Blisko ludziRodzinne Fortuny - Siła Kruków

Rodzinne Fortuny - Siła Kruków

Rodzinne Fortuny - Siła Kruków
Źródło zdjęć: © Szymon Brodziak

28.11.2008 12:27, aktual.: 27.06.2010 21:32

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Ta­jem­ni­cą suk­ce­su ko­lej­nych po­ko­leń Kru­ków by­ła ro­dzi­na. I po­czu­cie hu­mo­ru. Jedno i drugie ra­to­wa­ło ich w naj­trud­niej­szych chwi­lach, gdy mo­gli stra­cić wszyst­ko

RO­DZI­NNE FORTUNY

Siła KRUKÓW

Ta­jem­ni­cą suk­ce­su ko­lej­nych po­ko­leń Kru­ków by­ła ro­dzi­na. I po­czu­cie hu­mo­ru. Jedno i drugie ra­to­wa­ło ich w naj­trud­niej­szych chwi­lach, gdy mo­gli stra­cić wszyst­ko. Pod wo­dzą Woj­cie­cha Kru­ka od­zy­ska­li fir­mę. Poddali się żeby wygrać.

Wyra­stał wśród bi­żu­te­rii. W za­kła­dzie oj­ca do­ra­biając, uczył się złot­nic­twa: – Mo­je dzie­ła nie za­wsze by­ły naj­wyż­szej ja­ko­ści – mó­wi Woj­ciech Kruk. – Cza­sem tro­chę krzy­we, cza­sem sto­pi­ły się pod­czas lu­to­wania, a pła­co­no mi od wy­ko­na­nej sztu­ki, więc nie­wie­le za­ra­bia­łem. Na­sta­wi­łem się na pro­duk­cję mie­dzio­ry­tów, ta­le­rzy­ków na ścia­nę z wi­do­kiem ra­tu­sza i w tym do­sze­dłem do nie­praw­do­po­dob­nej per­fek­cji. W 7 mi­nut ro­bi­łem ra­tusz jak ży­wy.

Z cza­sem za­czął za­ra­biać. Pierw­szą in­we­sty­cją miał być mo­to­cykl, jed­nak gdy tyl­ko oj­ciec się o tym do­wie­dział, obie­cał, że je­śli syn zre­zy­g­nu­je z za­kupu nie­bez­piecz­nej ma­szy­ny, bę­dzie mu po­ży­czał raz w ty­go­dniu sa­mo­chód. Woj­tek ne­go­cjo­wał stop­nio­wo, aż w koń­cu au­to by­ło je­go.

– Wart­burg czę­ściej się psuł niż je­chał, ale był to jedyny samochód na uczel­ni. Woj­tek był wte­dy na trze­cim ro­ku eko­no­mii. Pod ko­niec lat 70. pro­wa­dził już ma­ły skle­pik na Woź­nej. Pew­ne­go dnia do skle­pu zaj­rza­ła Ewa. Chcia­ła ku­pić brosz­kę dla ma­my, a przy oka­zji po­sta­no­wi­ła prze­bić so­bie uszy. Dziś wspo­mi­na: – Do­pie­ro póź­niej do­wie­dzia­łam się, że by­łam pierw­szą klient­ką Woj­tka. Dzia­łał w ta­kim sku­pie­niu, że aż wzbu­dzi­ło to mój nie­po­kój. Oczy­wi­ście nie przy­znał się, że eks­pe­ry­men­tu­je. Zresz­tą on ta­ki jest, tro­chę po­czy­ta i wszyst­ko umie. Na­wet uczył sy­na jeździć na snow­bo­ar­dzie, chociaż sam ni­gdy nie stał na de­sce.

W prze­kłu­wa­niu uszu stał się mi­strzem. – Prze­bi­łem pra­wie 30 ty­się­cy, dziew­czy­ny sześć ty­go­dni mu­sia­ły cze­kać w ko­lej­ce. Woj­ciech wy­li­cza: – Przyj­mo­wa­łem 40 dziew­czyn w go­dzi­nę. Ta­śmo­wo. Do dziś spo­ty­kam pa­nie po pięć­dzie­siąt­ce, któ­rym ro­bi­łem prze­bit­ki. Pierw­sza z nich, Ewa, zo­sta­ła je­go żo­ną.

Muszle w pudełku

Kru­ko­wie roz­wi­nę­li fir­mę, za­czy­na­jąc od skle­pi­ku, w któ­rym się po­zna­li. – Ra­zem sprze­da­wa­li­śmy srebr­ną bi­żu­te­rię pro­du­ko­wa­ną we wła­snym warsz­ta­cie – mó­wi Woj­ciech Kruk. – Sa­mi sta­li­śmy za la­dą, przy­wo­zi­li­śmy musz­le znad mo­rza i ro­bi­li­śmy de­ko­ra­cje, wy­ci­na­li­śmy wstą­żecz­ki, met­ko­wa­li­śmy to­war, sprzą­ta­li­śmy – wspo­mi­na Ewa Kruk.

– Przed sa­lo­nem usta­wia­ły się ko­lej­ki i czte­rech cink­cia­rzy, a na dwa ty­go­dnie przed świę­ta­mi wie­sza­łem kart­ki, że nie sprze­da­je­my pier­ścion­ków, bo klient­ki, mie­rząc je, spo­wal­nia­ły sprze­daż. Przed świę­ta­mi każ­dy klient do­sta­wał pro­dukt za­pa­ko­wa­ny w pu­de­łecz­ko z lo­go. To był szok, wszę­dzie bra­ko­wa­ło to­wa­rów, co do­pie­ro pu­de­łek – do­po­wia­da Woj­ciech. Dy­na­micz­ny roz­wój fir­my stał się moż­li­wy w la­tach 90., gdy sprze­da­li 49 proc. udzia­łów Pol­sko-Ame­ry­kań­skie­mu Fun­du­szo­wi Przed­się­bior­czo­ści. Dziś jest 51 sa­lo­nów Kru­ka i 32 skle­py z luk­su­so­wą mar­ką dam­skiej odzie­ży De­ni Cler, a Ewa i Woj­ciech wciąż pra­cu­ją ra­zem. Czy trud­no pro­wa­dzić biz­nes w mał­żeń­stwie? Ewa mó­wi, że bar­dzo trud­no. Woj­ciech, że ła­two. Ewa, że za­wsze na­sta­wio­na jest na kom­pro­mis, Wojciech, że ła­two go prze­ko­nać do swo­ich ra­cji: – Na­wet jak się w pierw­szej chwi­li nie zga­dzam, to nie zna­czy, że już pod­ją­łem de­cy­zję. By­łem w tej
fir­mie od po­cząt­ku, pra­co­wa­łem z ma­łym ze­spo­łem. W tej chwi­li za­trud­nia­my kil­ka­set osób, fir­mą kie­ru­ją pro­fe­sjo­nal­ni me­ne­dże­ro­wie. Ja prze­wod­ni­czę Ra­dzie Nad­zor­czej i sta­ram się być do­brym du­chem – pa­tro­nem – nie wtrą­cam się, nie krę­pu­ję, ale czu­wam.

Sześć kilogramów za firmę

Sa­lo­ny z lo­go W. Kruk zna nie­mal każ­dy w Pol­sce. Za mar­ką stoi 160 lat tra­dy­cji i czte­ry po­ko­le­nia. Od 45 lat ar­mii Kru­ków prze­wo­dzi Woj­ciech. Tuż przed wa­ka­cja­mi zmie­rzył się z nie­bez­piecz­nym wy­zwa­niem. Spół­ka Vi­stu­la & Wól­czan­ka ogło­si­ła skup ak­cji W. Kruka, chcia­no prze­jąć fir­mę. Jak mó­wi Ewa, w tym okre­sie mąż był nie­do­stęp­ny. – Wy­po­czy­wa­łam nad mo­rzem, do­wie­dzia­łam się o spra­wie od dzien­ni­ka­rza z Po­zna­nia, jed­nak po­sta­no­wi­li­ś­my z mę­żem, że zo­sta­nę na He­lu, bę­dę mieć przy­naj­mniej dy­stans – do­da­je. Kruk na po­cząt­ku za­mie­rzał wal­czyć do upa­dłe­go, ale zmie­nił zda­nie.

– Gdy dziś na to pa­trzę, roz­wią­za­nie wy­da­je się ta­kie pro­ste – wspo­mi­na. – Wy­star­czy­ło zła­mać ste­reo­typ pol­skie­go chło­pa, któ­ry krwią bro­ni zie­mi. Do­sze­dłem do wnio­sku, że je­śli nie od­dam oj­co­wi­zny, stra­cę ją, na­to­miast od­da­jąc ją, zy­skam. Stra­cił wte­dy sześć kg. Sta­wiał opór, wal­czył, pod­dał się i ku za­sko­cze­niu wszyst­kich wy­grał.

– Vi­stu­la rzu­ci­ła pie­nią­dze na wy­ku­pie­nie na­szych ak­cji nagieł­dzie – mó­wi. – Zu­peł­nie nie spo­dzie­wa­łem się agre­syw­nej pró­by prze­ję­cia fir­my. O tych pla­nach do­wie­dzia­łem się od dzien­ni­ka­rzy już po gieł­do­wym we­zwa­niu. Je­stem po­god­ny, cza­sem zbyt opty­mi­stycz­nie pa­trzę na świat, są­dząc, że nic złe­go nie mo­że się stać. To wy­da­wa­ło się tak nie­re­al­ne, że nie by­łem w sta­nie się prze­jąć. Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z kon­se­kwen­cji de­cy­zji, któ­re bę­dę mu­siał pod­jąć. Biz­nes, któ­ry pro­wa­dzę, jest upo­rząd­ko­wa­ny, uwa­ża­ny za kon­ser­wa­tyw­ny, stąd po­gląd, że Kruk to star­szy fa­cet, bez któ­re­go fir­mę moż­na pro­wa­dzić le­piej. Ży­cie po­ka­za­ło, że beze mnie by­ło­by znacz­nie trud­niej.

Vi­stu­la nie spo­dzie­wa­ła się, że Kruk ze­chce sprze­dać jej swo­je udzia­ły w fir­mie, czy­li ca­łe 28 proc. – Jak już sprze­da­łem, do­sze­d­łem do wnio­sku, że część su­my mo­gę za­in­we­sto­wać. Ku­pi­łem więc ak­cje Vi­stu­li. Nie chcia­łem ich, ale ży­cie mnie do te­go zmu­si­ło. Tak uchro­ni­łem swo­ją fir­mę i sta­łem się współ­udzia­łow­cem in­nej. Wiem jed­nak, że to nie ko­niec za­gro­żeń. Być mo­że ju­tro ktoś ogło­si we­zwa­nie na ak­cje Vi­stu­la & Wól­czan­ka.

Młode Kruczki

Do fir­my W. Kruk wcho­dzą już po­wo­li na­stęp­cy. Woj­tek ju­nior ma 25 lat i jest ab­sol­wen­tem Aka­de­mii Eko­no­micz­nej w Po­zna­niu. Ania stu­diu­je na Aka­de­mii Sztuk Pięk­nych. Ma 21 lat. – Do­ko­pa­łam się do książ­ki, z któ­rej od­kry­łam, że gdy­bym by­ła chłop­­cem, to mia­ła­bym na imię Waw­rzy­niec. Do­brze, że je­stem dziew­czy­ną – od­dy­cha z ulgą.

Ania w wa­ka­cje pra­cu­je za la­dą u Kru­ka, nie chce jed­nak swo­jej przy­szło­ści wią­zać wy­łącz­nie z ro­dzin­ną fir­mą. – Ro­dzi­ce ma­ją tro­chę in­ny plan, pro­blem tkwi w tym, jak zro­bić, by im się wy­da­wa­ło, że mój plan jest ich pla­nem. Że­by mo­ja pra­ca przy­no­si­ła ko­rzy­ści, chcia­ła­bym przyjść do fir­my z wła­s­nym do­świad­cze­niem. Po dwóch la­tach prak­tyk w Kru­ku po­sta­no­wi­łam uczyć się po­za fir­mą. Po­szłam do agen­cji re­kla­mo­wej.

Woj­tek ju­nior w na­tu­ral­ny spo­sób przy­rósł do fir­my. – Wy­ra­sta­łem w niej bar­dziej niż Ania, na­wet mi przez myśl nie przeszło, że mógł­bym nie zwią­zać się z Kru­kiem. Czu­ję tę bran­żę, roz­ma­wia­jąc w do­mu o in­te­re­sach, mia­łem dar­mo­wą szko­łę. Wie­le rze­czy ro­bię in­tu­icyj­nie, mam to we krwi. Na pew­no bę­dę oce­nia­ny przez pry­zmat oj­ca, bo to naj­prost­sze po­rów­na­nie.

Ania śmie­je się: – Mo­że ze mną za ma­ło dys­ku­to­wa­li. W W. Kru­ku pra­cu­je już ca­łe na­stęp­ne po­ko­le­nie: sio­strze­niec, sio­stra Ewy i jej dzie­ci. Jed­nak ro­dzin­na fir­ma to nie tyl­ko Kru­ko­wie, to tak­że ro­dzi­ny ich pra­cow­ni­ków.

– Na­stęp­ne po­ko­le­nie to już nor­ma – mó­wi Woj­ciech Kruk. – Za­im­po­no­wa­ły mi dwie sy­tu­acje. Pierw­sza – roz­pa­dło się mał­żeń­stwo pra­cow­ni­ków na­szej fir­my, po pew­nym cza­sie ku swe­mu zdu­mie­niu do­wie­dzia­łem się, że fa­cet oże­nił się z in­ną na­szą pra­cow­ni­cą. Z ko­lei, od­wie­dza­jąc je­den z sa­lo­nów w Byd­gosz­czy, spo­tka­łem pa­nią w śred­nim wie­ku, któ­ra przy­zna­ła, że ją do pra­cy za­pro­te­go­wa­ła pra­cu­ją­ca u nas od pa­ru lat cór­ka. Dla­te­go przy opłat­ku ogło­si­łem kon­kurs: kto pierw­szy przy­pro­wa­dzi do pra­cy swo­ją bab­cię.

Drobne złośliwości

Kru­ko­wie ma­ją po­czu­cie hu­mo­ru we krwi. – Ta­tę cza­sem uda­je się wkrę­cić – opo­wia­da Woj­tek ju­nior. – Pod­czas po­dró­ży po Sta­nach Zjed­no­czo­nych miesz­ka­li­śmy w mo­te­lach w ro­dzin­nym po­ko­ju, więc przy wej­ściu do ła­zien­ki ro­bił się ko­rek. W jed­nej z nich przy umy­wal­ce by­ła bar­dzo ta­jem­ni­cza gał­ka, mu­sia­łem się moc­no na­kom­bi­no­wać, by roz­gryźć, jak to dzia­ła. Wi­dząc ta­tę za­ab­sor­bo­wa­ne­go wy­bie­ra­niem tra­sy na na­stęp­ny dzień, rzu­ci­łem: „Pierw­szy raz wi­dzę fo­to­ko­mór­kę w ho­te­lo­wej umy­wal­ce”. Dziew­czy­ny za­raz pod­chwy­ci­ły i też się dzi­wią. Ta­ta wszedł do ła­zien­ki, mi­ja­ją ko­lej­ne mi­nu­ty, szu­mu wo­dy nie sły­chać, w koń­­cu wy­cho­dzi po­iry­to­wa­ny i mó­wi: „Ma­cham przed tym lu­strem, pu­kam, a wo­da nie chce le­cieć”. Gdy opo­wia­da­li­śmy to na­szym przy­ja­cio­łom, sta­wia­li, że po­wie­dział: „No tak, na­praw­dę re­we­la­cyj­na ta fo­to­ko­mór­ka”.

Sam też ro­bi psi­ku­sy. Raz w ży­ciu zgo­lił wą­sy, zbie­gło się to z za­koń­cze­niem je­go ka­rie­ry po­li­tycz­nej w ro­li se­na­to­ra. – Na im­pre­zę Plat­for­my Oby­wa­tel­skiej w Po­zna­niu po­sze­dłem z przy­kle­jo­nym wą­sem, pod­czas prze­mó­wie­nia ogła­szam, że już prze­sta­łem peł­nić funk­cje po­li­tycz­ne, na­tu­ral­nym li­de­rem wo­je­wódz­twa sta­je się Wal­dy Dzi­kow­ski i ja chcę mu prze­ka­zać in­sy­gnia wła­dzy. Od­kle­iłem te­go wą­sa i na­kle­iłem je­mu. Gdy pre­zes WBK od­cho­dził na eme­ry­tu­rę, zro­bi­łem w warsz­ta­cie mo­ne­tę z je­go po­do­bi­zną i wa­lu­tą „1 Po­śpiech”, bo ta­kie miał na­zwi­sko, a na mo­ją pięć­dzie­siąt­kę na­gra­li­śmy spe­cjal­ne wy­da­nie dzien­ni­ka te­le­wi­zyj­ne­go, w któ­rym re­dak­tor ogła­sza wia­­do­mość z ostat­niej chwi­li, że wy­bu­chła re­wo­lu­cja, Wiel­ko­pol­ska odłą­czy­ła się od kra­ju i pre­mie­rem pierw­sze­go rzą­du zo­stał Woj­ciech Kruk. Mój ży­cio­rys był tak jaj­car­ski, że dzien­ni­kar­ka czy­ta­ła go 17 ra­zy, nim go
na­gra­li­śmy.

Schowane skarby

Ko­lek­cje au­tor­skie sa­lo­nów W. Kruk czę­sto kry­ją w so­bie ta­jem­ni­ce ro­dzin­ne. Mo­ne­ty w bi­żu­te­rii to był po­mysł Woj­cie­cha. – Po oj­cu prze­ją­łem wie­le – wspo­mi­na. – Cen­ne zbio­ry, ale tak­że zwy­kłe srebr­ne mo­ne­ty ku­po­wa­ne po woj­nie ja­ko złom srebr­ny. To wła­śnie z nich po­sta­no­wi­li­śmy zro­bić ko­lek­cję. Oj­ciec co cen­niej­sze przed­mio­ty cho­wał. Zresz­tą to by­ły sta­li­now­skie cza­sy, w któ­rych ży­cie kup­ca nie by­ło naj­ła­twiej­sze, cią­głe re­wi­zje, do­mia­ry. Tata dwa ra­zy sie­dział w wię­zie­niu. 10 mie­się­cy do­stał, bo zna­le­zio­no w do­mu 14 kg cu­kru (na­sza ro­dzi­na li­czy­ła wte­dy 13 osób). W wy­ro­ku jest na­pi­sa­ne, że wy­ko­rzy­sty­wał przej­ścio­we trud­no­ści na ryn­ku, sku­po­wał nad­mier­ne za­pa­sy cu­kru, spe­ku­lu­jąc ni­mi, dzia­łał na szko­dę kla­sy ro­bot­ni­czej i in­te­li­gen­cji pra­cu­ją­cej.

Krze­mień pa­sia­sty Ewa od­kry­ła pod­czas po­dró­ży po Pol­sce po­łu­dnio­wo-wschod­niej. – Zwie­dza­li­śmy za­mczy­ska w San­do­mie­rzu i wła­śnie tam go zo­ba­czy­łam. Ku­pi­li­śmy kil­ka ka­mie­ni, po po­wro­cie mąż za­mó­wił to­nę. Roz­sy­pa­li­śmy je przed pla­stycz­ką An­ną Or­ską i ona stwo­rzy­ła z te­go ko­lek­cję. Woj­ciech Kruk każ­de­go ro­ku tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem sam sta­je za la­dą i sprze­da­je bi­żu­te­rię. To już ro­dzin­na tra­dy­cja. W Wi­gi­lię za­my­ka sa­lon oso­bi­ście i ży­czy wszyst­kim we­so­łych świąt. – Mój oj­ciec też przed świę­ta­mi stał za la­dą, po­dob­nie jak je­go bab­cia i dzia­dek, i jak dziś mój syn. Gdy bę­dę już eme­ry­tem, chcę wró­cić do ma­lo­wa­nia ob­ra­zów. Wy­bu­du­ję du­ży dom na wsi, przy­jadą dzie­ci z wnu­ka­mi, a ja bę­dę roz­ra­biał z ar­mią ma­łych ej­brów.

Wydanie Internetowe

Źródło artykułu:Magazyn Sukces
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (0)
Zobacz także