Padła ofiarą bullyingu. "Nie wytrzymałam i rzuciłam papierami"

Ofiary bullyingu płacą wysoką cenę - zdjęcie ilustracyjne
Ofiary bullyingu płacą wysoką cenę - zdjęcie ilustracyjne
Sara Przepióra

13.11.2023 06:00, aktual.: 13.11.2023 07:55

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Bullying to słowo, które w języku angielskim oznacza zastraszanie. Choć może kojarzyć się głównie ze środowiskiem szkolnym, określa się nim także zjawisko wykluczania i tyranizowania w miejscu pracy. - Przez przypadek jedna z osób wysłała mi na firmowym czacie wideo nagrane z ukrycia, na którym widać, jak jem obiad w biurowej kuchni. "Przy korycie" - taki napis widniał na filmiku - wspomina 37-letnia Kinga.

Dla Kingi nowa praca miała być ciekawym wyzwaniem, którego brakowało jej na dotychczasowym etacie. Zatrudniła się w jednej z międzynarodowych korporacji na pozycji juniora, rezygnując z posady specjalisty w agencji kreatywnej. - Czułam wypalenie zawodowe. Potrzebowałam zmiany i takiej pracy, w której - jakkolwiek to brzmi - mniej bym myślała, a raczej wykonywała prace odtwórcze - komentuje.

Kinga miała w agencji reputację pracowitej i doświadczonej zawodowo osoby. W nowej firmie musiała się wykazać. - Nie miałam łatwo. Ludzie w zespole byli ode mnie młodsi średnio o 10 lat, zajmowali stanowiska specjalistów i nieszczególnie sympatycznie przyjęli mnie w swoje struktury - opowiada.

Relacyjne problemy zaczęły się nasilać. Na początku przyjmowały formę ignorowania. - Gdy witałam się z współpracownikami, nie odpowiadali - wspomina Kinga. Niedługo później zaczęło dochodzić do coraz śmielszych krytycznych uwag niedotyczących efektów pracy kobiety.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

- Na spotkaniach wytykali mi przejęzyczenia albo specjalnie przekręcali moje słowa, żeby mieć powód do śmiechu. Nie miałam pojęcia, skąd bierze się w nich ta chęć do wypychania mnie z grupy. Czułam się jak w podstawówce - komentuje.

Była pewna, że jak tylko wykaże się w pracy, współpracownicy przestaną zachowywać się w nieprzyjemny sposób. Im dłużej jednak trwała w toksycznym środowisku, tym więcej śmiałości w działaniach nabierali jej "oprawcy".

- Przez przypadek jedna z osób wysłała mi na firmowym czacie wideo nagrane z ukrycia, na którym widać, jak jem obiad w biurowej kuchni. "Przy korycie" - taki napis widniał na filmiku - przyznaje zasmucona kobieta. Zanim wideo zniknęło z czatu, Kinga zapisała je na dysku. Z gotowym dowodem poszła do działu HR.

Skończyło się na ostrzeżeniach i rozmowach z kadrami. Działania przyniosły odwrotny skutek od zamierzonego. Przykre komentarze, izolowanie i odcinanie od ważnych spotkań oraz rozmów stawały się coraz częstsze.

- Ktoś mógłby pomyśleć, że dorosła osoba powinna sobie doskonale radzić z takimi sytuacjami. Rzeczywistość jest jednak brutalna. Miałam się za dojrzałą emocjonalnie osobę, ale pod wpływem grupowej agresji pękłam. Któregoś dnia po prostu nie wytrzymałam i rzuciłam papierami, tłumacząc moją decyzję menedżerowi ze łzami w oczach - wyznaje.

Pracownicy nie mówią o doświadczaniu przemocy

Kinga porzuciła chęć przebranżowienia się, wracając do pracy kreatywnej. Nie każda osoba doświadczająca przemocy w miejscu pracy może sobie pozwolić na taką decyzję. Wniosek ten wysnuła w swoich badaniach nt. przemocy w miejscu pracy dr hab. Dorota Węziak-Białowolska, profesorka w Akademii Leona Koźmińskiego oraz pracowniczka naukowa w Institute for Quantitative Social Science na Uniwersytecie Harvarda.

- Gdy pytaliśmy pracowników, czy myślą o tym, aby zrezygnować z posady przez negatywne doświadczenia, odpowiadali twierdząco. Podczas weryfikacji ich decyzji zauważyliśmy, że mimo upływu czasu, nadal widnieją na listach płac i pracują w organizacjach, w których byli ofiarami przemocy. Powód jest prozaiczny i tragiczny zarazem: żadna z tych osób nie mogła pozwolić sobie na rezygnację ze źródła utrzymania na rzecz wyeliminowania przyczyny pogarszającego się stanu emocjonalnego i psychicznego - zaznacza.

Ekspertka dodaje, że osoby doświadczające bullyingu w pracy nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, że przykre zdarzenia są klasyfikowane jako przemocowe i mają swoje konsekwencje prawne. To jeden z powodów, przez które skala zjawiska przemocy w miejscu pracy jest niedoszacowana.

- Pierwszym powodem jest brak świadomości. Jako pracownicy często czujemy, że coś, czego doświadczamy, jest nie w porządku. Nie wiemy jednak, jak bardzo poważne są te zdarzenia. Niektóre z nich mają przecież swoją definicję w przepisach prawa. Druga grupa pracowników nie chce się przyznawać do tego, co spotkało ich w miejscu pracy. W konsekwencji nie raportują przemocowych działań - wyjaśnia ekspertka.

Ofiary przemocy nie będą o niej mówić, ponieważ ich pierwszą myślą będzie: "Przecież i tak mi nie uwierzą". Mogą też szukać w sobie powodów zaistniałej sytuacji. Do skutków omawianego mechanizmu zalicza się również wstyd, lęk, depresję, myśli samobójcze, cierpienie na zespół stresu pourazowego (PTSD).

- Ciągłe napięcie i obawa przed kolejnym atakiem mogą prowadzić do chronicznego stresu i lęku. Bullying może skutkować pogorszeniem nastroju i depresją, co wpływa na ogólną jakość życia i poczucie własnej wartości - wylicza Katarzyna Kowalska, psycholożka dzieląca się swoją wiedzą na instagramowym koncie @kasia.kowalska._. Specjalistka dodaje do listy skutków pracowniczej opresji problemy ze zdrowiem fizycznym, w tym bóle głowy, bezsenność i inne dolegliwości powiązane z długotrwałym stresem.

"Nogi się pode mną uginały, jak myślałam, że mam iść do biura"

Ze skutkami bullyingu zmaga się 30-letnia Ania. Kobieta przez ostatni rok pracowała w dużej firmie w dziale obsługi klienta. - Dobrze radziłam sobie w tej roli. Sprawnie rozwiązywałam wszelkie problemy, a do tego dzięki wcześniejszemu doświadczeniu z trudnymi klientami mogłam pomagać kolegom w pracy w rozwoju kompetencji - wyjaśnia.

Starania Ani szybko zauważył szef, awansując ją po ośmiu miesiącach od zatrudnienia. - Dostałam podwyżkę i miałam zarządzać niewielkim zespołem. Szybko okazało się, że nie każdy jest zachwycony takim obrotem spraw - dodaje. Współpracownicy Ani zaczęli między sobą wyrażać swoje niezadowolenie, dyskutując o powodach, przez które kobieta miałaby dostać awans.

- Doszły do mnie plotki o moim rzekomym romansie z menedżerem działu. Ludzie twierdzili, że to niemożliwe, żebym tak szybko awansowała. Teraz mogę tłumaczyć to sobie tym, że byli rozżaleni. Ale wtedy ich słowa dotknęły mnie do żywego - stwierdza.

Ania spotkała się z zespołem, żeby wyjaśnić trudną dla niej sytuację. W odpowiedzi usłyszała tylko śmiechy. - Nie traktowali mnie poważnie i nie widzieli we mnie autorytetu. Zaczęłam sama wątpić, czy awans rzeczywiście mi się należy - wyznaje Ania. Zarówno członkowie zespołu, którym kierowała kobieta, jak i inni współpracownicy, wykluczyli ją ze wspólnych aktywności w pracy i poza nią. Ania została zupełnie sama, a do tego wystawiona na jawne szykany.

- Przyszyli mi łatkę osoby, która zyskała posadę przez łóżko. Próbowali podważać moje kompetencje w zarządzaniu zespołem. Jedna z dziewczyn napisała nawet do mojego partnera, przekonując go, że mam romans z szefem. Narażali na szwank moją karierę i życie prywatne - opowiada Ania, dodając, że na próżno szukała wsparcia w szefie. - Stwierdził, że jeśli nie radzę sobie z nowymi wyzwaniami, to być może rzeczywiście nie nadaję się kierownicze stanowisko - stwierdza z żalem.

Przez problemy w pracy Ania zaczęła coraz gorzej czuć się psychicznie. Nasilająca się agresja ze strony pracowników spowodowała z czasem napady lękowe. - Bałam się wyjść z domu. Nogi się pode mną uginały, jak myślałam o tym, że mam iść do biura - dodaje. Ania w końcu sięgnęła po pomoc po namowach partnera. Trafiła na półroczne zwolnienie lekarskie. - Staram się przepracować lęki, poukładać wszystko w głowie. Nękanie w pracy doprowadziło mnie na skraj załamania nerwowego - kwituje.

Przerwać krąg przemocy

Uświadomienie wpływu, jaki bullying ma na nasze życie zawodowe i prywatne, to pierwszy krok do wyrwania się z przemocowej sytuacji. Następnym powinno być podjęcie realnych działań.

- W każdej organizacji powinna funkcjonować jasno określona ścieżka postępowania w przypadku przemocowych zdarzeń. Osoby ich doświadczające mają prawo wiedzieć, do kogo zgłosić nadużycie. Sytuacją idealną jest stworzenie osobnej komórki do przeciwdziałania mobbingowi, bullyingowi oraz przemocy seksualnej. Wtedy każdy, kto zgłosiłby się do takiego punktu, czułby się bezpiecznie i nie musiałby się martwić o to, że jego zgłoszenie dotrze w struktury organizacji, w której pracuje - dodaje profesorka.

Katarzyna Kowalska zauważa z kolei, że ofiarom bullyingu wsparcia udzielić mogą osoby postronne zatrudnione w firmie. - Taka pomoc może być bardzo cenna w obaleniu mitu "milczenia większości" i mobilizowaniu innych do działania - stwierdza.

Źródło artykułu:WP Kobieta
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (264)