Trwa ładowanie...

Wywiad z Jakubem Szczęsnym: "Nieświadomie bierzemy udział w wyścigu ego"

Autor instalacji artystycznych, designer mebli i przede wszystkim architekt. Jego budynki na stałe wpisują się w tkankę miejską i skutecznie ją ożywiają. To właśnie on stoi za projektem słynnego Domu Kereta w Warszawie, który w najwęższym miejscu ma 92 cm i został włączony do stałej kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku. W swoich pracach postuluje redukcję i jak sam mówi: "Świadomy wybór ograniczonej przestrzeni czy zmniejszenia liczby posiadanych obiektów jest marginalny w świecie napompowanych aspiracji. Chcemy mieć jak największe domy i samochody, jak największe piersi i penisy, a na koniec pełne konta i żołądki". O zawodzie architekta z Jakubem Szczęsnym rozmawia Aleksandra Wołejsza.

Share
Wywiad z Jakubem Szczęsnym: "Nieświadomie bierzemy udział w wyścigu ego"
Źródło: Materiały prasowe, fot: M. Ostrowska
d2v5edc

W jakim momencie jest teraz twoim zdaniem polska architektura?

W bardzo ciekawym. Przez nieco ponad ćwierć wieku przeszliśmy niebywałą ewolucję od konsumentów tanich zachodnich technologii i idei, które trafiały do nas często z drugiej, a nawet trzeciej ręki (jak to było w przypadku postmodernizmu, który zagościł u nas na początku lat 90.) do świadomych "budowniczych przestrzeni", którzy są coraz bardziej otwarci na polski kontekst i wiedzą, że architektura zmienia oblicze miasta czy wsi na dziesiątki lat. Przynajmniej taką odpowiedzialność czują co lepsi projektanci, których budynki pokazujemy w programie "Polska dobrze zaprojektowana" w Domo+!

Co jest największą bolączką polskiej architektury?

Tą bolączką jesteśmy my Polacy. O ile w ogóle można zapytać o odczucia dotyczące abstrakcyjnej i nieożywionej materii...To wynika z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że przed nami jeszcze długa ewolucja, a świadomi, wyedukowani i odważni inwestorzy, projektanci i użytkownicy to wciąż niewielki procent populacji. Po drugie, niezmiernie lubimy komplikować sobie życie pompując biurokrację, w czym zresztą pomaga nam zarówno rodzima tradycja, jak i obsesja normatywizacji rodem z Unii Europejskiej. I po trzecie, uwielbiamy się pokazywać, więc nieświadomie bierzemy udział w wyścigu ego, co widać na każdym polskim przedmieściu, wyglądającym jak w urbanistycznym katalogu producentów tynków na siatce z przewagą pistacji i różu oczywiście. Po prostu brak nam dyscypliny, a odrobinę unifikacji uznajemy za przerażające ograniczenie. W efekcie powstaje mało zwykłej, ale dobrej "architektury tła", która jest głównym budulcem rzeczywistości miasta.

Ostatnio pojawia się coraz więcej opracowań dotyczących społecznej teorii architektury – np. „Wanna z kolumnadą”, która okazała się sukcesem wydawniczym. Skąd twoim zdaniem tak nagłe zainteresowanie architekturą wśród Polaków?

To pewien etap wspomnianej ewolucji świadomości. W przypadku architektury "wędką" jest jej wymiar społeczny, bo na kwestie społeczne jesteśmy bardziej wyczuleni niż na estetykę, wymiar konceptualny czy filozoficzny.
Ważny jest też aspekt historyczny i emocjonalny. Nie bez kozery temat architektury najlepiej "splata się" z opowieścią o przeszłości miasta i standardów socjalistycznych, które wszyscy kojarzymy z dzieciństwa czy dorosłości. Stąd książki Springera, ale też Chomątowskiej, Majewskiego czy Wichy mają niebywałe znaczenie. Torują one drogę do następnego wymiaru opowieści o estetyce w ogóle. Przed tą falą mieliśmy też niezwykle poczytne publikacje jak "Dom. Krótka historia idei", a dużo wcześniej "Nowoczesne mieszkanie", a więc książki, które bardziej poprzez narrację przemycały skomplikowane pojęcia o praktyczności i codzienności architektury.

d2v5edc

Ostatnio prym wiedzie powracająca moda na modernizm. Skąd właśnie tak duże zainteresowanie Polaków tym prądem w architekturze?

Z sentymentu za czymś, co jako prąd myślowy niosło wiarę w lepszą przyszłość, proponowało nową jednorodną kodyfikację form i do dziś kojarzy nam się z czymś ponadczasowym i szlachetnym. Ostatnio miałem taką rozmowę ze świetnym brazylijskim "po-modernistą", Marcio Koganem, który czerpie pełnymi garściami z tradycji modernizmu swojego kraju. Szczególnie od Liny Bo Bardi, pierwszej architektki-gwiazdy, po "wiecznie żywego" Niemeyera, a na naszym krajanie Lucjanie Korngoldzie kończąc. Lucjan Korngold zbudował w stanie Sao Paulo dziesiątki dużych budynków komercyjnych z Banco Atlantico - najwyższym swego czasu wieżowcem żelbetowym na świecie - na czele.

Marcio powiedział, że odrzuciwszy postmodernizm, część jego pokolenia "schroniła się" w nobilitującej estetyce modernizmu, czasem bardzo minimalistycznego. Jednak w pewnym momencie stał się on językiem bogaczy, zupełnie już odartym z towarzyszącego mu wcześniej etosu zmieniania społeczeństwa. Marcio przyznaje, że trudno jest uciec od tej "sushi architektury" i zgadzam się z nim w pełni. Bardzo niewielu jest dziś eksperymentatorów, bo w jakiś tajemniczy sposób innowacja technologiczna rozminęła się z innowacją społeczną, co nie miało miejsca w latach 30., 40., 50. i 60. XX wieku.

Jak twoim zdaniem zmieniła się Polska pod względem architektury – powstaje coraz więcej grodzonych osiedli, postępuje proces gentryfikacji, ale też powstało kilka budynków, z których możemy być naprawdę dumni.

Na szczęście grodzone osiedla są coraz mniej modne, może dlatego, że nowa klasa średnia poznaje świat i wie, że na takich osiedlach żyją sparaliżowani strachem mieszkańcy krajów trzeciego świata. Wyższa klasa średnia mieszka z kolei w budynkach jednorodzinnych w bliskości centrów miast, w enklawach luksusu czy w śródmiejskich kamienicach z portierem, wyznaczając kierunki dla skorej do kopiowania wyższych standardów klasy średniej. Coraz większym "atraktorem" jest też życie w mieście, a nie na jego obrzeżach. Zaczyna to wiązać się ze statusem, bo jest droższe, ale też ze specyficznym zestawem wielkomiejskich cech w sposobie czy stylu życia.

d2v5edc

Temat gentryfikacji nie jest też łatwy. Nie jestem w stanie jednoznacznie ocenić tego fenomenu, a raczej serii fenomenów. Zwłaszcza po miesiącach mieszkania w "strefach napięcia gentryfikacyjnego" na Brooklynie czy w centrum Sao Paulo. Zmiana standardu użytkowników centrów i obrzeży centrów dużych miast jest nieunikniona i często konieczna, zwłaszcza w kontekście zmian społecznych wpływających na miasta poprzemysłowe. Chyba też chodzi o to, żeby nie doprowadzić do sytuacji, którą znamy z Manhattanu i dużej części Brooklynu, gdzie ludzie, którzy są prawdziwą siłą napędową miasta, często nauczyciele akademiccy i pracownicy sektora kreatywnego z artystami włącznie są wypychani podnoszonymi w nieskończoność czynszami, a ceny mieszkań nie są już na kieszeń zwykłego człowieka. Dlatego wierzę w narzędzie, które w Nowym Jorku występuje tylko w tzw. coopach, a więc miejską lub państwową kontrolę poziomu czynszu (rent control), która np. w Brazylii ucięła spiralę spekulacji nieruchomościowej już w latach 20. XX wieku.

W Sao Paulo biorę właśnie udział w swoistym eksperymencie, do którego udało się namówić władze miasta. Mianowicie na wpół opuszczone i zdegradowane, a niegdyś piękne centrum jest teraz rewitalizowane m.in. poprzez legalizację tzw. okupacji. Całe wioski w poszukiwaniu pracy "wbijały się" do opuszczonych wieżowców, a jeśli nie zostały wykurzone przez policję, mogły starać się o półlegalny status. W przypadku byłego hotelu Columbia Palace miasto postanowiło zostać poręczycielem i mediatorem, pomagając 60-kilku rodzinom w dostaniu pożyczki z państwowego banku na zakup budynku po niskiej cenie od właścicieli, którzy mają wieloletni dług wobec miasta. Wynika on w z niepłaconego podatku gruntowego i podatku od nieruchomości, który został im w efekcie sprzedaży umorzony. Brazylia jest krajem niesłychanych nierówności, ale też miejscem, gdzie eksperymentuje się na dużą skalę. Jak chociażby w tym wypadku, gdzie gentryfikacja dzieje się również przy pomocy klasy pracującej. Myślę, że przy odrobinie szczęścia, także i nas w Polsce będzie stać na taką odwagę we współdziałaniu różnych miejskich sił i unikniemy scenariuszy nowojorskich.

Materiały prasowe
Źródło: Materiały prasowe, fot: fot. M.Ostrowska
d2v5edc

Twoje projekty są bardzo zanurzone w lokalności i w innych miejscach nie miałyby racji bytu. Od początku miałeś taki zamysł?

Wierzę w kontekst. Uwielbiam grzebać w historii miejsca, w emocjach ludzi z tym miejscem związanych, w twardych faktach, ale też w ulotnościach, które trudno jest aplikować w "mainstreamowej" architekturze. Dlatego przeważnie działam w mniejszej skali, od skali domu zaczynając, a na efemerycznych instalacjach jak Coal Heart Mother, czyli kapliczce-koksowniku kończąc. Mam tu na myśli nie tylko Dom Kereta, bo projektuję też wiele szytych na miarę domów i rezydencji dla odważnych i co tu dużo mówić zamożnych klientów. Unikam jednej z bolączek współczesności, czyli działania typu "copy-paste", gdzie jakieś rozwiązanie i forma są bezkrytycznie narzucane różnym miejscom. Takie podejście zabiera nam dusze i zamienia w jeszcze bardziej ogłupiałych konsumentów rzeczywistości. Moja strategia oznacza też miesiące analiz i przygotowań, czasem przypominających sesje terapeutyczne czy wywiady środowiskowe.

Jesteś znany z zaprojektowania Domu Kereta, który został włączony do stałej kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku. To wyróżnienie otworzyło przed tobą więcej możliwości?

Tak, zdecydowanie. Zwłaszcza w USA, gdzie hasło "MoMA" otwiera wiele drzwi i pomaga mi w negocjacjach. W Polsce zmieniło to trochę, ale nawet nasz rodzimy SARP nie zareagował w żaden sposób na fakt, że pierwszy polski obiekt architektoniczny został włączony do kolekcji muzeum. To zresztą przyczynek do odpowiedzi na temat polskich bolączek...

Sam mieszkasz w niedużym mieszkaniu. Oglądałam dokument „Mikrotopia” i doskonale twoje rozwiązania wpisują się w pokazany tam trend. Jakie są tego powody?

"Mikrotopia" pokazuje też, jak dalece świadomy wybór ograniczonej przestrzeni czy zmniejszenia liczby posiadanych obiektów jest marginalny w świecie napompowanych aspiracji. Chcemy mieć jak największe domy i samochody, jak największe piersi i penisy, a na koniec pełne konta i żołądki. Wielkość oznacza status - jeden facet w wielkiej palącej tysiąc litrów benzyny limuzynie, ustylizowanej na jeszcze większy samochód terenowy to jest coś! A tak serio. Moja rodzina radykalnie się powiększyła. Jestem ojcem trzech synów, więc nie byłbym dalej w stanie mieszkać w mikrokawalerce na Powiślu. Teraz mieszkamy w 68 metrach kwadratowych świetnie rozplanowanego mieszkania z lat 50. w 5 osób w sercu dzielnicy, gdzie wszędzie można dojść na piechotę, czyli na Saskiej Kępie w Warszawie. Wciąż metraż jest niewielki, do tego połączony ze strategią pracy, bo otwieram nową pracownię pod nazwą „SZCZ” tylko 50 metrów od domu.

d2v5edc

Redukcja to temat twoich prac?

Redukcja to postulat i tytuł jednej z odsłon festiwalu Synchronizacje, który od ośmiu lat organizujemy z Bęc Zmianą. Teza była prosta: jeśli chcemy być szczęśliwsi, nauczmy się samoograniczenia i budujmy mniejsze, ale za to dobrze rozplanowane i elastyczne mieszkania za mniejsze pieniądze. Tak byśmy nie czuli oddechu banku na plecach przez tysiąc lat. Ja akurat jestem w poprzek tez Springera - jestem za własnością, co często oznacza obciążenia kredytowe, z drugiej strony bardzo wierzę w inne formy budowania i zdobywania mieszkań, od państwowych i miejskich programów budowania mieszkań na wynajem, np. z opcją wykupu, po różnej skali spółdzielnie. Sam jestem członkiem dwóch spółdzielni i w spółdzielczym mieszkaniu dorastałem na Ursynowie, a potem ileś miesięcy mieszkałem na Upper West Side w Nowym Jorku.

Twoje projekty to nie tylko architektura czy sztuka, ale też komentarz odnoszący się do rzeczywistości i prowokujący debaty. Zawsze ci na tym zależało?

To potrzeba wynikająca z lat studiów poza Polską i konfrontacji z rzeczywistością po powrocie do Warszawy w połowie lat 90., kiedy większość kolegów była zajęta bezmyślną aprecjacją nowego neoliberalnego stanu rzeczy. Na szczęście właśnie wtedy spotkało się kilku „freaków” o podobnych poglądach i powstała Grupa Projektowa Centrala, w ramach której działałem dobrych 15 lat. Stwierdziliśmy, że obsesyjna potrzeba budowania i to w jak największej skali, prowadzi do złych miejsc życia. Do brzydkich i źle działających miast z leniwym i często skorumpowanym albo leseferystycznym magistratem, który nie ma żadnej wizji miasta i nie chce na nie tak naprawdę wpływać, poza oczywiście sprzedażą działek sektorowi prywatnemu. Dlatego postanowiliśmy współdziałać z takimi organizacjami jak Bęc Zmiana, a teraz Stowarzyszeniem Inicjatyw Twórczych Ę, z którym współpracuję przy temacie Pałacyku Konopackiego.

Jak udaje ci się tworzyć miejsca, które tak doskonale pasują do tkanki miejskiej, a jednocześnie powodują, że zwiększa się zainteresowanie daną dzielnicą czy miejscem?

Na to pytanie niech odpowiedzą użytkownicy tych miejsc! Zapraszam do odwiedzenia kawiarni w Stacji Powiśle, Domu Kereta, domu na Siekierkowskiej, Domu Między Drzewami czy ogrzania rąk przy Coal Heart Mother na Agrykoli zimą. Do tego możemy dorzucić kolejne Simple House'y powstające w całej Polsce, instalację Tamaguchi Park w Bat Yam, czy kurnik-ufo w Saint Louis – ale tu akurat powinny wypowiedzieć się kury.

Twoje prace są także zaangażowane w sprawy ekologii np. Wy-spa. Skąd pomysł na taki projekt?

Wyspa powstała z obserwacji, co do zwiększającej się potrzeby prowadzenia zdrowego stylu życia i konieczności udawania, że Wisła jest czystą rzeką, choć tak naprawdę jest rolnym ściekiem – całe szczęście to się zmienia. To samo można zaobserwować w innych miejscach na świecie, gdzie nad brudnymi wodami powstają luksusowe bulwary dla zdrowej klasy średniej.

d2v5edc

Kiedy zaczęła się twoja współpraca z muzeami? Na czym ona dokładnie polega?

Muzea i Centra Nauki to dziś najlepsze podmioty instytucjonalne do wspierania eksperymentów i dyskursu krytycznego, poza nimi takim ludziom jak ja zostają organizacje pozarządowe i odważni klienci prywatni. Rzadziej miasta, choć Dom Kereta nie zadziałałby się bez odważnej komisji dotacyjnej przy Biurze Kultury w Warszawie, a Aureola we Wrocławiu bez miejskiego BWA. W Polsce muzea są ciekawym i ważnym fenomenem, bo walczą o "odkurzenie" muzealnego skojarzenia z kolekcjonowaniem artefaktów z przeszłości. Dlatego od dawna w ramach Centrali współpracowaliśmy z Muzeum Polin, MSN, CSW czy Centrum Nauki Kopernik.

Twoi mistrzowie to?

Długa lista! Żeby rzucić kilku: Laurie Anderson, Shigeru Ban, Jerzy Sołtan, Michel Gondry, Lina Bo Bardi, Mendes da Rocha. Na pewno chciałbym projektować tak, jak Anderson i Glass robią muzykę...

Najczęściej popełniany błąd w projektowaniu polskich mieszkań to?

Nieadekwatność wobec prawdziwych potrzeb mieszkańców w imię sprostania modom i aspiracjom.

d2v5edc

Jakie są największe ograniczenia i wyzwania pracy architekta?

Jest ich zbyt wiele, żeby je tak szybko wymienić. To coraz bardziej skomplikowany zawód. Odradzam jego wykonywanie, bo grozi uszczerbkiem na mieniu i zdrowiu!

Prowadzisz program „Polska dobrze zaprojektowana”. Jaka jest jego koncepcja i czego możemy się z niego dowiedzieć?

Pokazujemy ciekawą architekturę ostatnich 27 lat, niezależnie od miejsca, tematu i budżetu. Architekturę, która niesie w sobie szersze tematy przez odniesienie się do kontekstu, a nie tylko "ładność", czy "praktyczność". Takiej architektury u nas brakuje i dlatego warto ją pokazać, bo najbardziej liczy się koncept i kontekst!

Jakub Szczęsny, prowadzący program „Polska dobrze zaprojektowana” w Domo+, jest jednym z niewielu polskich architektów funkcjonujących na styku budownictwa i działań artystycznych. Jest też pierwszym polskim architektem, którego projekt, Dom Kereta, został włączony do stałej kolekcji Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku. Od 2001 roku współtworzy Grupę Projektową Centrala oraz prowadzi własne studio autorskie SZCZ. Interesuje go praca w różnych skalach - od przedmiotu do budynku i jego otoczenia. Poza indywidualnymi projektami, takimi jak mieszkanie Softbox, Dom Między Drzewami, czy kaplica Coal Heart Mother, zajmuje się projektowaniem toreb dla marki La Boba, mebli dla General Electric i domów gotowych dla Simple House.

d2v5edc

Podziel się opinią

Share
d2v5edc
d2v5edc
Strona Główna WP