Kobiety chcą garów, czyli jak rodzą się gwiazdy rocka

Nie uciekłam z domu na rockowy koncert, nie paliłam trawy z kolegami, nie zrobiłam sobie dziary. Nazywam się Dorota, mam 38 lat, męża i trzyipółletnie bliźniaki. Jestem zmęczona. Nie ma wakacji od macierzyństwa. A gdyby to zmienić choć na siedem dni? Stanąć na scenie z dziewczyńskim bandem, zawyć do mikrofonu, usłyszeć pisk publiczności? Czy z taką historią przyjmą mnie na obóz rockowy dla starych dziewczyn 
Lucciola Ladies Rock Camp?
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
Kobiety chcą garów, czyli jak rodzą się gwiazdy rocka
(Lucciola Ladies Rock Camp)

Rozgrzewka

Ty śpisz na górze, bo jesteś mniejsza – Monika (46 lat, kadrowa) wprowadza prawo buszu. Otwieramy drzwi do pokoju w drewnianym domku. Monika zwycięża.

Nowica, wieś w Beskidzie Niskim. Tu odbędzie się tygodniowy obóz rockowy. Na liście 23 nazwiska potencjalnych rockmanek. Najwięcej zgłoszeń jest w tym roku na perkusję, ale do wyboru są jeszcze bas, gitara elektryczna i wokal. Ja będę śpiewać.
Kobiety po czterdziestce mieszkają w małym domku, młodsze ulokowano na materacach w budynku zwanym stajnią. Facetki zajmują duży domek.
Gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak rodzą się gwiazdy rocka, i zajrzał przez okno, zobaczyłby pięć dziewczyn chodzących w koło i śpiewających ukraiński kawałek „U lisi”.

Wyobraźcie sobie, że macie koronę na głowie, i niech już wam tak zostanie – facetka od śpiewu udziela nam rad. – Całym ciałem, nie tylko ustami! Wdech, i otwieramy się na nowe. Wydech, i pozbywamy się z ciała tego, co niepotrzebne. Basistki ten ktoś zastałby w budynku wiejskiej szkoły z instrumentami na kolanach. Podłączają basy do piecyków, po chwili uderzają w struny. Gitarzystki w sali obok dziś grają tylko na dwóch strunach, ale to wystarczy, żeby zagrać prostą piosenkę „Hit the Road Jack”. W stajni widok zupełnie inny. Cztery zestawy perkusji rozmieszczone w narożnikach. Trzy na cztery perkusistki pierwszy raz zasiadają za instrumentami. Zaczynają od ćwiczeń rozciągających nadgarstki, bo na perkusji nie gra się rękoma, tylko właśnie nadgarstkami. Pierwszy najprostszy bit angażuje wszystkie kończyny: prawa stopa uderza w bęben na raz, prawa ręka na trzy w werbel, lewa stopa przyciska na raz, dwa, trzy i cztery talerz zwany high hat i równocześnie lewa ręka uderza w jego górną część. Potem dochodzą jeszcze crash, cymbał i tomy, pozostałe części perkusji.

Myślałam, że kiedy mieszam jedną ręką zupę, na drugiej trzymam syna, a nogą przytrzymuję córkę, to jestem akrobatką, ale perkusistki mnie zawstydziły.
Dziewczyny łupią w gary, basistki i gitarzystki szarpią struny, a wokalistki zdzierają gardła do wieczora z przerwą na obiad. Nie ma mężów, nie ma dzieci, nie ma matek, są rockmanki.

Napisz o tym tekst

Moja współlokatorka Monika opowiada mi swoje życie. Sporo tego, jak na jednego człowieka. Miała 29 lat, stała w tłumie na koncercie Püdelsów w Dąbrowie Górniczej, kiedy Maleńczuk przedstawił publiczności nową basistkę zespołu Małgorzatę Tekiel (Teklę). Tekla włożyła tlącego się papierosa za strunę w gryfie i się ukłoniła.

17 lat później siadła naprzeciwko Moniki w sali drewnianej szkoły w Nowicy. Tekla wciąż w tej samej fryzurze, dla Moniki nie zmieniła się wcale.
Jak ma zagrać przed ikoną rocka, przecież ma w ręku bas od wczoraj?! Ręce drętwieją, pocą się, nie czuje kostki w dłoni, pas, na którym zawieszona jest gitara, wżyna się w miejsce, w którym kiedyś była pierś. Indywidualna lekcja gry na instrumencie zamienia się w lekcję życia. Role się odwracają, teraz facetka Tekla słucha Moniki.

Napisz o tym tekst – mówi w końcu.
Łatwo powiedzieć, ale jak napisać o tym, że w domu była gorącym kartoflem, przerzucanym między ojcem, matką, babkami? Albo o ojcu, który chciał zabić matkę siekierą, o ojczymie wkładającym w nocy rękę pod kołdrę, o facetach, którzy ją porzucali?

Jaki tytuł powinna mieć piosenka o raku hormonozależnym, który sprawił, że Monika w wieku 46 lat jest hormonalną babcią – „Me-no-pau-za”?
A może o tym, że nie byłoby jej stać na obóz rockowy za 1250 zł przy rencie 663,83 zł i nie byłoby jej tu, gdyby ktoś nie wykupił dla niej miejsca? Przecież nigdy nie dostała od nikogo prezentu, zabawki zostawały w domu, który opuszczała, a jedyny wózek dla lalek mama sprzedała sąsiadce. Może dlatego pilnuje teraz swojej puszki kawy, może dlatego przynosi obiad do pokoju i zajada w nocy, by nie spać z pustym brzuchem? Jak ma o tym wszystkim śpiewać?

Gary rządzą

–_ Gośka, nabij mi _– woła gitarzystka Justyna (42 lata, coach).
Raz, dwa, trzy, cztery – słychać dźwięk perkusji.
Kropka, kropka, puste – powtarza pod nosem basistka Misiura (38 lat, ceramiczka) i uderza w górną strunę.

Drewniany dom, kominek, okna otwarte na oścież. Sześć starych dziewczyn z mojego zespołu ma pierwszą próbę. Instrumenty wypełniają prawie całą przestrzeń pokoju. Perkusja, bas, dwie gitary, dwa mikrofony. Dziewczyny miały wczoraj pierwszy raz instrumenty w rękach, a dziś już grają w zespole. Basistka Misiura ma pęcherz na środkowym palcu, ale go nie przebije, bo nie mogłaby już dzisiaj ćwiczyć, a na Lucciolę czekała od miesięcy i chciałaby jeszcze pograć.

Kiedy Misiura była jeszcze małą Agnieszką, dostała od rodziców cymbałki. Waliła w nie bez opamiętania, gdy usłyszała, że nie ma słuchu. W te słowa wierzyła prawie do czterdziestki. Jednak kiedy nuciła pod prysznicem, mąż podsłuchiwał i wołał: „Głośniej, świetnie ci idzie”.

Ale Misiura nie wierzyła, myślała: „Kocha, to tak mówi”. Aż do wczoraj, kiedy na próbie poczuła w sobie rytm. Kropka, kropka, puste. Uderzała w jedną strunę w miejscach zaznaczonych na progach basowego gryfu. Kropka, kropka, puste. Czuła to, nawet kiedy wracała z wczorajszych zajęć w szkole z basem na plecach. Jej biodra poruszały się w takt muzyki, nawet kroki były bardziej rytmiczne.

Dziewczyny, buja mnie w środku – woła teraz na próbie.
Wchodzą wiosła, czyli Justyna i Marta (36 lat, projektantka lalek) grające na gitarach. Wokale, czyli ja i Asia (32 lata, nauczycielka w przedszkolu), czekają na swoją kolej. Gramy „Tatę dilera” Kazika.

Zaczynamy od covera, potem będziemy komponować swoje piosenki.
Nazwijmy nasz zespół Nirvana – przerywa Justyna i sama się z siebie śmieje. Ma koszulkę z napisem „Never give up”, pierwszy raz gitarę w ręku i nie czuje tremy, w przeciwieństwie do Misiury, która bała się zacząć. Justyna, mama dwójki dzieci, które właśnie wchodzą w okres buntu, też chciała się zbuntować i przyjechała na Lucciolę. Wczoraj przyznała się, że pisze kryminał o kłamstwie i jest już w połowie.
Za dwa dni nazwiemy się Von Brochas i tak już zostanie. A Misiura zrobi nam broszki z kamyczków znalezionych nad strumykiem z nazwą naszego zespołu.

A ja nie wiem, kiedy mam przyspieszać! – woła zza garów perkusistka.
Gośka, pamiętaj, gary rządzą, ty nadajesz rytm – podpowiada facetka Tekla.

Gośka (69 lat, rehabilitantka) nadaje rytm, odkąd pamięta, koleżankom, klientkom, które przychodzą do niej na gimnastykę, wnukom. Wszędzie jej pełno. Kiedy wnuki zapytały, czy babcia zagra z nimi koncert, Gośka nie zawahała się ani przez minutę. Jak odmówić dziewięcioletniej gitarzystce Alicji czy siedmioletniej pianistce Milenie? A jak pięcioletniemu Stasiowi, który od roku próbuje swoich sił na perkusji?

Kiedy Gośka usłyszała w radiu Ewę Langer, szefową Luccioli, opowiadającą o obozach rockowych dla starych dziewczyn, tego samego dnia wysłała swoje zgłoszenie. Była pewna, że to obóz dla starszych pań, dopiero potem dowiedziała się, że starą dziewczyną organizatorki nazywają każdą kobietę od 18. do 99. roku życia. W podaniu napisała, że chciałaby grać na perkusji, bo musi coś zrobić z energią, która ją roznosi. A energii u Gośki pod dostatkiem. Wie, że jest trochę inna niż jej koleżanki. To fajne babki, ale o Luccioli już z nimi nie porozmawia. „Punk rock to nie rurki z kremem”, jak brzmi motto Luccioli.
Teraz Gośce marzy się wspólny koncert z wnukami na 70. urodziny. Nie ma już wątpliwości, zagrają razem.

Lucciola, starsza siostra Karioki

Idea obozów rockowych przyszła do Polski z USA. Najpierw powstały tam obozy dla nastolatek, podczas których dziewczynki uczyły się wyrażać głośno swoje zdanie, wspierać się wzajemnie, budować wspólnotę poprzez śpiewanie, komponowanie, pisanie tekstów i granie na scenie. Ewa Langer, basistka i szefowa Stowarzyszenia „Kobieca transsmisja”, pierwszy raz widziała taki obóz w czeskim Taborze w 2012 roku, do którego została zaproszona jako nauczycielka basu. Postanowiła przenieść ideę obozów rockowych na polski grunt.

Po trzech latach Stowarzyszenie „Kobieca transsmisja” wraz z Fundacją Pozytywnych Zmian z Bielska-Białej zorganizowały pierwszy obóz dla nastolatek. Nazwały go Karioka Girls Rock Camp, od Karioki, szefowej młodocianego gangu, grającej na gitarze w filmie „Stawiam na Tolka Banana”. W 2015 roku odbyły się dwie edycje obozu, w 2016 też dwie.

Ale Ewa chciała zarazić muzykowaniem również dojrzałe kobiety. Zaczynała od jeżdżenia z Chłopcami z Placu Broni na trasy koncertowe, potem powstał zespół The Nos, w którym pierwszy raz wzięła do ręki bas, by po chwili w korytarzu Studia S4 nagrać pierwsze dwie piosenki. Usłyszała, że jest zdolna. Dalej był legendarny zespół lat 90. PRL, po którego rozpadzie odłożyła instrument pod łóżko na dziesięć lat. Wszystko się zmieniło, kiedy wróciła do gry na basie w 2008 roku, tym razem w kobiecym zespole Translola. Dziś mówi o sobie, że jest Lucciolą.

W 2015 roku ruszył pierwszy obóz dla starych dziewczyn Lucciola Ladies Rock Camp.
–_ Dlaczego dla starych dziewczyn? _– pytam Ewę.
Bo dziewczyną można być do setki. Granie muzyki to najwspanialsza rzecz, jaka może się przydarzyć w życiu. Najpiękniejsze chwile w moim życiu związane są z graniem i tworzeniem muzyki, tylko wtedy czułam się szczęśliwa. Marzę o Polsce pełnej kobiet spełnionych, grających na instrumentach – dodaje.

Rock star z dziarą

Na tarasie małego domku rockmanki szykują się do koncertu. Perkusistka Von Brochas wysypuje z reklamówki kolorowe gałgany. Szaliki, apaszki, rękawiczki, jest nawet kapelusz i sztuczne kwiaty. – Zobaczcie, co jeszcze mam – Gośka się uśmiecha i wyciąga z kieszeni kolorowe, świecące folie. Tatuaże! – wołam. – Zawsze chciałam mieć tatuaż. Dawaj. _Biegnę do zlewu po mokrą gąbkę, wycinam niebieską gwiazdę z napisem „ROCK STAR” i przyklejam na lewym ramieniu. Mało, jeszcze jeden. Teraz już każda z dziewczyn chce mieć tatuaż. Perkusistka przykleja sobie małą perkusję na piersi, basistka bas, gitarzystka biedronki na dłoni, a wokalistka gwiazdę Dawida na szyi. Druga gitara wystąpi w łemkowskim wianku na głowie. Maluję usta na czerwono i zakładam kapelusz, druga wokalistka ma look hiphopowy, spodnie wiszące w kroku i bluzkę na ramiączkach.

Scena jest oddalona od obozu o kilometr. Mój zespół śpiewa jako pierwszy. Wdrapujemy się na drewniany podest zadaszony białym brezentem naciągniętym na stelaż z cienkich drzewek. Jest mało miejsca, Gośka z perkusją zajmuje prawie pół sceny. W moim głośniku, który stoi na drewnianej skrzynce po owocach, słyszę drugą wokalistkę, a ona mnie w swoim, coś jest nie tak. Podbiega pan z obsługi technicznej i szpera w kabelkach. Przed nami trzy rzędy ławek w półkolu, około 50 osób: głównie znajomi, choć jest też sporo miejscowych. Raz, dwa, trzy, cztery, zaczynamy. Aśka zapomina słów pierwszej zwrotki, nie wiem, co się dzieje, jej się to nigdy nie zdarzyło. Próbuję ratować sytuację i zaczynam śpiewać od drugiej zwrotki, ale od połowy też nie pamiętam. Nucę więc „Nie pamiętam tekstu” do melodii, którą grają dziewczyny. W pierwszym rzędzie przed nami wstają z ławek dziewczyny z naszego obozu i powtarzają: „Nie pamiętam tekstu”. Podskakują przy tym i machają rękoma. Potem już wchodzimy gładko z refrenem: „Będzie dobrze, będzie dobrze”, Aśka daje całą siebie w „Tacie dilera”, w ostatniej piosence nie słyszę swojego głosu, fałszuję, nie umiem sobie z tym poradzić. Schodzimy ze sceny w oklaskach, są flesze aparatów i kamera. Ktoś podbiega i nas całuje, to Ewa. Chce mi się ryczeć. Ryczę. Swoją solówkę dostaje w zespole Fermentacja basistka, moja współlokatorka Monika. Chce wykrzyczeć światu zło, które ją spotkało. Zacząć od nowa. Zanim jednak zaśpiewa, dziękuje zeszłorocznej basistce Sylwii Chutnik, znanej pisarce wspierającej kobiety i walczącej o ich prawa. Chutnik ufundowała Monice pobyt na obozie.

Obiecuję, że spłacę dług – woła ze sceny basistka, głos jej drży.
Trudno jej się rozstać z mikrofonem, nieczęsto ma tylu słuchaczy, ale nie ona jest dziś główną wokalistką, lecz Jenny (32 lata, programistka).
Czy tym razem uda jej się zaśpiewać? Na próbie przez pół godziny nie mogła wykrztusić z siebie słowa, zaczęła od rapowania inwokacji Mickiewicza. Dopiero po warsztatach tekstowych coś się zmieniło. Najpierw rozbawiła ją gra w skojarzenia, ale ostatniego ćwiczenia już nie wykonała. Tekst o losie kobiet padających ofiarą przemocy w Albanii obudził to, co przydarzyło się jej samej dwa lata temu i o czym chciałaby zapomnieć. Jenny napisała o tym piosenkę, którą zaraz zaśpiewa. Na scenie ma na sobie kwiecistą letnią sukienkę i mocny makijaż. Stoi wyprostowana, zamyka oczy, bierze głęboki oddech i śpiewa: „Twoje kłamstwa są jak twe dłonie na szyi mej tamtego dnia. Ty wiedziałeś, że się nie obronię, teraz wciąż czuję cię w moich snach”. Publiczność milknie. Kiedy Jenny zaczyna śpiewać głośniej refren, dołączamy do niej: „Twoje kłamstwa, twoje kłamstwa zabijają”.
Brawa. Uściski. Łzy i uśmiechy. Jenny udało się zaśpiewać do końca. Dziewczyny zagrały swoje kawałki.

Kontakt ze sztuką to kontakt ze sobą, z tym, co mamy w środku. Kiedy jesteśmy tu, na obozie, dokonuje się transformacja – mówi Ewa Langer. – To jest trudny proces, ponieważ zaczynają się odzywać rzeczy, o których nie chcemy pamiętać. Sztuka ma wartość wtedy, kiedy potrafimy się skomunikować z trudnymi historiami. To, co się z nas wydobywa, można wykrzyczeć, wybębnić, wyśpiewać, wygrać na gitarze. Kiedy jeszcze przed obozem zapytałam zeszłoroczną basistkę, co zmienia obóz w dziewczynach, odpowiedziała: – _Zobaczysz, życie po Luccioli nie jest już takie samo. Teraz zaczynam ją rozumieć.

Gitarzystka Justyna w drodze powrotnej do domu kupiła gitarę i zapisała się na lekcje gry. Basistka Misiura pożyczyła bas od kolegi, ale wciąż szuka nauczyciela. Muzyka chodzi za nią po ulicach.Wokalistka Asia śpiewa z dziewczynami z innych zespołów. Marta gra z synem i chłopakiem. W listopadowej Luccioli uczestniczyła jako wokalistka. Monika, moja współlokatorka, zakłada fundację wspierającą kobiety z historią onkologiczną, chciałaby sfinansować pobyt jednej uczestniczce na następnym obozie, dać jej taką samą szansę, jaką i ona dostała.

Kiedy wysiadam z pociągu, mam siedmiodniowe dredy, przyklejone tatuaże na ramionach i postanowienie w głowie, że kupię sobie profesjonalny mikrofon i będę śpiewać, choćby z dziećmi. Przyniosę też ze strychu gitarę. Może nawet wezmę udział w kolejnym obozie – tym razem jako gitarzystka – albo w rocznej Akademii Luccioli, która ma ruszyć w wakacje. „Wszystko przede mną” – myślę i nucę słowa naszej piosenki.
„Wdech i wydech, wdech i wydech, życie samo płynie.
Wdech i wydech, wdech i wydech, nic cię nie ominie.
Będzie dobrze, będzie dobrze!”.

Myślałam, że kiedy mieszam jedną ręką zupę, na drugiej trzymam syna, a nogą przytrzymuję córkę, to jestem akrobatką, ale perkusistki mnie zawstydziły.

Lucciola Ladies Rock Camp
Od 2015 roku ponad 60 starych dziewczyn wzięło udział w czterech obozach rockowych Lucciola Ladies Rock Camp. Pierwsze dwa miały miejsce w Krakowie, trzeci w Nowicy, czwarty w Warszawie. Kolejna edycja obozu odbędzie się w marcu, następna w lipcu. Roczna Akademia Luccioli ruszy w 2018 r. Do dziś grają zespoły: PMS, PUH, Zimne Włosy i Piesless. Nowe właśnie się zawiązują.

Zobacz też: Flirt to już zdrada?! Kobiety i mężczyźni inaczej do tego podchodzą

0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.