„Przed stosunkiem pół godziny spożyj kostkę margaryny”. Antykoncepcja z PRL-u

Spirale małe i duże, plastry, globulki, zastrzyki hormonalne, dziesiątki tabletek – do wyboru do koloru. O takiej różnorodności środków antykoncepcyjnych jeszcze kilka dekad temu można było jedynie pomarzyć. W Polsce Ludowej królowały metody antykoncepcyjne z kalendarzykiem małżeńskim na czele, gdzieniegdzie tylko detronizowane przez prezerwatywy, potocznie zwane erosami (od nazwy głównego producenta). Te ostatnie ciszyły się dużo mniejszym powodzeniem niż obecnie, bo były grube, „śmierdziały gumą” i często pękały.

Obraz
Źródło zdjęć: © East News
Aneta Wawrzyńczak

O tym, co kilka dekad temu działo się na prywatkach i w poradniach „K”, opowiadają Maria i Ewa – dwie kobiety, których przejście z młodości w dojrzałość zbiegło się w czasie z przejściem od komunizmu do demokracji.

Maria, która urodziła się pod koniec lat 50., wspomina, że nigdy nie dopytywała rodziców, skąd biorą się dzieci. – Moja mama dość wcześnie przeprowadziła ze mną rozmowę inicjacyjną, inne dziewczynki przechodziły przez to później – wspomina. Zanim to jednak nastąpiło, jako dziecko nieraz bawiła się z rówieśnikami w doktora, a któregoś razu znalazła w szafce prezerwatywę. – Widziałam już wcześniej siurka, więc się domyśliłam, że to coś związanego z nim, ale zapytałam mamę, co to jest. Dzieci są złośliwe, więc z satysfakcją patrzyłam, jak ona skręca się w tłumaczeniach. I już wtedy wiedziałam, że to musi być bardzo ciekawe – śmieje się Maria.
Dodaje, że wychowywała się na wsi, a tam „wszystko, co żywe się ciupcia”, w otoczeniu jej rodziny było wielu rozwodników, jej ojciec był natomiast antyklerykałem i bez przerwy dowcipkował na tematy seksualne, więc o wychowaniu w tradycyjnej katolickiej rodzinie nie było mowy.
Rok od niej starsza Ewa pamięta, że miała siedem lat, gdy historyjka o bocianie przynoszącym dzieci wydała jej się mocno naciągana. Nie trzeba więc było długo czekać, by zadała mamie niewygodne pytanie. – Zaskoczona i zakłopotana nie chciała lub nie umiała odpowiedzieć od razu i musiałam wylać sporo łez i wykazać wiele namolnej determinacji, żeby w końcu otrzymać lakoniczną informację, że powstają pod serduszkiem, schodzą do brzuszka i na koniec sie rodzą – wspomina Ewa.
Odpowiedź jej nie usatysfakcjonowała, ale specyficzna, nerwowa i tajemnicza atmosfera towarzysząca tej rozmowie sprawiła, że nie pytała już o nic więcej i dalszą wiedzę w temacie zdobywała na własną rękę, między innymi podpatrując poród domowej kotki.

Co każda dziewczynka wiedzieć powinna

Ewa miała 10 lat i zaczęły jej rosnąć bolesne zalążki piersi. Mama podrzuciła jej broszurki z lat 50. „Co każdy chłopiec wiedzieć powinien” i „Co każda dziewczynka wiedzieć powinna”. – To było moje główne źródło wiedzy. Traktowały o różnicach w budowie, o dojrzewaniu, miesiączce, zapłodnieniu, ciąży, o chorobach wenerycznych a także o masturbacji, która była w nich przedstawiona jako odchylenie od normy, z którym należy walczyć, bo może doprowadzić do różnych chorób, i tym podobnych bzdetów, które skutecznie mogły wpędzić młodego człowieka w poważne kompleksy – wspomina .

Dzięki tym lekturom pierwsza miesiączka była dla niej czymś oswojonym, a wręcz wyczekiwanym i nobilitującym. Mama opowiedziała jej też, jak należy w tym okresie o siebie dbać i jak się zabezpieczać. – A do zabezpieczania służyła wówczas zwykła wata lub lignina, w wersji „full wypas” koszmarna podpaska – coś w rodzaju napchanego watą bandaża zakończonego z obu stron sznurkami, które trzeba było jakoś przywiązać do specjalnego paska, bo inaczej w trakcie chodzenia przemieszczała się w okolice krzyża – śmieje się Ewa.

Seks dopuszczalny jest tylko po ślubie

Gdy Ewa była już gotowa fizycznie do życia seksualnego, trzeba było ją też przygotować do niego psychicznie. Główny ciężar uświadamiania w tej materii wzięły na siebie jej mama i babcia. – Przestrzegały mnie przed kontaktem z chłopcami, którym chodzi tylko o „dowód miłości”, a gdy już dziewczynę wykorzystają, to ją rzucą i zrujnują jej reputację, będzie postrzegana przez opinię publiczną jako „puszczalska” i nikt nie będzie jej szanował – wspomina 57-latka. Dodaje, że wpajano jej również, że „cnota jest największą wartością dziewczyny”, „seks dopuszczalny jest tylko po ślubie” i że „sprawia on przyjemność tylko facetom, a dla kobiet to męka, poświęcenie i obowiązek małżeński”.
– Pogadanki ze strony ojca ograniczyły się do postraszenia mnie, że gdy przyjdę z brzuchem, to wyrzuci mnie z domu i zabije – wyjaśnia Ewa.

Maria wspomina, że w jej klasie raptem kilka dziewcząt wcześnie dojrzało do życia seksualnego. Większość ślęczała nad książkami i stawiała się w domu punkt dziewiąta. – W liceum większość dziewczyn była wstrzemięźliwa, wierna tradycji. Ale jak poszłam na studia i któraś zaszła w ciążę, to mach, od razu skrobanka.

– Do dziś koleżanki w moim wieku mają problem z rozmawianiem o tych sprawach. Wydaje mi się, że kobiety często nie otwierają się seksualnie, są oziębłe. Traktują seks jako małżeński obowiązek, nie przeżywają go – uważa 56-latka. – Podjęłam decyzję o współżyciu, gdy miałam 18 lat, bo nie chciałam, żeby się mnie ktokolwiek czepiał. Myślałam: teraz jestem dorosła, nie możecie mi podskoczyć, będę robić, co chcę. I popłynęłam z nurtem rzeki – mówi Maria.
Jej ukochany był od niej starszy o prawie dziesięć lat. Ojciec na wieść o tym się wściekł i wyrzucił ją z domu. Tak zaczęło się jej prawdziwe, dorosłe życie.
Ewa wkroczyła w nie nieco później. W jej liceum nie było żadnych „pogadanek uświadamiających”. Tyle co na lekcjach biologii: o rozmnażaniu ssaków, z człowiekiem włącznie, i o chorobach wenerycznych. Jedyna akcja, jaką pamięta, to że chłopcy musieli stawić się na pierwszą komisję wojskową i tam każdy dostał darmową prezerwatywę.

Obraz
© East News

Informacji szukała więc na własną rękę. – Nasza „biblia”, czyli „Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej, czytana w głębokiej tajemnicy i z wypiekami na twarzach, zaczynała zmieniać i liberalizować moje postrzeganie tematu i znacznie przyczyniła się do przewartościowania podejścia do seksu, rozpalała ciekawość i niejako rozgrzeszała. W sumie moje odczucia w trakcie pierwszego razu były dość ambiwalentne – z jednej strony miałam poczucie, że robię coś niewłaściwego, a z drugiej rozbuchane zmysły, ciekawość i presja chłopaka na „dowód miłości” zrobiły swoje – wspomina Ewa.
Była już świadoma, że seks bez zabezpieczenia może skończyć się ciążą. By się przed tym uchronić, sięgała po nieliczne (i raczej przypadkowe) podręczniki albo wymieniała się wiedzą z koleżankami. Wiedziały, że dzwonią, ale w którym kościele – to już była zagadka. Ewa pamięta na przykład, że gdzieś przeczytała o kalendarzyku Ogino-Knausa. – Metodę opisano na tyle ogólnikowo, że nie do końca było jasne, iż mierząc temperaturę można określić wyłącznie dni niepłodne po jajeczkowaniu a nie przed. Dla kilku moich klasowych koleżanek skończyło się wpadką i zabiegiem – wspomina.

Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna

Spirale małe i duże, plastry, globulki, zastrzyki hormonalne, dziesiątki tabletek – do wyboru do koloru. O takiej różnorodności środków antykoncepcyjnych jeszcze kilka dekad temu można było jedynie pomarzyć. W Polsce Ludowej królowały metody antykoncepcyjne z kalendarzykiem małżeńskim na czele, gdzieniegdzie tylko detronizowane przez prezerwatywy, potocznie zwane erosami (od nazwy głównego producenta). Te ostatnie ciszyły się dużo mniejszym powodzeniem niż obecnie, bo były zbyt grube i „śmierdziały gumą” albo pękały. Prezerwatywy można było bez problemu kupić w kiosku czy aptece, ale było to „dość krępujące dla chłopców, a dla dziewcząt – wręcz nie do pomyślenia.

Profesor Marcin Kula w książce „Kłopoty z seksem w PRL” przytacza stare peerelowskie porzekadło: „Tylko margaryna mleczna przeciw ciąży jest skuteczna; przed stosunkiem pół godziny spożyj kostkę margaryny”.

Ewa o tabletkach antykoncepcyjnych dowiedziała się już w dorosłym życiu („gdzieś o nich przeczytałam, a ginekolog bez żadnych problemów – i bez żadnych badań – po prostu mi je zapisał”), a o spirali jeszcze później, w połowie lat 80. („coraz częściej pojawiały się poradniki, a prasa kobieca coraz śmielej pisała o kobiecych sprawach”). – Jeśli ktoś tak jak ja lubił czytać, docierał do informacji. Ale nie da się tego porównać do skarbnicy wiedzy wszelakiej, jaką obecnie jest internet – uważa Ewa.

Cały rocznik zrzucał się na zabieg

– Środki antykoncepcyjne nie były powszechne, za to aborcja odwrotnie – była powszechnie stosowana i akceptowalna. Mimo to rodziło się więcej dzieci niż teraz. Liczyło się więc raczej na łut szczęścia, stosunki przerywane, a co bardziej odpowiedzialni usiłowali wyliczać kalendarzyki czy mierzyć temperaturę, co przy braku możliwości posiłkowania się wiarygodnymi źródłami było bardzo zawodne – wyjaśnia.
W takich sytuacjach ostatnią (a nieraz nawet i pierwszą) deską ratunku było usunięcie ciąży. W 1956 roku ustawa o warunkach dopuszczalności przerywania ciąży wprowadziła możliwość dokonywania aborcji przez uprawnionego lekarza w trzech przypadkach: wskazań lekarskich dotyczących zdrowia kobiety lub płodu, zapłodnienia w wyniku przestępstwa lub ze względu na trudne warunki życiowe ciężarnej.
– Za moich czasów najbardziej świątobliwe babeczki się skrobały, a potem szły do spowiedzi i to nie był żaden problem, tylko jedna z metod antykoncepcyjnych – wyjaśnia Maria. I dodaje, że jak któraś z jej koleżanek ze studiów zaszła w ciążę, cały rocznik zrzucał się na zabieg.

Ewa przyznaje natomiast, że zabieg przerywania ciąży „był powszechnie akceptowany i nie stanowił powodu do wstydu, aczkolwiek czasami był nadużywany i traktowany jako zastępczy środek antykoncepcyjny w obliczu braku dostępnej i zróżnicowanej ich oferty na rynku”. Dodaje też, że o ile trudniej było z antykoncepcją (poza metodami naturalnymi, o których i tak pojęcie było często mgliste), o tyle dostęp do ginekologa był znacznie łatwiejszy. Bez kolejek, zapisywania się, czekania, konieczności płacenia za wizyty prywatne.

Ewa przekonuje jednak, że były i ciemne strony poradni „K”. – Pójście tam było obarczone wielkim psychicznym dyskomfortem, zwłaszcza dla młodych dziewcząt. Szło się więc raczej niechętnie i tylko w obliczu ostatecznej konieczności: gdy ewidentnie coś dolegało lub gdy podejrzewało się ciążę – wyjaśnia 57-latka.

Nie było też USG, testów ciążowych, badań piersi czy cytologii. Były za to skierowania na zabieg przerwania ciąży „z przyczyn społecznych”. Te dostawało się bez problemu. Zabieg był przeprowadzany w szpitalu, w pełnym znieczuleniu i całkowicie bezpłatnie.
Jej zdaniem obecnie sytuacja się odwróciła o 180 stopni. – Ci, którzy mają do zaoferowania wartościowy materiał genetyczny, świadomi i wykształceni, zabezpieczają się tak skutecznie, że nie wpadają. Wpada za to ów margines, którego nie stać na kosztowną aborcję za granicą – na środki antykoncepcyjne też zresztą nie – i rodzą się dzieci z wadami, z wrodzonym alkoholizmem, uszkodzone intelektualnie. Tym sposobem nie tylko maleje przyrost naturalny, ale i populacja ulega degeneracji. Taka jest społeczna i biologiczna cena ustawy antyaborcyjnej – mówi 57-latka.

Źródło artykułu: WP Kobieta
Wybrane dla Ciebie
"Ja w domu nic nie robię". Wszystkie obowiązki przejął mąż
"Ja w domu nic nie robię". Wszystkie obowiązki przejął mąż
Kup zamiast karpia i dorsza. Najzdrowsza ryba na święta
Kup zamiast karpia i dorsza. Najzdrowsza ryba na święta
Napisała nekrolog dla siostry. Treść wielu oburzyła
Napisała nekrolog dla siostry. Treść wielu oburzyła
Nowy biust i zęby. Po metamorfozie u Rozenek jest nie do poznania
Nowy biust i zęby. Po metamorfozie u Rozenek jest nie do poznania
"Oddała" swoje ciało na sześć godzin. Przeraża, do czego posunęli się ludzie
"Oddała" swoje ciało na sześć godzin. Przeraża, do czego posunęli się ludzie
Był miłością jej życia. Tak zachował się, gdy zachorowała
Był miłością jej życia. Tak zachował się, gdy zachorowała
Beata Ścibakówna cała w prześwitach. Tak przyszła na wielką galę
Beata Ścibakówna cała w prześwitach. Tak przyszła na wielką galę
Torbicka na gali Teatru Wielkiego. Postawiła na klasykę z odważnym twistem
Torbicka na gali Teatru Wielkiego. Postawiła na klasykę z odważnym twistem
Przyprawa, która "topi" tkankę tłuszczową. Znajdziesz ją w kuchni
Przyprawa, która "topi" tkankę tłuszczową. Znajdziesz ją w kuchni
Pielęgniarka obejrzała "M jak miłość". Złapała się za głowę
Pielęgniarka obejrzała "M jak miłość". Złapała się za głowę
Ekspertka odradza na święta. "Jakbyśmy się najedli świeczki"
Ekspertka odradza na święta. "Jakbyśmy się najedli świeczki"
Zadała Trumpowi niewygodne pytanie. "Jesteś głupia?
Zadała Trumpowi niewygodne pytanie. "Jesteś głupia?
ZATRZYMAJ SIĘ NA CHWILĘ… TE ARTYKUŁY WARTO PRZECZYTAĆ 👀