Blisko ludziPoprawić Pana Boga

Poprawić Pana Boga

Poprawić Pana Boga
Aneta Wawrzyńczak

04.09.2016 08:47, aktual.: 12.09.2016 21:02

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Starość się ponoć Panu Bogu nie udała. Stowarzyszenie "mali bracia Ubogich" robi wszystko, żeby to choć trochę naprawić.

Zbiórka jest punkt dziewiąta, ale że zapowiedziało się około czterdziestu osób, wiadomo, trzeba wziąć pod uwagę margines błędu (to znaczy spóźnienia), tak zwany studencki kwadrans. Tyle że w drugą stronę, już 15 minut przed "godziną zero" w siedzibie stowarzyszenia kłębi się mały tłumek. Jeszcze tylko lista obecności, prowiant na drogę i podział miejsc w dwóch busach. Jeszcze zanim samochody zdążą wyjechać z Warszawy, szeleszczą foliowe woreczki, w ruch idą kanapki i słodkie bułki, cichutko syczą otwierane butelki z wodą mineralną. Rozmowy nie cichną, jest gwarno, wesoło. Kto by powiedział, że średnia wieku na pokładzie to jakieś 70 lat?
Dziś kierunek Żelazowa Wola. Będzie spacer po parku, obiad w restauracji, dla chętnych do obejrzenia krótki film o Chopinie i koncert - do wyboru, do koloru, wysłuchać go będzie można w dworku, w którym urodził się kompozytor, albo na świeżym powietrzu, przy okazji wygrzewając obolałe plecy w ostatnich takich w tym roku podrygach letniego słońca.

Radio = ktoś

Pani Zofia ma 86 lat, cukrzycę, refluks, wieńcówkę, nadciśnienie, problemy z dwunastnicą. Porusza się o kuli i to na bardzo krótkie dystanse z powodu drutowanego kolana, które nie kwalifikuje się do operacji. Praktycznie też straciła wzrok, na lewe oko widzi w 10 proc., na prawe wcale, lekarze sugerują amputację, ale pani Zofia "raczej się na to nie zdecyduje". Z powodu stanu zdrowia wymaga całodobowej opieki, którą zapewnia jej opiekunka w zamian za pensję (57 proc. emerytury pani Zofii), wikt i opierunek.

Dzieci ze zmarłym 10 lat temu mężem się nie dochowali. To znaczy nie wspólnych, świętej pamięci małżonek był wdowcem z dwiema córkami. Z pasierbicami pani Zofia jest bardzo związana, choć więź ta rozciąga się na siedem tysięcy kilometrów i utrzymywana jest głównie coniedzielną łącznością telefoniczną. Była i koncepcja, by pani Zofia przeniosła się za ocean i oddała w opiekę pasierbicom, szybko jednak za sprawą głównej (nie)zainteresowanej upadła, bo starych drzew się nie przesadza, a pani Zofia w rodzinnym domu korzenie zapuściła głęboko. - 64 lata tu mieszkam, już nie chcę nic zmieniać. Tu żyłam z moją mamą, z moim mężem. Ten lokal mnie wiąże, mam z nim przeżycia - wyjaśnia pani Zofia.

Rok temu pochowała siostrę, została jej już tylko jedna, są ze sobą bardzo blisko związane. Są również i siostrzeńcy, tylko "pracują, mają swoje rodziny, dzieci, obowiązki", a pani Zofia nie chce "nikogo w siebie angażować". Swoją sytuację towarzysko-zdrowotną podsumowuje więc tak: - W domu mam tylko cztery ściany, opiekunka nie mówi słowa po polsku, a ja z rosyjskiego gdyby nie to, że mi profesor dała ściągawkę, to bym matury nie zdała, takie do nich uprzedzenia miałam. Jedyna radość mojego życia to jest kontakt z ludźmi. Ale praktycznie jestem samotna.

W tych swoich czterech ścianach pani Zofia na co dzień czyta książki i ulubioną gazetę za pomocą czytnika. Telewizora w ogóle nie ogląda, bo przyzwyczajona jest do kultury, a w telewizorze "tylko opluwanie się". To, co się w świecie dzieje, a co można obejrzeć w telewizorze, zdaniem pani Zofii jest straszne. Chętnie za to słucha radia, konkretnie Rozmów Niedokończonych w Radio Maryja, ale też nie wszystkich audycji, tylko tych, które ją tematycznie interesują. - Jak sobie uruchomię radio, to mi się wydaje, że ktoś ze mną jest… - mówi smutno. Po chwili: - A w takiej sytuacji jest przecież wiele osób.

Do "małych braci Ubogich" trafiła jakieś pięć lat temu, sąsiadka już wcześniej się zapisała i panią Zofię werbowała, ale pani Zofia musiała sama na własne oczy przyjść (jeszcze wtedy widziała) i się przekonać, czy warto. Bo stowarzyszeń, jak wyjaśnia, jest w Polsce bez liku, ale wiele patrzy tylko na to, żeby odfajkować swoje i się niczym nie przejmować. - A tutaj, u "małych braci…", to, co one robią, mówię one, bo to są głównie panie, jest wspaniałe, pracują z takim poświęceniem i oddaniem dla ludzi starych, jak ja to nas nazywam - młodzieży przedwojennej. Ja twierdzę, i to nie tylko moje zdanie, że robią maksimum, żeby ludziom starym, chorym pomóc - wyjaśnia pani Zofia.

Przykładem służy na bieżąco: ot, dopiero co busy zajechały do Żelazowej Woli, z parkingu do Muzeum Chopina jest raptem z 50 metrów do przejścia, ale już między kasami a sklepikiem z pamiątkami pani Zofia stwierdziła, że spacerem po parku to się dzisiaj nie nacieszy. - Mówię opiekunce, że dalej nie pójdziemy, nie dam rady, tu sobie najwyżej posiedzimy. A za chwilę któraś z pań już przy mnie jest, pyta, co się dzieje, już wózek podstawiają i mogę jechać na spacer po parku, wysłuchać koncertu szopenowskiego. Sama pani widzi, jak one tu o wszystko dbają, jak się przejmują. Dla mnie to jest wielka radość, że mogłam tu przyjechać - mówi pani Zofia.

Pomoc = lekcja

Głównym działaniem Stowarzyszenia "mali bracia Ubogich" (www.malibracia.org.pl/) jest wolontariat towarzyszący. Podopiecznych Stowarzyszenia łączy jedno: samotność. - Nasi wolontariusze wypełniają tę pustkę - wyjaśnia Agnieszka Szafrańska, opiekun darczyńców Stowarzyszenia. - Regularnie odwiedzają samotne osoby starsze w ich domach, spędzają czas na wspólnej rozmowie, spacerze, wspólnym czytaniu. Jeden wolontariusz odwiedza zazwyczaj tylko jedną osobę. Chodzi o to, by dać czas na zbudowanie relacji opartej na przyjaźni i zaufaniu. To priorytet Stowarzyszenia, w myśl motta: "Kwiaty przed chlebem".

Sytuacja materialna podopiecznych stowarzyszenia jest różna. Są osoby w miarę dobrze sytuowane, są też takie, które żyją na granicy ubóstwa. Podobnie jest ze sprawnością - niektórzy podopieczni są w pełni samodzielni, inni ze względu na mniejszą mobilność czy niepełnosprawność, potrzebują wsparcia osób trzecich w czynnościach życia codziennego. Po to choćby, by móc wyjść z domu. Niektórym dopiero co stuknęła 60-tka, wraz z którą zyskali etykietę seniora, inni noszą ją od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat.

Stowarzyszenie otacza opieką blisko 300 samotnych starszych osób w Warszawie, Poznaniu i Lublinie. Oprócz spotkań z wolontariuszami "mali bracia Ubogich" organizują dla swoich podopiecznych różne formy aktywności w siedzibie Stowarzyszenia, a w okresie wakacyjnym - jednym z trudniejszych dla samotnych osób starszych momentów w roku - jednodniowe wycieczki. W tym roku odbyło się ich już 14, skorzystało z nich w sumie ponad 200 seniorów.
Już za 47 złotych od osoby (taki jest kosz przejazdu, biletów wstępu, prowiantu na drogę i obiadu) można zafundować seniorowi wyrwanie się z czterech ścian, odetchnięcie świeżym powietrzem, obcowanie z naturą, a przede wszystkim - z innymi ludźmi. - Dajemy im możliwość wyjazdu, przebywania wśród ludzi, innych seniorów, wolontariuszy. Widzimy, jak wracają naładowani pozytywną energią, jak czekają na kolejne wyjazdy - wyjaśnia Agnieszka.

Raz do roku "mali bracia Ubogich" organizują też 6-dniowy wakacyjny pobyt dla około 30 najbardziej potrzebujących seniorów. Chcieliby częściej - i dla większej grupy podopiecznych - ale do tego potrzebne są dwa czynniki: ludzki (czyli wolontariusze) i finansowy (czyli darowizny).

Obraz

Walczą też wreszcie o to, by zapewnić osobom starszym nie tylko rozrywkę (stacjonarnie organizowane są w siedzibach stowarzyszenia zajęcia językowe, plastyczne i sportowe, a także wykłady ze specjalistami różnych dziedzin), ale i godność. - Na każdym kroku widać potrzebę zmiany w podejściu do seniorów, także systemowej - mówi opiekun darczyńców "małych braci". Brakuje przede wszystkim lekarzy geriatrów, Polska znajduje się pod tym względem w europejskim ogonie: unijna średnia to około 3 specjalistów na 100 tysięcy mieszkańców, przykładem świeci Szwecja, gdzie przypada ich prawie ośmiu, u nas zaś - nawet nie jeden (bo 0,8). Podobnie jest z łóżkami geriatrycznymi.

Jeszcze częściej zawodzi czynnik ludzki. - Osoby starsze są specyficznymi pacjentami, trzeba im poświęcić więcej czasu, żeby coś wytłumaczyć, bo nierzadko nie dosłyszą, czasem potrzebują więcej uwagi i cierpliwości. Często też z powodu wieku jako pacjenci są spisywani na straty, odmawia się im niektórych zabiegów, bo już szkoda w nich "inwestować" - wyjaśnia Agnieszka. Jako przykład podaje sprawę, gdy sąd przyznał seniorowi niższe odszkodowanie powypadkowe z racji wieku czy komentarz lekarza do pacjentki-seniorki "przecież pani i tak już żyje na kredyt". - Problem w tym, że te osoby, których prawa są łamane, same się o nie nie upomną. My jesteśmy od tego, żeby im w tym pomóc - mówi. I dodaje, że seniorzy nie tylko "biorą" od stowarzyszenia, ale sami wiele dają. - Ci ludzie dają nam świetne lekcje - historii i życia - podsumowuje Agnieszka.

Samotność = depresja

Pani Danusia ma 73 lata, w 2003 roku pochowała męża, przeżyli razem 38 lat. Byli bardzo dobrym małżeństwem, tak ocenia pani Danusia, a wysoka jakość ich relacji przejawiała się na przykład tym, że mogli siedzieć w jednym pokoju, on nad książką czy gazetą, ona też, albo przy telewizorze czy robótkach ręcznych, i słowem się do siebie nawet przez godzinę albo lepiej nie odezwać. - Jak jest między ludźmi więź, to nie trzeba ze sobą ciągle rozmawiać, żeby było fajnie. Ważna jest świadomość, że ktoś jest blisko, na wyciągnięcie ręki, że można na siebie wzajemnie liczyć, że relacje są serdeczne - mówi pani Danusia.

Jak mąż zmarł na zawał, pani Danusi "świat na głowę spadł". Ale się w czterech ścianach jakoś nie zamknęła. Raz, że to nie ten typ, całe życie ją ciągnęło do ludzi. Dwa że sama w domu by zwariowała, "zdziwaczała po prostu", zrobiłaby się "zgorzkniała, złośliwa może". Szczęście w nieszczęściu, że dzieciom była potrzebna, a konkretnie wnukom, później prawnukom, dopóki nie poszły do przedszkola. Wtedy pani Danusia, która i tak całe życie miała problemy ze wzrokiem, już jako dziecko nosiła okulary z wadą 15 dioptrii, zaczęła coraz bardziej podupadać na zdrowiu. Szwankowały po kolei: kręgosłup, nogi (żylaki), serce (migotanie przedsionków), jelita (polipowatość). Coraz gorzej było też z oczami, porobiły się problemy z plamką żółtą, skutkiem czego pani Danusia prawie już straciła wzrok. Jedyne wyjście to operacja, ale skąd wziąć 100 tysięcy na zabieg, zwłaszcza jak żadnej pewności co do jego powodzenia nie ma?

Na horyzoncie zaczęła też majaczyć samotność. - Nie byłam już tak bardzo potrzebna dzieciom, mieszkałam wtedy sama (dopiero później zamienili z synem dwa małe mieszkania na jedno większe). Kombinowałam, co by tu zrobić, żeby gdzieś między ludzi pójść - wspomina. Skąd się o Stowarzyszeniu "małych braci Ubogich" dowiedziała, dziś już nie pamięta dokładnie, może ulotka jej wpadła w ręce, może gdzieś o nim wyczytała, a może ktoś coś podszepnął. To było ze trzy, może cztery lata temu. W stowarzyszeniu pani Danusia wyłuszczyła sprawę jasno: szuka kontaktu z ludźmi, bo się boi, że jak tak w domu będzie sama siedzieć, to popadnie w jakąś depresję. Zjawiała się jednak z rzadka, to na zajęcia plastyczne, to na "wiersze" (wieczorki poezji) czy "kijki" (nordic walking), to na wykłady z prelegentami lekarzami różnych specjalizacji albo urzędnikami, najchętniej - na "wigilie" i "jajeczka".

- Mnie najbardziej interesowało, żeby znaleźć kogoś, z kim pójdę do teatru, do kina, posiedzę w kawiarni albo na ławce, porozmawiam o przeczytanej książce albo o życiu. Bo ja bardzo lubię gadać - śmieje się. Sporadyczną obecność pani Danusi zauważono w stowarzyszeniu, ku zachęcie do większej aktywności padła propozycja: a może by tak pani wolontariusza przydzielić? Pani Danusia: - W pierwszej chwili się zgodziłam, ale później pomyślałam: a właściwie po co? Sama się poruszam, w domu i po mieście, wszystko koło siebie robię.

Między wolontariuszką ("taką dziewczyną koło 40-stki") a panią Danusią nie zaiskrzyło, pierwsza chciała siedzieć w domu przy kawie, druga pójść do kina, teatru, potańczyć. Pożegnały się więc, ale pani Danusi jakoś niebawem wpadła w ręce kolejna ulotka - że potrzeba wolontariuszy. - Zadzwoniłam i okazało się, że to są "mali bracia Ubogich"! Na rozmowie, gdzie poszłam w charakterze kandydata na wolontariusza, powiedziałam, że mam coś do zaoferowania od siebie. I mi zmieniono status z podopiecznej na wolontariuszkę - opowiada.

Od dwóch lat ma pod opieką panią Teresę, raptem trzy lata od niej starszą. Do stowarzyszenia przychodzi też na zajęcia z języka niemieckiego, ciągle kogoś nowego poznaje, umawia się na spacery, na spotkania w klubach seniorów, jeździ na wycieczki, już nie jako podopieczna, ale właśnie wolontariuszka. Dopiero co ją zagadnęły dwie panie, numerami telefonów chciały się wymienić, żeby się umówić później tak poza stowarzyszeniem, wyskoczyć do kina, teatru, na kawę i ciastko. - Ale nawet tu, na wycieczkach niektóre osoby izolują się, z nikim nie rozmawiają. Trudno takiego człowieka wyprowadzić z tej samotności - uważa pani Danusia.

Niewiele = ciepło

Pani Danusia z cytatem z Antoniego Kamińskiego, wybitnego polskiego psychiatry, zgodzi się tylko połowicznie. - Jeżeli chodzi o zdrowie, to może faktycznie się Panu Bogu starość nie udała. Bo nie mam żadnego wpływu na to, że jestem chora, nie wiadomo też, jak mi się dalej ze zdrowiem ułoży, nie wyobrażam sobie, że będę przykuta do łóżka… To już nie ode mnie zależy. Ale cała reszta i owszem - uważa. Jako że całe życie zawodowe była pielęgniarką, z seniorami niejednokrotnie miała do czynienia. - Wtedy nie było takich możliwości, emeryci siedzieli w domu, wyglądali przez okno i liczyli przechodniów. Albo na ławce pod blokiem siedzieli całymi dniami i plotkowali. Teraz to się zmieniło na lepsze, dzięki klubom seniorów, stowarzyszeniom takim jak "mali bracia", nagłaśnianiu naszych spraw przez media. Jeśli się ciągle sieje, to w końcu kiedyś coś wykiełkuje, prawda? - pyta, zdaje się retorycznie pani Danusia. I, klasycznie ze śmiechem, dodaje: - Jeżeli taka starsza osoba wpadnie w dobre otoczenie, na przykład do naszego stowarzyszenia, to się rozkręci. Jeżeli się poddamy, to co nas czeka?

Pani Zofia ma zgoła odmienne zdanie, choć z Najwyższym spierać się nie zamierza. - Myślałam, że starość będę miała inną. Ale widocznie tak Pan Bóg przeznaczył - mówi. Od lat 50. przez prawie dwie dekady pracowała jako opiekunka społeczna, już wtedy mogła się więc zaznajomić z tym, jak starość w Polsce wygląda. Od kilku lat zna ją zaś z własnego doświadczenia i jak przychodzi jej wiedzę z obserwacji z tą z autopsji porównać, to wychodzi na to, że jest gorzej niż kiedyś. - Chodziłam na wywiady (środowiskowe), pisałam wnioski do Rady Narodowej, że trzeba opiekę załatwić, dać zapomogę. Nie chciałabym, żeby komunizm wrócił, ale wtedy więcej było pomocy dla ludzi starszych. Jak wniosek napisałam, że jest ciężka sytuacja materialna, to talony były przyznawane do baru mlecznego, jakaś zapomoga - wspomina. Sama na finanse nie narzeka, emeryturę ma "nie niską", ale też "nie wysoką". Jej zdaniem jednak wcale nie o pieniądze w starości chodzi. - Nam naprawdę niewiele potrzeba. Ciepłego słowa i trochę zainteresowania, czy nie trzeba nam podać ręki.

Wakacyjne wyjazdy seniorów można wesprzeć, wpłacając darowiznę na konto dedykowane zbiórce "Wakacje 2016" Stowarzyszenia "mali bracia Ubogich": 42 1090 1043 0000 0001 3263 9932

Hanna Rechowicz: Starość to taka młodość, tylko że inna
Zobacz także: Jolanta Kwaśniewska: Boję się niedołężności

Źródło artykułu:WP Kobieta
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (27)