Paweł Urbanowicz: – Urzędnicy często przykładają sytuację w rodzinie zastępczej do sytuacji normalnej rodziny, na przykład własnej, i żądają działań, które wynikają z ich wzorca. I już masz przerąbane. Bo jak można porównać normalną rodzinę z naszymi problemami, harówą, wypaleniem, wątpliwościami, klęskami wychowawczymi? A jeszcze do tego dochodzą konflikty z własnymi dziećmi, które mają często poczucie, że się je okrada z własnej rodziny, dzieciństwa. Przyjmując dziecko zaburzone, rodzina zastępcza staje się rodziną dysfunkcjonalną. To jest nie do zrozumienia, porównania, opisania. Zdaniem Tomasza Polkowskiego w Polsce panuje tradycja interwencjonizmu urzędniczego – pracownicy pomocy społecznej są często wyroczniami, które stawiają się ponad prawem rodziny do wychowywania dzieci. Przywołuje znaną sprawę: pracownicy socjalni chcieli odebrać dziadkom wnuczka, bo uznali, że jest za gruby. Ale to dotyczy nie tylko ich: kandydaci na rodzinę zastępczą usłyszeli od psychologa, że się nie nadają, bo są za prości,
co przeczy naukowej teorii, że w kontaktach rodzica i dziecka liczy się więź, a nie wykształcenie i status. Asystenci rodziny i koordynatorzy też nie zawsze mają o tym pojęcie. Tradycyjne jest ocenianie rodzin, klasyfikowanie ich, nadużywanie słowa patologia, przyglądanie się raczej symptomom, a nie przyczynom choroby.