Po 300 domach został tylko gruz. "Wszystko przepadło bezpowrotnie"
Wyobraźmy sobie dom, który pewnego dnia po prostu przestał istnieć. Razem z ogródkiem, jabłonią, która rosła tuż obok i pokojem, w którym wydaliśmy z siebie pierwszy krzyk. Tam, gdzie uczyliśmy się chodzić i jeździć na rowerze jest teraz potężna tafla wody. Wszystko zniknęło.
Gdy w Nowym Targu z Zakopianki odbijemy w kierunku Nowego Sącza, droga wojewódzka nr 969 poprowadzi nas piękną doliną Dunajca. Rzeka, która zbiera w sobie wodę spływającą z kapryśnych górskich potoków, przez wieki jednocześnie żywiła i zagrażała. W końcu władze centralne postanowiły ją ujarzmić i dzięki budowie Zbiornika Czorsztyńskiego zlikwidować zagrożenie powodziowe.
Wyrok na Stare Maniowy zapadł w latach sześćdziesiątych. Dzisiaj z poziomu drogi naszym oczom ukazuje się widok, który zapiera dech w piersiach. W słoneczny dzień tafla jeziora otoczonego górami skrzy się w słońcu niczym lustro, a na wodzie kołyszą się statki wycieczkowe. Wiosną i jesienią, gdy wieczorami mgła spływa powoli z gór w kierunku wody, trudno uciec od nuty melancholii. Głęboko pod taflą jeziora tkwią bowiem resztki fundamentów po domach, w których mieszkańcy zalanej przez zbiornik wsi zostawili serca.
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Tu kiedyś była wioska. Ludzie nie potrafią zapomnieć o Starych Maniowach
Choć w wielu regionach Polski pędzono za nowoczesnością, w tej miejscowości czas jakby się zatrzymał. Pierwsze wzmianki o Starych Maniowach pochodzą z XIV w., co czyniło je jedną z najstarszych miejscowości na Podhalu. We wsi stało ponad 300 domów, a kilkadziesiąt zabytkowych chałup wyglądało jak z obrazka. Mieszkało tam około 1900 osób.
Zatrzymany w czasie mikrokosmos
Choć gdzie indziej w pole od dawna wyjeżdżały kombajny, w Maniowach nawet na początku lat 80. o poranku słychać było dźwięk uderzania młotkiem o metal, gdy gospodarze klepali swoje kosy, nim poszli żąć nimi zboże. Dzieci latem pasły gęsi, krowy i barany, kobiety raz w tygodniu wypiekały w czeluści pieca chlebowego pieczywo na cały tydzień. Wydawało się, że tak będzie zawsze.
- Domki we wsi były takie małe... Później, jak niektórzy wyjechali do Stanów Zjednoczonych, to było im trochę lżej finansowo, albo jak ktoś miał więcej pola. Chociaż w Starych Maniowach było skromnie, ludzie jakoś nawzajem sobie pomagali, szanowali się. Blisko naszego domu sąsiad miał tartak i leżały pnie drzew przygotowane do pocięcia. Ludzie mieli czas, żeby przysiąść na nich, porozmawiać. Jak trzeba było iść w pole, to sobie pomagali, czy to przy żniwach, czy przy kopaniu ziemniaków – wspomina Anna, która urodziła się w Starych Maniowach w latach 70. I tam spędziła dzieciństwo.
Siedzimy razem z jej dorosłą córką Gabrielą w prowadzonym przez młodszą z kobiet apartamencie "Okno na Gorce" w Maniowach. To właśnie do tej miejscowości przymusowo przesiedlono mieszkańców zalanej wsi. Na mapie to zaledwie dwa kilometry od miejsca, gdzie była nieistniejąca miejscowość. Promując swoją działalność w mediach społecznościowych, Gabriela przypomniała o Starych Maniowach, a filmik, na którym pokazuje ślady fundamentów odsłonięte przez wodę po wyjątkowo suchej zimie, stał się wiralem. Dla Anny jednak opowieść o wysiedlonej miejscowości jest słodko-gorzka.
Kiedy po raz pierwszy mieszkańcy usłyszeli o tym, że ich miejscowość przestanie istnieć, nie potrafili w to uwierzyć. Większość rodzin żyła w tym miejscu z dziada pradziada. Rodzili się i umierali w Starych Maniowach.
- Jak ksiądz mówił na kazaniu, że trzeba się będzie przenosić, że kościół będzie zburzony, chłopy wychodzili z kościoła i pukali się w głowę. "Co ten ksiądz opowiada, gdzie tu woda będzie?" Dunajec płynął spory kawałek dalej, a kościół przecież stał na górce. Ale wszystko się sprawdziło. Gdy nadeszła wielka powódź, woda sięgała aż po ramiona krzyża na kościele - opowiada Anna. Ten sam budynek świątyni później został zrównany z ziemią. Wszystko na oczach dawnych mieszkańców, choć nie wszystkich.
- Żałuję, że nie byłam przy tym, jak wysadzili kościół. Był sentyment i szkoda, że go zburzyli, ale gdyby został, to i tak by go zalało, bo mało kto sobie zdaje sprawę, jak tam jest głęboko. Kiedy burzyli kościół, starzy ludzie płakali. Samej mi się łezka zakręciła, bo to wszystko przepadło bezpowrotnie. Do tej pory zostaje sentyment po tym, co minęło - wspomina Anna.
- Ile razy jestem na dole, to przejdę sobie i myślę "tu był cmentarz, tam był chodnik, tamtędy przebiegałam do kościoła, a tu zbierałam poziomki". Ciągnie człowieka w miejsca, gdzie się urodził. Nie dam się tam wejść, nie da się odtworzyć ponownie tych drzwi, nacisnąć tej skrzypiącej klamki. Ty możesz wrócić do swojego domu rodzinnego - mówi Anna do Gabrieli. - Ja nie mogę.
Tęsknota do miejsca, którego już nie ma
Gdy przyszła wielka woda, która zalała Stare Maniowy do szczętu, Gabriela była malutka. Mama chodziła z nią do opustoszałej wsi na spacery, wioząc ją w wózeczku. Choć była tam wielokrotnie, w jej głowie nie zachowało się żadne wspomnienie. Mimo to jest w niej tęsknota. Zapytana o to, jak to jest podejść nad samą taflę jeziora i spojrzeć w miejsce, gdzie były Stare Maniowy, jest wyraźnie poruszona.
- Dobrych kilka lat temu był moment, że w zbiorniku bardzo mocno obniżyli poziom wody. Robią to co jakiś czas, by sprawdzić stan zapory. Wtedy człowiek szedł z takim zaciekawieniem, ale to, co znałam z opowieści, nijak nie zgrywało się z tym, co widziałam na miejscu. Są jakieś fundamenty i tyle. W ostatnich tygodniach znów woda opadła. Teraz bardziej się w to zagłębiłam. Aż mi się łezka w oku kręci - opowiada Gabriela.
Faktycznie, nie potrafi ukryć wzruszenia. Być może dlatego stara się propagować pamięć o Starych Maniowach między innymi za pośrednictwem mediów społecznościowych, gdzie prowadzi konto swojego apartamentu. O nieistniejącej miejscowości edukuje gości, uczy także swoją kilkuletnią córeczkę.
- One jeszcze nie ogarnia wielu rzeczy. Byłyśmy ostatnio na spacerze na drodze, która prowadziła do Starych Maniów, chodziłyśmy po fundamentach. Mówiłam jej, że ktoś tu kiedyś miał dom, starałam się wytłumaczyć prostym językiem. Ale dla niej wciąż to jest niepojęte. Mówiłam jej, że będziemy czatować, aż woda odsłoni dom babci Jadzi. Ona bardzo chciałaby go zobaczyć, ale wciąż nie może zrozumieć, że tam jest woda. W jej dziecięcej głowie to się nie zgadza. Ale jak to? Babcia mieszkała pod wodą? Była rybą? - opowiada Gabriela.
- Jak już to syrenką - dopowiada Anna.
- Teraz, w tym wieku, docenia się ten kawał historii, który tutaj mamy. To niesamowicie ciekawe, budzi dużo emocji. Bardzo się cieszę, że mamy jakąkolwiek możliwość do tego wrócić. Czy to przez opowieści, fotografie, czy zachowane filmy - wyjaśnia Gabriela.
Ona chciałaby zobaczyć Stare Maniowy na żywo, jej mama widzi je gdy tylko zamknie powieki. Miejscowość nie tylko jej się śni. Także na jawie przywołuje dawno nieistniejące obrazy. Z wiekiem robi to coraz częściej, niemal codziennie.
- Chyba to moja podświadomość mi podpowiada. Przez cały dzień często przemknę myślami do Starych Maniów, wracam do dzieciństwa. Bo to chyba były moje najszczęśliwsze lata, które spędziłam właśnie tam. Kiedy przychodzi trudny dla mnie moment, mam doła, albo nie mogę zasnąć, w zasadzie co wieczór, zamykam oczy i spaceruję zawsze tą samą drogą, po łąkach. Jak to nazywali "poza kuźnię". Najczęściej jest lato. Na jednym polu kołysze się zboże, na drugim kwitną ziemniaki, na kolejnym kawałku pola stoją kopki siana. Jest cisza i spokój, słyszę śpiew ptaków. Albo jadę z tatą na wozie po polnej drodze. Moje luźno zwieszone nogi obijają się o trawę. Tego już nie ma. Nie ma i nie wróci - opowiada Anna.
"Mama chciała wracać do domu"
Wokół jeziora poprowadzony został szlak rowerowy, który pozwala na rekreację i przyciąga turystów. Latem pojawiają się tam prawdziwe tłumy. Popularność Zbiornika Czorsztyńskiego w Małopolsce jest duża, jednak świadomość jego historii pozostaje niewielka. Anna czasami się tam wybiera.
- Ta ścieżka rowerowa prowadzi mniej więcej w tym miejscu, jak szła ta dróżka, ale tego już nie da się odtworzyć, bo wszystko się zmieniło. Pola pozarastały, a było pięknie. Jak wychodziłam rano paść owce, pod koniec lata była mgła. Słoneczko wychylało się z niej powoli, a ona tak ładnie się rozpływała. Wtedy wyłaniał się z niej nasz kościół, wokół którego rosły stare i wielkie lipy – wspomina Anna.
- Ja o Starych Maniowach nie śnię. Bardziej przetwarzam sobie w głowie wspominki mamy, próbuję sobie wyobrazić, jak to faktycznie mogło wyglądać. Z opowieściami próbuję łączyć jakieś zdjęcia - mówi Gabriela.
- Z każdym rokiem mam coraz więcej takich wspomnień - przyznaje Anna. - Żeby się nie okazało, że za parę lat nie będę pamiętała tego, co się tu działo, tylko wszystko to, co tam – dodaje. Jej córka przypomina, że babcia w pewnym momencie dokładnie tak żyła. Wspomnieniami ze Starych Maniów.
- Faktycznie mama później często mówiła, że ona chce iść do domu. Odpowiadałam jej "mamo, ale ty jesteś w domu". Tak z miesiąc przed jej śmiercią weszłam do jej pokoju i zauważyłam, że dziwnie się zachowuje. Pozwiązywała sobie wszystko do chustek i mówiła mi, że ma już wszystko spakowane, poduszki zapakowane. Ona teraz czeka na furmana. Zapytałam ją o to, na jakiego furmana czeka. Powiedziała mi "furman ma przyjechać i ma mnie zabrać do domu". Próbowałam jej wyjaśnić, że jest w domu. Wie pani, co usłyszałam w odpowiedzi? "To nie jest mój dom. Ja chcę wracać do domu, do Starych Maniów".
Kiedy zapadła decyzja o przeniesieniu miejscowości, przed władzami pojawił się niemały kłopot. Co zrobić z blisko dwoma tysiącami mieszkańców? Na północ od miejscowości w latach 70. wyznaczono teren, który miał się stać nową wsią. Gdy spojrzymy z góry na mapę, widać od razu, że to osiedle nie powstawało jak typowa wioska z południa Małopolski, rozsypana trochę nie do rymu po okolicznych pagórkach.
Domy bez duszy
W Maniowach (nowa wieś dostała jednoczłonową nazwę) wyraźnie widać założenie urbanistyczne. Ulice są perfekcyjnie prostopadłe i równoległe, działki mają zbliżoną wielkość. Nawet część domów wygląda identycznie. Wszystko za sprawą tego, że mieszkańcy mieli do wyboru trzy projekty. Efekt tego był taki, że powstawały ulice pełne identycznych domków.
- Znajoma przyjechała do Maniów jako nauczycielka i wynajmowała od kogoś pokój. Wracając z pracy, pomyliła domy. Weszła do budynku, układ ten sam, korytarz ten sam, pomieszczenie jedno, drugie. Później poszła do swojego pokoju i dopiero jak do niego weszła, zorientowała się, że nie jest u siebie. Takie to wszystko było podobne – wspomina Anna. Władza ściśle kontrolowała budowę Maniów. Styl, materiały wykończeniowe, wszystko musiało być zgodne z narzuconym projektem i odgórnym założeniem. Nowe domy oferowały komfort i nowoczesność, jak bieżącą wodę, łazienkę i pokoje dla każdego z domowników. Brakowało im jednak duszy i znajomego widoku z okna.
- Może i w Starych Maniowach nie widziałam z okna Tatr i jeziora, ale za to były brzozy. Obok cmentarza rosły piękne brzozy. W zimie, gdy przyszła szadź, one tak pięknie wyglądały... Chociaż szyby były czasami zamarznięte, bo okna były kiepskie i robiła się gruba warstwa lodu, to człowiek chuchał i dmuchał, żeby zrobić sobie w nim kółeczko i na nie patrzeć. Jesienią z kolei brzozy miały piękne złote liście - rozmarza się Anna, która ostatecznie wioskę opuściła z rodzicami w 1991 r.
W ostatnim roku przed powodzią, która zalała Stare Maniowy do szczętu, jej rodzina na terenie wsi miała jeszcze zasiane zboże. Słysząc o nadchodzącej wielkiej wodzie, pojechali zbierać je z pola w niedzielę, co w normalnych okolicznościach na wsi było nie do pomyślenia. Później Starych Maniów już nie było.
- Ja dorosłam już do tego, że rozumiem, że są wspomnienia, które trzeba pielęgnować i przekazywać. Staram się o tym opowiadać naszym gościom, bo dużo osób nie ma pojęcia, co tu się wydarzyło. Chcę zainteresować ludzi tym tematem. Zbieram informacje. Wydane były dwie książki o Starych Maniowach, na YouTubie są filmy, rozmowy z ludźmi. Robię to dla siebie i dla córki - mówi Gabriela Wirtualnej Polsce.
Co zostało po Starych Maniowach?
Ze spotkania jadę nad sam zalew. Jest późne marcowe popołudnie, niedługo będzie zmierzchać, a od Nowego Targu nadciągają deszczowe chmury. Choć latem to miejsce tętni życiem, teraz jest tu przerażająco pusto i cicho, w oddali zapalają się w domach pierwsze światła, a nad zboczami unosi się mgła. Nawet tafla jeziora ledwo się kołysze, a wokół nie ma żywego ducha.
Droga wzdłuż brzegu z każdym kolejnym metrem prowadzi coraz bardziej w dół. Tegoroczna zima była wyjątkowo sucha, więc wody w zbiorniku jest o wiele mniej niż zwykle o tej porze roku. W pewnym miejscu droga jednak się kończy, niknąc pod taflą. Kilkanaście metrów dalej widać wyraźnie wystający z wody kształt - kaczki siedzą na resztach fundamentów.
Tu kiedyś był dom. W oddali widać inne pozostałości. Schodząc po piasku, mijam kolejne sterty gruzu, staję w końcu na pozostałościach regularnie ułożonych cegieł. To ściana lub fundament. Tu kiedyś ktoś mieszkał, ale nie ma do czego wracać. Za chwilę, gdy zaczną się wiosenne deszcze i poziom wody się podniesie, znikną nawet te ostatnie namacalne ślady po Starych Maniowach. Zostanie tylko pamięć mieszkańców.
Aleksandra Zaprutko-Janicka, Wirtualna Polska
Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was!
Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.