Anka na wojnie nie płakała. "Na to, co widzieliśmy, nie byłoby łez"

Anna Wojtacha jest korespondentką wojenną
Anna Wojtacha jest korespondentką wojenną
Marianna Fijewska

31.01.2023 15:04, aktual.: 31.01.2023 17:31

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

- Najbardziej przerażało mnie to, że nigdy nie wiadomo, gdzie spadnie pocisk. Skręcić w lewo, czy zostać w miejscu? A może skręcić w prawo? Ale jeśli skręcisz w prawo, czy pocisk nie spadnie właśnie tam? To są dylematy wojenne, których tutaj nie ma- mówi Anna Wojtacha, dziennikarka, autorka książek, korespondentka wojenna.

Wywiad jest częścią podcastu OPEN FM "Męska Robota" Marianny Fijewskiej- Kalinowskiej. Podcast znajdziesz tutaj:

Marianna Fijewska-Kalinowska: Pamiętasz, kiedy pierwszy raz sama o sobie pomyślałaś: "Stało się, jestem korespondentka wojenną"?

Anna Wojtacha: Nie pamiętam jednego momentu, ale pamiętam, że staliśmy na lotnisku w Kabulu - to był mój pierwszy wyjazd do Afganistanu - i wtedy pomyślałam: "Kurczę, to się dzieje naprawdę! Swoją determinacją i uporem doprowadziłam do tego, że tu jestem". Ale wiedziałam, że muszę się dalej starać, że nie mogę odpuścić. Później pojawiły się kolejne wyjazdy i zaczęłam należeć do tej wąskiej w skali całego świata grupy reporterów wojennych.

Miałaś dopiero 23 lata i w dodatku, zaraz po powrocie zostałaś wysłana do Iraku. (...) Pamiętasz pierwsze ekstremalne sytuacje?

W Afganistanie takich sytuacji nie było, choć zostaliśmy aresztowani przez Amerykanów, więc wiedzieliśmy, że włos nam z głowy nie spadnie. Operator nie zdążył schować kamery, nie zorientował się, że przejeżdżamy obok budynku NATO w Kabulu, gdzie nie wolno nagrywać. Zatrzymali nas momentalnie, spędziliśmy tam parę godzin, byliśmy przeszukiwani, zabrano nam telefony komórkowe i przesłuchiwano. Nigdy w życiu nie byłam zatrzymana i to nie było miłe, ale wiedziałam, że Amerykanie krzywdy nam nie zrobią. (…)

W Iraku było intensywniej, byłam po raz pierwszy pod ostrzałem. Nie strzelano bezpośrednio do nas, ale jednak te odgłosy rakietowe... to robi wrażenie. (...) Najbardziej przerażało mnie to, że nigdy nie wiadomo, gdzie spadnie pocisk. Skręcić w lewo, czy zostać w miejscu? A może skręcić w prawo? Ale jeśli skręcisz w prawo, czy pocisk nie spadnie właśnie tam? To są dylematy wojenne, których tutaj nie ma.

Znam to z najgorszych koszmarów sennych, a ty przeżyłaś to naprawdę i to wielokrotnie. Mówisz o tych myślach, które pojawiają się w głowie, ale pewnie działasz wtedy na zasadzie instynktu?

Tak, zawsze polegam na instynkcie, bo nigdy mnie nie zawiódł. Jednak jest w tym całym instynktownym działaniu miejsce na bardzo racjonalną analizę, choć trwa to chwilę, bo myśli przelatują przez głowę jak błyskawice. Raz jednak miałam sytuację, w której się zawiesiłam. Nie mogłam wstać, iść, mówić. Nic do mnie nie docierało. Byłam wtedy bardzo zmęczona. Znajdowaliśmy się w pasie przygranicznym między Izraelem a strefą Gazy, więc pociski, które wystrzeliwał Izrael, przelatywały nad naszymi głowami, z kolei pociski, które wystrzeliwał Hamas w kierunku Izraela, czasem spadały koło naszego domku. Mieszkaliśmy w kibucu i byliśmy pod stałym ostrzałem przez dwa tygodnie, 24 godziny na dobę.

Ta sytuacja zaczęła się od tego, że szłam z przyjacielem Piotrem Góreckim (były korespondent wojenny - przyp. red.) do takiego małego sklepiku, bo uparłam się, że chcę zjeść na śniadanie twarożek. I szliśmy po ten twarożek chodnikiem. Mijaliśmy akurat mieszkalny dom - opuszczony, bo oczywiście wszyscy stamtąd uciekli. Ten dom miał szklane ściany i nagle nastąpił wybuch. Ściany wyskoczyły, szkło lekko nas raniło, ale rozległ się tak potężny, tak niewyobrażalny huk, że… myślę, że to był właśnie ten moment, gdy mój organizm powiedział: "Za dużo, dość tego!" i musiał wykonać krok w tył. Schowaliśmy się w schronie, ja byłam w letargu, nie wiem, ile czasu minęło, czułam, jakbym szła przez wodę. Piotr mnie z tego schronu wyciągnął i zaprowadził znów do kibucu. Tam poszłam spać. Obudziłam się rześka, to było prawdziwe katharsis.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Współpracowałaś kiedyś z reporterem, który się na wojnę nie nadawał? I musiałaś brać za niego odpowiedzialność?

To także było w Izraelu. Przyjechał do nas młody operator, który miał być dodatkową osobą wspierającą mojego operatora. Był niezwykle podekscytowany, marzył, żeby pracować na wojnie. Miał szczęście, bo gdy przyjechał, przez półtorej godziny nie było ostrzału. To długo. I gdy ostrzał się zaczął, ten młody człowiek po prostu posikał się ze strachu. Było mi go szkoda, wiedziałam, że to jego zawiedzione nadzieje, że jego wyobrażenie o wojnie było jak w filmie, ale na filmie nie czujemy zapachów, nie słyszymy huków. Jest zupełnie inaczej.

Widocznie nie miał predyspozycji, by pracować na wojnie. A jakie twoje cechy pozwalały ci wielokrotnie wyjeżdżać na front?

Mogę bardzo długo nie spać i nie jeść. Jestem odporna na stres. Ale jak jest się na wojnie, to wszystko dzieje się bardzo szybko: dostajesz milion telefonów dziennie, robisz wejścia live, przygotowujesz i montujesz materiał do głównego wydania wiadomości. Nie śpisz za wiele i nie masz czasu na refleksję dotyczącą tego, co dzieje się wokół. Analizujesz wszystko na poziomie informacyjnym, ale nie analizujesz siebie w tej sytuacji. Analiza siebie następuje dopiero, gdy wracasz. I te powroty są najtrudniejsze.

Nie dziwię się. Na wojnie widzisz okropności, a potem wracasz do kraju, gdzie rozmawia się o cenie ziemniaków i narzeka na podatki. To musi być strasznie frustrujące.

Jest. Pamiętam, że raz, gdy dopiero wróciłam z wojny, zadzwonił do mnie znajomy. Ja jeszcze nie doszłam do siebie, a on zaczął narzekać, że zepsuł mu się samochód i że to jest takie straszne. Tak mnie to zdenerwowało, że powiedziałam: "Wiesz co stary, ja cię lubię i dlatego muszę przerwać tę rozmowę, bo zaraz ci nawrzucam". On był zdziwiony, więc mu wytłumaczyłam: "Czy ty w ogóle słyszysz, co ty mówisz?! Masz żonę, masz dzieci, jesteś zdrowy, nikt do ciebie nie strzela!". I stąd się bierze to, że korespondenci wojenni tak często spotykają się w swoim gronie, bo tak jest po prostu łatwiej (…).

Płakałaś kiedyś na wojnie?

Zdarzyło mi się płakać po powrocie, ale nigdy na wojnie (…). Myślę, że na to, co widzieliśmy, nie byłoby łez. Myśmy mieli mnóstwo takich historii w Iraku, Afganistanie, że człowiekowi nie mieściło się w głowie, że facet, który jest Irakijczykiem, wsiada do samochodu z ładunkami wybuchowymi i zabija Irakijczyków. Zabija swoich braci w imię czego? Jakichś durnych idei? To bez sensu. Nie mogliśmy zrozumieć, że można komuś z mózgu zrobić taką papkę, że będzie robił takie rzeczy (…).

Był czas, gdy w Iraku dziennie zamachów potrafiło być 10-12. Jeździliśmy od zamachu do zamachu. Wracaliśmy do hotelu, żeby zmontować materiał, zrobić live, wysłać wszystko do redakcji, a później dzień kończyliśmy w pokoju u któregoś z nas. Siadaliśmy i piliśmy alkohol. Bywały momenty kompletnej ciszy, bo co mogliśmy powiedzieć? Że widzieliśmy dziś 100 ciał, flaki ciągnące się po ziemi, porozrzucane gdzieś strzępy ludzi? Każdy zrobił materiał i wysłał do kraju, a potem można się było tylko napić, bo co powiesz?

Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was!

Źródło artykułu:WP Kobieta
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.