Ubierz się na luzie. Żadnych obcasów. Buty muszą być wygodne, dobre do tupania – instruuje mnie przez telefon Kinga Kordas, psycholog, która od roku prowadzi zajęcia z jogi śmiechu. – I pamiętaj, nie zapraszamy obserwatorów. Będziesz bawić się z nami – dodaje. – Zgoda – odpowiadam z duszą na ramieniu, bo spontaniczność nigdy nie była moją mocną stroną. Na zajęcia idę z pewną nadzieją na poprawę nastroju, choć nie bez wątpliwości. Ciekawość jednak zwycięża.
W wegetariańskiej restauracji, gdzie odbywają się spotkania, czeka już kilkanaście osób. – Na początek przedstawmy się – proponuje Kinga i, kiedy zabieram się do wyjaśnienia, kim jestem, okazuje się, że to pierwszy element zabawy. Rozpoczyna się seria groteskowo uprzejmych powitań, ukłonów, uścisków i okrzyków. Czuję się dość dziwnie, ale stojąca obok Anka tłumaczy, że to absolutnie normalne i każdy ma za sobą ten stan. – Gabinet luster! – rzuca hasło Kinga, a my stajemy naprzeciwko siebie i naśladujemy najdrobniejsze gesty partnera. Pamiętam tę zabawę z dzieciństwa, teraz jest równie śmieszna. – Jezioro łabędzie! – pada kolejne polecenie i cała grupa zmienia się w łabędzie-baletnice. To nie koniec. – Strzelajmy śmiechem! – domagają się wszyscy i ku mojemu kompletnemu zaskoczeniu kilkanaście dorosłych osób, jak w pantomimie, napina niewidzialne cięciwy łuków. Ugodzeni „strzałą śmiechu” tupią, chichoczą jak pensjonarki, wydają z siebie tubalne „cha, cha, cha” i gardłowe „ho, ho, ho”. Przez moment patrzę na
tę scenę z boku i zaczynam się przełamywać. Ten śmiech jest zaraźliwy i chociaż nie wiem, czy śmieję się z nimi, czy raczej z nich, czuję oczyszczającą moc wspólnej zabawy.– To tylko połowa naszych możliwości – żartuje Kinga. Za tydzień kolejna porcja zwariowanych pomysłów, a dziś jeszcze chwila ćwiczeń oddechowych i rozciągających. Wszyscy czujemy, jak zmęczyły się nasze mięśnie. Zasłużyliśmy na odrobinę lenistwa. Rozsiadamy się na wygodnych sofach. Czas porozmawiać o tym, co nas tu sprowadza.