Pewnego dnia, tuż przed świętami, zmęczona zrywami picia i zrywami leczenia postanowiłam, że ja więcej już nie mogę, nie mam siły. To był grudzień, powiedziałam mężowi, żeby pojechał z synem na święta sam, że muszę pobyć sama ze sobą. Ojcu powiedziałam, że na święta jadę do mamy, a mamie, że jadę do ojca. Chciałam pić, marzyłam o tym, żeby zostać w domu i po prostu chlać jak kiedyś, bez płaczącego dziecka za plecami i męża patrzącego mi na ręce. Kupiłam sporo wódki, miałam trochę leków uspokajających i nasennych, na receptę. To był impuls, pomyślałam, że nie mam siły już dłużejudawać trzeźwego, wartościowego człowieka, że nie chcę więcej oszukiwać, mam dość kłamania i dość rozczarowywania wszystkich. Zapiłam leki wódką. W internecie łatwo znaleźć, jaka ilość wystarczy, żeby wysłać siebie na tamten świat. Nie było we mnie nic, dosłownie nic. Byłam pustym, wydrążonym naczyniem na wódkę. Miałam dziurę zamiast serca. I cokolwiek bym do niej włożyła, połykała to i zamieniała w nicość. Chciałabyś być kimś takim? Bo ja nie chciałam.
Moja matka przyjechała do mnie, miała swoje klucze, bo czasem pomagała nam z synem. Weszła do domu, wezwała karetkę. Podobno zrobili mi płukanie żołądka. Nic nie pamiętam. Pamiętam tylko, jak się obudziłam. Byli mój mąż, mama i tata. Siedzieli i czekali, aż się obudzę. Wszyscy byli przerażeni. Przyszedł lekarz, opowiedział mi, co się stało i że to, że żyję, to cud.