WP

Urszula Dudziak: Ja się dopiero rozkręcam

Na scenie i poza nią zaraża energią. Wokalistka jazzowa, która w wolnych chwilach skacze na trampolinie. Rzadko opowiada o raku piersi, który ją zaatakował. Nam powiedziała, dlaczego nie poddała się konwencjonalnemu leczeniu i zrezygnowała z chemioterapii.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Urszula Dudziak: Ja się dopiero rozkręcam
(AKPA)
WP

WP: : Mogę użyć brzydkiego słowa?

* Urszula Dudziak:* Proszę bardzo!

WP: : Czy ma pani twardy tyłek?

WP

Muszę ci powiedzieć, że tak. Z tą moją dupą to wygląda tak, że jest coraz twardsza dlatego, że się gimnastykuję, chodzę na jogę, gram w tenisa i jeżdżę na rowerze.

A tak na poważnie - umiem spadać i wiem, że nie zrobię sobie krzywdy. Mądrość życiowa i doświadczenie pozwala nam na to, żeby spadać jak kot - na cztery łapy.
Luciano Pavarotti pięknie powiedział, żeby śpiewać odsetkami, a nie kapitałem. Uważam, że na co dzień obowiązuje identyczna zasada. Spadanie na twardy tyłek to życie odsetkami, a nie kapitałem. Bo jak pozwolę zrobić sobie krzywdę, wtedy mój kapitał, czyli dusza, fundament mojego charakteru, jest popękany, niepewny i nie wie, na czym stoi.

W momencie, gdy uszanuję kapitał, życie biegnie swoim nienaruszonym tempem, bez zawirowań. A jeżeli są, to spadnę na moje twarde i pięknie wymodelowane szyneczki (śmiech).

WP: : Słyszałam, że trenuje pani z użyciem hula hop i skakanki, żeby ujędrnić ciało.

WP

Hula hop jest świetne na talię. Skaczę też na trampolinie.

WP: : Ma pani w domu trampolinę?

Tak, mam w domu różne przyrządy. A trzy razy w tygodniu pędzę na jogę.

WP: : Diecie też poświęca pani tyle uwagi?

WP

Jem dużo owoców, warzyw. Niestety jestem trochę uzależniona od kawy, ale staram się nie pić więcej niż jedną - dwie filiżanki dziennie. Uważnie czytam etykiety na produktach, nie dam się zwieść. Mam kontakt ze specjalistką od diety makrobiotycznej, która ma swoje pola na Mazurach, uprawia zdrowe warzywa. Codziennie dostarcza mi wspaniały obiad. Robię sobie tylko śniadania. A moja kolacja wygląda tak: miska owoców. Nie objadam się, jem tyle, by zaspokoić głód. Chyba, że skusi mnie coś naprawdę pysznego. Nie katuję się, nie torturuję, żyję pełnią życia.

WP: : Gdy zachorowała pani na raka piersi, odmówiła poddania się chemioterapii.

Doszłam do wniosku, że spróbuję poradzić sobie z pomocą mojej córki, która jest bardzo światła i hołduje medycynie chińskiej.
Kasia powiedziała: możesz robić, co chcesz, ale nie wybaczę ci, jeśli nie będziesz wiedziała wszystkiego. Włamywałyśmy się nawet do plików lekarzy, żeby naprawdę dowiedzieć się, jakie są wyniki badań. To jest tylko moja decyzja, że postanowiłam odmówić leczenia konwencjonalnego. Aczkolwiek poddałam się mastektomii.

Niektórzy twierdzą, że to mnie uratowało. Pojechałyśmy wtedy do instytutu makrobiotycznego w Massachusetts i tam doznałam olśnienia, nauczyłam się gotować. Od tego czasu zaczęłam o siebie bardzo dbać.

WP

WP: : Czy lekarze nie stukali się w głowy, gdy odmawiała im pani stosowania konwencjonalnych metod?

Nie. Jedynie lekarz, który mnie prowadził i był za chemią, powiedział: ja się znam leczeniu, ty na muzyce, bardzo chciałbym cię długo słyszeć śpiewającą na żywo, pozwól mi się leczyć. Odpowiedziałam: dziękuję, ale poradzę sobie sama.

Nie wyszłam z tym zaraz do mediów i nie informowałam o mojej sytuacji, ponieważ dokonałam wyboru i nie chciałabym ponosić odpowiedzialności za kogoś, kto pójdzie podobną drogą jak ja, a rezultat będzie inny.

Każdy rak jest inny. Kombinacja mojego raka, mojej decyzji i postawy, okazała się słuszna, uratowała mnie, ale nie musi tak być w przypadku innej osoby.

WP

WP: : W jakich okolicznościach dowiedziała się pani o chorobie?

Wyczułam w piersi guzka i zaczęłam coś podejrzewać. Wystraszyłam się i poszłam się zbadać. Dodam tylko, że nigdy nie zaniedbywałam profilaktyki. Co roku robiłam mammografię. Mimo tego, nie zdążyłam. Różnie to bywa.

WP: : Życie w strachu?

Absolutnie nie. Zamknęłam już te drzwi. Wiadomo, że rak jest podstępną chorobą i mam też momenty, gdy zaczynam się niepokoić, że coś się do mnie dobiera. To jest rana na życie. Na szczęście to tylko krótkie chwile, kiedy o tym myślę.

WP: : Czy pani córka Mika, z którą niedawno stworzyłyście duet wokalny w utworze pt. „Pójdę wszędzie z tobą”, też jest taką waleczną lwicą jak pani?

Ona jest bardzo delikatna, wrażliwa. Musi minąć trochę czasu, żeby miała ubite te szyneczki. Ale to przyjdzie. Tak bardzo się cieszę z jej nowej płyty. Kocham Mikę i jej śpiewanie, które działa na mnie w kojący i relaksujący sposób.

WP: : Gdy mówiłam znajomym, że będę z panią rozmawiać, wszyscy przyznawali: super babka, spytaj, skąd czerpie tyle energii.

Wszystko zależy od stanu umysłu - jacy jesteśmy, jaką mamy optykę. Najważniejsze, żeby dotrzeć do siebie, do duszy, do własnego „ja”. Jak się rodzimy, ono jest czyste, niewinne, genialne i piękne. Żeby opisać ten stan, wymyśliłam system litery „U”, od mojego imienia.

Zdobywamy wiedzę, szlif, ale jesteśmy też obrzucani błotem uwarunkowań, które w wielu sytuacjach decydują o tym, jak postępujemy, co myślimy.
W połowie życia przychodzi taki moment, kiedy zdajemy sobie sprawę, że to nie my, coś nas uwiera i musimy zareagować. Bywa, że nie rozumiemy naszych decyzji, stanów, reakcji.

Jeżeli nie zdamy sobie sprawy z tego, że to wina rodziców, którzy powiedzieli kiedyś: jesteś głupia albo księdza, który zawyrokował: zobaczysz, pójdziesz do piekła, będziemy w dalszym ciągu błądzić. Jednak jesteśmy w stanie pozbyć się uwarunkowań. A wtedy znajdujemy się na samym dole litery „U”. Zaczynamy kalkulować, docierać do prawdy, zastanawiać się. Jestem z partnerem dwadzieścia lat, czy to jest to? A czy zawód, który uprawiam, jest dla mnie odpowiedni? Kraj, w którym mieszkam, to ten właściwy?

Jeżeli dojdziemy do właściwych wniosków, nóżka litery „U” dąży do góry i cały czas jest lepiej. Dopiero wtedy jesteśmy tacy, jacy powinniśmy być.
Zmieniamy swoje życie albo dochodzimy do wniosku, że nie musimy nic przemeblowywać. Ale to są bardzo ważne przemyślenia, które podejmuje się, gdy ma się czterdzieści - pięćdziesiąt lat.

Żartuję sobie, ale w sumie to nie do końca żart, że dopiero się rozkręcam. Teraz jestem w momencie, że może być tylko lepiej. Czasami tłumaczę to jak nawiedzona papuga: what you pay attention to grows. Na czym się skupimy, to rośnie. Jeśli na ciemnej stronie, na negatywach, one w nas rosną. Jeśli na pozytywach, kwitniemy.

WP: : Pewnie jak każdy człowiek też miała pani powody, by ugrzęznąć w tym dole literki „U”, w czarnej dziurze.

Oczywiście. Mimo że ludzie mogą mówić: a Dudziak dużo zarabia, dobrze jej się powodzi. Chodzi o to, że z optyką na życie, jaką mam, jest o wiele łatwiej pokonać schody. Po prostu nie decydujemy emocjonalnie, bo emocjonalne wybory na ogół są niewłaściwe. Jeśli mi albo członkom mojej rodziny przydarza się jakiś dramat, niepowodzenie, nie zastanawiam się, dlaczego tak się dzieje. Bezsensowne pytanie. Jedyne warte uwagi brzmi: co mogę zrobić, żeby poprawić sytuację.

Wykorzystujemy swoje doświadczenie życiowe i znajdujemy rozwiązanie. To powoduje, że jesteśmy osobami świadomymi i emocjonalnie wyważonymi, a co najważniejsze - szczęśliwymi. Emanujemy energią, harmonią i pięknem.

WP: : Co pani sądzi o gwiazdach, które goniąc za wieczną młodością i urodą, odejmują sobie lat za pomocą operacji plastycznych?

Oczywiście trend jest silny, szczególnie w Hollywood. W Ameryce operacja plastyczna to dla wielu błahostka porównywalna z reperowaniem zęba. To indywidualna sprawa, aczkolwiek uważam za najważniejsze, żeby starzeć się z płomieniem w duszy. To widać w oczach!

A może się zdecyduję, jak naukowcy wymyślą metodę, w ramach której człowiek nałoży na twarz maskę i ona w ciągu kilku chwil nas odmłodzi, pobudzi śpiące komórki. Ale dziękuję za naciąganie, botoks, zmienioną mimikę twarzy. Nie mam zamiaru się masakrować.

Nie wyobrażam sobie, jak można sobie powiększać usta do monstrualnych rozmiarów. Apoteoza młodości jest niezdrowa w naszej cywilizacji. To choroba naszych czasów.

Rozmawiała: Katarzyna Gruszczyńska, WP Kobieta

Polub WP Kobieta
WP
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.
WP