Odeszli z pracy. Kasjerzy: byliśmy tylko numerkami

Byli pracownicy sklepów mówią o coraz większej liczbie obowiązków (zdjęcie ilustracyjne)
Byli pracownicy sklepów mówią o coraz większej liczbie obowiązków (zdjęcie ilustracyjne)
Źródło zdjęć: © East News | Piotr Kamionka/REPORTER
Agnieszka Woźniak

04.10.2023 06:00, aktual.: 04.10.2023 06:33

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Cięcia etatów i przejmowanie obowiązków innych pracowników, rozkładanie ton towaru dziennie, brak pochwał i premie widmo. To najczęstsze powody, dla których kasjerzy odchodzą z pracy. - Tutaj nie ma szacunku do ludzi, jesteśmy tylko numerkami - mówi była pracownica popularnej sieci sklepów.

Szacuje się, że w branży handlowej w Polsce zatrudnionych jest od półtora miliona do dwóch milionów osób. Sieci handlowe regularnie poszukują nowych pracowników, co widać chociażby w Centralnej Bazie Ofert Pracy.

Barometr Zawodów już od dawna prognozuje braki kadrowe na stanowiskach kasjer i sprzedawca. Niskie zainteresowanie, ale również rosnąca liczba odejść z zawodu sprawiają, że luka ta będzie tylko się pogłębiać.

Dwie byłe kasjerki, była kierowniczka i były kierownik sklepu opowiedzieli Wirtualnej Polsce, dlaczego zdecydowali się odejść z pracy. Co ciekawe, nie chodzi tylko o finanse.

Kasjerzy odchodzą z pracy

Agata rozpoczęła pracę w grudniu 2017 roku. Zaczynała jako kasjerka, później awansowała na starszego sprzedawcę, aż w końcu została kierownikiem sklepu.

W rozmowie z Wirtualną Polską stwierdza, że praca z roku na rok stawała się dla niej coraz cięższa. Jak przyznaje, najtrudniej było jej koleżankom i kolegom na stanowiskach sprzedawców kasjerów. Często musieli wykonywać pracę ponad siły.

- Mój szef uważał, że we trzy osoby na zmianie damy radę zrobić wszystko, łącznie z rozładowaniem towaru, bo każdego popołudnia wjeżdżał tir. Tutaj nie ma szacunku do ludzi, jesteśmy tylko numerkami, nie osobami - mówi.

Ewa, była kasjerka, miesiąc temu rozstała się z firmą po 20 latach pracy. - Czuję, jakby kamień spadł mi z serca. - W końcu odżyłam, powoli wracam do zdrowia. - Premie widmo i paczki na święta nie były warte tego, by narażać swoje życie - psychiczne i mentalne - wyznaje.

- Roboty było za pięciu, wieczne niezadowolenie zarządu i pretensje - mówi Elżbieta, która za kasą spędziła 16 lat. - Dopiero teraz, gdy odeszłam, zrozumiałam, że dla nich jestem tylko numerem - dodaje.

O pochwale zapomnij

Wszystkim doskwierał brak docenienia ze strony szefa. - Nie wiem, czy na palcach jednej ręki policzę pochwały, jakie usłyszałam jako kierownik, nie mówiąc o załodze. Popędzanie i pretensje były na porządku dziennym - mówi Agata.

- Szef na co dzień w ogóle nie interesował się moim sklepem. Wyjątkiem była sytuacja, gdy market odwiedzić miał menadżer rejonowy. Wtedy wszyscy postawieni byli na baczność - relacjonuje. I dodaje:

- Były naciski, nieustanne popędzanie i straszenie, że jedzie. Co chwila telefony i ciągły stres. To był koszmar.

- Trzeba wykonać milion rzeczy "na wczoraj", bo góra tak chce - mówi Rafał, były kierownik sprzedaży. Grafiki, papiery, ceny audyty. Non stop były o coś pretensje.

Premie widmo

Pracownicy, z którymi rozmawiamy, zgodnie przyznają, że kwoty premii coraz bardziej rosły. Problem w tym, że wielu o nich słyszało, a mało kto je dostał.

- Większa część roku bez zrobionego budżetu oznacza brak premii. Kasjerzy mogą co prawda liczyć na 500 zł miesięcznego dodatku za obecność, ale na tym możliwości w zasadzie się kończą. Kierownicy nie mają żadnego dodatku za frekwencję - mówi Rafał.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

- Wymagania są ogromne, a nie idzie za tym praca - stwierdza Elżbieta. - Gdyby nie premia za obecność, zarabiałabym najniższą krajową - dodaje.

- Pamiętam, jak raz dostaliśmy premię, a w następnym miesiącu dorzucono nam masę nowych obowiązków. Tu nie ma nic za darmo. Czekam tylko, aż zlikwidują kolejne trzy etaty i postawią przed sklepem budkę z hot-dogami, którą mamy obsługiwać 24 godziny na dobę - podsumowuje z przekąsem Ewa.

Ciężka, fizyczna praca

O ile można by przypuszczać, że najwięcej czasu zajmuje obsługa klienta, praca na sklepie to w większości rozładowywanie towaru. - Ciągle wykładamy towar, na każdej z trzech zmian. Na jedną dostawę wjeżdża samochód z 33 miejscami paletowymi. I tak jest każdego dnia - mówi Agata.

Popołudniowa zmiana zawsze wyjmuje mięso i mrożonki. - Jest to zazwyczaj od trzech do dziewięciu kontenerów, które najczęściej musi wyłożyć jedna osoba. Na nocnej zmianie wykładane są owoce i warzywa (nawet do 12 palet). Towar suchy najczęściej zostaje do rozłożenia na porannej zmianie - dodaje.

Po wejściu w życie nowych przepisów zwiększyła się liczba sprzątań. Niestety w parze nie szedł wzrost liczby personelu. - Firma nie rozumiała, że wymaga to zatrudnienia dodatkowych osób. Każdy chciał jak najlepiej, ale nie było często szans na wykonanie wszystkiego, co odbijało się na wynikach audytów. Cztery etaty więcej i sklep pracowałby idealnie - mówi była kierowniczka.

Oprócz wykładania towaru pracownicy muszą opróżniać sklepowe półki. - Klienci narzekają na palety leżące na sklepie, ale nie wiedzą, że nie robimy im tego na złość. Magazyny są pozapychane towarem, który się nie sprzedał. Czasem nie ma już tego gdzie dać - wyjaśnia.

Przyznaje, że bycie kasjerem to ciężka, fizyczna praca. - Kilogramy przerzucanego towaru sprawiały, że kontuzje i urazy były nieuniknione.

Klient - władca sklepu

Praca z klientem nigdy nie należy do łatwych. Odczuwają to pracownicy sklepów. - Dominuje roszczeniowa postawa. Większość ludzi uważa, że osoby pracujące za kasą to nieuki. Brak im zrozumienia i cierpliwości, nie potrafią uszanować pracy. Pamiętam, jak jedna pani rozbiła sok i nawet nikogo o tym nie poinformowała. Zwróciła się jedynie do córki słowami: "Chodź od tego są, to posprzątają". Dla wielu ludzi pracownicy to są zera - przyznaje Agata.

Niektórym klientom potrafią puścić nerwy. - Zdarzały się nawet wyzwiska od osób, które muszą zbyt długo czekać, np. przy kasie samoobsługowej. Niestety, nie ma takiego stanowiska jak asystent kas samoobsługowych, a mała liczba osób na zmianie sprawia, że czasem nie da się tego pogodzić. My nie mamy na to wpływu.

Z drugiej strony są klienci, którzy potrafią narzekać, że kasjer kasuje za szybko, bo nie są w stanie spakować w tym czasie zakupów. - Skanujemy szybko, aby rozładować kolejki. Często na kasie jest tylko jedna osoba, a na całym sklepie jedynie trzy - tłumaczy była pracownica.

Agnieszka Woźniak, dziennikarka Wirtualnej Polski

Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was! Chętnie poznamy wasze historie, podzielcie się nimi z nami i wyślijcie na adres: wszechmocna_to_ja@grupawp.pl

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (1067)
Zobacz także