzowana, bo jakiś koks się o mnie ociera i ostatnią rzeczą, na jaką będę miała ochotę, będzie przytulanie się."

Po pół godziny niechcianego dotyku w końcu wyrzucam z siebie stanowczym tonem, ale bez wrogości:

- Proszę się trochę ode mnie odsunąć, bo narusza pan moją przestrzeń i mi to przeszkadza.

On jakby zdziwiony.

- Jasne – odpowiada. Przesuwa ciężar ciała w stronę korytarza i do końca podróży już mnie nie dotyka.

Kobiety

Przychodzą do niej zadbane, pachnące, koło czterdziestki. Ania dostrzega w nich wspólny element:

- Zaznały krzywdy od partnera. Niektóre nawet przemocy fizycznej. Często mają za sobą rozstanie.

- Wszyscy faceci są tacy sami – skarżą się. – Już nigdy się z żadnym nie zwiążę!

Ania je przytula i głaszcze po włosach.

- Z kobietami proces jest bardziej skomplikowany niż z mężczyznami – tłumaczy mi. – Bo tu trzeba wprowadzać terapię rozmową. Dopytuję je: "Dlaczego tak uważasz? Czy to się zdarza za każdym razem, czy to był pojedynczy przypadek?". Nie, nigdy nie pocieszam, ani nie daję rad. Czasem nawet lepiej nic nie mówić, tylko przytulić.

Ania czuje, że im pomaga:

- W tym przytulaniu kobieta – kobieta jest czysta energia i bliskość. W ten sposób one bezwiednie otwierają się na dotyk. Uczą się ponownie zaufać drugiemu człowiekowi. I zaczynają rozumieć, że nie każdy jest zły, tak jak ten facet, z którym były.

Jedyna

Ania prawie się nie promuje. Konta salonu przytulania na Facebooku i Instagramie pozostają martwe. Tylko na olx wisi ogłoszenie, kończące się zdaniem: "Zapraszam się przytulać". Ma 3413 wyświetleń. I na telebimie przy centrum handlowym w Katowicach. Przez 10 sekund wyświetla się reklama salonu spa Ani, a przez pięć sekund reklama "Jedyny w Polsce salon profesjonalnego przytulania. Gdy ci smutno, gdy ci źle, chodź, przytul do mnie się".

Że jest jedyny, Ania dowiedziała się niedawno, i to od swoich klientów. Bo jeśli ludzie kojarzyli jakiś salon przytulania, to ten w Warszawie, otwarty w 2017 r. Rozwijał się z sukcesem, do tego stopnia, że dwie właścicielki, które przywiozły pomysł ze Stanów Zjednoczonych, zatrudniły kilkoro pracowników (w tym dwóch mężczyzn). A nawet założyły franczyzę. Powstał salon przytulania w Krakowie i we Wrocławiu. A potem przyszła pandemia.

Salony pozamykały się w różnym czasie, ich strony internetowe już nie działają, a telefony pozostają głuche. Choć wciąż można znaleźć publikacje na ich temat. A czytając, nikt nie patrzy na datę i nie zauważa, że to sprzed paru lat. Ania też nie patrzyła. Myślała, że zagospodarowuje lukę tylko na Śląsku. Teraz sama się dziwi: jak to, ona jedna na 38-milionowy kraj?

Klęska urodzaju

Ma tylu chętnych, że mogłaby zatrudnić do przytulania dodatkowych pracowników.

Ale czuje brzemię odpowiedzialności. Do niej przychodzą ludzie w głębokiej potrzebie i za samą siebie ręczy: wie, że się nadaje do tego i pomaga tym ludziom.

- Do tego trzeba mieć odpowiednie predyspozycje i umieć dać coś z siebie. Trzeba też umieć rozmawiać i po to zrobiłam nawet specjalny kurs coacha. Nie możesz robić tego na odwal i tylko czekać aż godzina minie. A taka jest znaczna część pracowników: odbębnić swoje i do domu.

Tu Ania wyraźnie smutnieje:

- Swoją drogą, ja rozumiem: pójść na masaż i zapłacić. Ale to trochę przykre, że w XXI wieku ludzie muszą płacić za to, że ktoś ich wysłucha, potrzyma za rękę albo przytuli.

Spełnienie

Czerwiec 2023. Ania przytula akurat dojrzałego mężczyznę i nagle czuje, że zmienia mu się oddech. Staje się nieregularny, jego klatka piersiowa pulsuje, do tego dochodzą tłumione dźwięki.

"Boże, on szlocha!" – orientuje się w duchu Ania i sięga po chusteczki. Wtedy on wyrzuca z siebie, trochę zdziwiony i zawstydzony:

- 20 lat jestem z moją żoną i nigdy nie przeżyłem takiej czułości i bliskości jak teraz!

Ani też łzy napływają do oczu. Nawet teraz, po dwóch miesiącach, kiedy mi o tym opowiada, też się wzrusza.

- To przytulanie jest bardziej intymne niż seks. Bo seks to jest ciało. A ciało można pokazać nawet na plaży. A my tu mamy intymność. Rozumiesz? Jak mężczyzna płacze, to już bliżej się nie da.

***

Imię jednego z bohaterów zmieniłam na jego prośbę.

Anna Śmigulec, dziennikarka Wirtualnej Polski

Źródło artykułu:WP magazyn
Komentarze (400)