One już za życia są świętymi. Ludzie wokół nich mogą być ich aniołami stróżami

Weronika marzy o saksofonie altowym i butach sportowych, najmodniejszych w sezonie. Kajetan uwielbia helikoptery, pod każdą postacią. Iga chciałaby spotkać się z ukochaną wokalistką. Te małe pragnienia powoli się realizują, dzięki wylosowanym aniołom - ludziom, którzy wysłali im kartki z życzeniami powrotu do zdrowia. Na spełnienie czeka jednak największe marzenie: pokonać raka.
Głosuj
Głosuj
Podziel się
Opinie
(Aneta Wawrzyńczak)

- I jak? - zagaja Aneta patrząc prosto w oczy. Niby pyta, ale raczej nie czeka na odpowiedź. Zbyt dobrze wie, że jej się po prostu nie da udzielić, nie przeciśnie się przez gardło, przynajmniej nie teraz, nie od razu.
Chwilę wcześniej wraz z Natalią i Anią zakończyły wizytę na oddziale onkologicznym Centrum Zdrowia Dziecka.
Kilkanaście godzin temu wyjechały z Lublina, gdzie na co dzień mieszkają, pracują, wychowują własne dzieci.
Parę tygodni wcześniej podobne wizyty zaczęły składać na dziecięcych oddziałach onkologicznych w lubelskim.
Jeszcze kilkanaście miesięcy temu same koczowały przy szpitalnych łóżkach.
Gdzieś w międzyczasie zakiełkowała myśl: ciężko chorym dzieciom oprócz opieki medycznej, hektolitrów chemii, dziesiątek godzin naświetlań, zbilansowanej diety, ciepła, miłości i troski potrzeba też aniołów stróżów.

Facebook.com
Podziel się

Na kilogramy
- Założyliśmy tę fundację z potrzeby serca. I przez nasze doświadczenia: Aneta leczyła swoją córkę z choroby onkologicznej w Lublinie, ja swoją w Centrum Zdrowia Dziecka, Ania spędziła tu cztery lata, czekając z synkiem na przeszczep serca - wyjaśnia Natalia Voytsel, psycholożka. Pod własnymi powiekami poczuły więc, co to nieprzespane noce, w ściśniętych żołądkach - jak bardzo napięte mogą być nerwy, we własnych sercach - jak wielki może być strach. - Dlatego nie możemy przejść obojętnie obok chorego dziecka, które jest totalnie zagubione. Zwłaszcza jeżeli możemy mu pomóc - dodaje Natalia.
Na spotkaniu założycielskim miało być kilka osób, z przyczyn losowych stawiły się tylko dwie. Natalia: - Wtedy się załamałam, myślałam, że nic z tego nie wyjdzie. A spotkanie mieliśmy w kościele Najświętszego Serca Jezusowego, w roku Miłosierdzia Bożego i na dodatek o 15, w godzinę miłosierdzia. I ksiądz, który sam jest po chorobie onkologicznej, lekarze nie dawali mu żadnych szans na przeżycie, powiedział nam wtedy: "zaczynacie w taki dzień, o takiej godzinie i w takim miejscu, więc wszystko się uda. Widzę, że Ktoś nad nami czuwa".

Aneta Wawrzyńczak
Podziel się

Jednym z pierwszych pomysłów była akcja Wylosuj Anioła (link: https://www.facebook.com/wylosuj.aniola/. Zasady są proste: kartka (kupna albo własnoręcznie robiona), wybór adresata (chłopiec czy dziewczynka), kilka słów wsparcia (że będzie dobrze, że spełnią się marzenia), chętnie także kilka więcej, o samym nadawcy (kim anioł jest, co lubi), ewentualnie dane korespondencyjne - adres mailowy, pocztowy czy numer telefonu.
Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania. Na adres Fundacji "Gdy liczy się czas" zaczęły przychodzić długie listy, kolorowe pocztówki z całej Polski i zagranicy, małe i duże paczki z prezentami. Początkowo można je było liczyć na sztuki, teraz łatwiej będzie kilogramami.

Do Centrum Zdrowia Dziecka Natalia, Aneta i Ania przyjeżdżają więc z wielką torbą pełną kolorowych kopert. A w każdej kopercie kartka lub list, w niektórych też drobny upominek. A na kartce lub w liście kolorowe rysunki (motywy dominujące to: kwiatki, serduszka, postaci z kreskówek i oczywiście anioły). A przede wszystkim otulona ciepłymi słowami nadzieja.
"Życie to dar, dlatego musisz walczyć i nie poddawać się. Wspieram Cię z całego serduszka i pamiętam o Tobie w modlitwie".
"Jestem pewna, że wszystko dobrze się skończy. Nie może być inaczej, po prostu nie może".
"Kamienie na drodze? Weź je wszystkie, kiedyś zbudujesz z nich ZAMEK".
"Śmiej się często i głośno, to potrafi odstraszyć złą chorobę".
"Masz wokół siebie same aniołki, które będą Cię strzegły".
Często też w postscriptum pojawia się prośba: "jeśli to tylko możliwe, chciałabym wiedzieć, do jakiego chorego Aniołka mój list trafił". Natalia, Aneta i Ania zachęcają więc dzieci do losowania kartek, rodziców - do kontaktu z aniołami stróżami. - Osoby, które wysyłają kartki i prezenty, często chcą się dowiedzieć, do kogo dotarły, jaka była reakcja, czy się dziecko ucieszyło, chcą coś o nim wiedzieć więcej, czy można coś jeszcze dla niego zrobić - wyjaśniają w kolejnych salach.
- Jak ktoś nie chce nawiązywać bliższego kontaktu, to wystarczy krótki SMS: kartka doszła, dziękuję. Ale już nieraz były takie sytuacje, że się zawiązała między dzieckiem i rodzicami a nadawcą kartki nić porozumienia, wsparcia, rozmowy - dodaje Aneta.
Małgorzata Kożuchowska apeluje o pomoc dla umierającego Adasia
Jak będziesz grzeczny…
Na kartkę, a nawet dwie załapał się Marcel. Niebawem skończy 4 lata, prawie rok temu zdiagnozowano u niego białaczkę. - Kończyliśmy leczenie szpitalne, byliśmy z synkiem na oddziale, a pani Ania i pani Natalka akurat przyszły z koszyczkiem z kartkami. Chciały pomóc, podzielić się swoim doświadczeniem, wesprzeć, bo same przez to przeszły, wiedzą, co czują chore dzieci i ich rodzice. A jak Marcel wylosował list od jednej pani, zaczęły też dopytywać, czy ma może jakieś marzenie - opowiada mama chłopca.
Ano Marcel marzenie ma, i to wielkie, czy też raczej wysokie, konkretnie: podniebne. Chciałby być pilotem, latać helikopterem tu i tam, na przykład "zawozić nim mamę do szpitala". - Wszyscy się roześmialiśmy, jak to powiedział, a ja tylko dodałam: "synu, wszędzie, tylko nie do szpitala".
Słowo się rzekło, 30 września, z okazji dnia chłopaka, Marcel razem z grupą innych dzieci w remisji pojechał na wycieczkę do 41 Bazy Lotnictwa Szkolnego w Dęblinie, zobaczył muzeum i hangary. - To była jego pierwsza wycieczka w życiu. I tak jak na co dzień raczej się ludzi wstydzi, chowa się, nie za bardzo chce rozmawiać, to w domu po powrocie buzia mu się nie zamykała - wspomina jego mama. Całej rodzinie Marcel zapowiedział wtedy, i podtrzymuje to do dzisiaj, że jeszcze tam wróci, najpierw na kolejną wycieczkę, później na dłużej, do szkoły tam będzie chodził. A starszym braciom jeszcze dorzuca: "jak będziesz grzeczny, to pojedziesz ze mną". - Taki mały cwaniak - śmieje się mama.

Marcel jest w remisji, do stycznia 2018 roku będzie przyjmował "chemię" domową, w tabletkach, póki co raz w tygodniu stawia się razem z mamą w szpitalu na badania kontrolne, raz w miesiącu - na chemioterapię do szpiku. - Na razie nic nam nie potrzeba, Marcel jest szczęśliwy, na okrągło bawi się na placu zabaw, który nam Fundacja Mam Marzenie postawiła, albo w tego pilota. Jakby ktoś chciał pomóc, to niech trzyma kciuki, żeby choroba nie wróciła.

Facebook.com
Podziel się

Ktoś czuwa
Iga ma 10 lat. Pierwsze kartki i listy od swoich anonimowych aniołów dostała w połowie września hurtem, razem z paczkami z prezentami. Na akcję Wylosuj Anioła jej mama trafiła ot tak, buszowała po internecie, trochę błąkała się od strony do strony, szukała czegokolwiek, żeby poprawić Idze humor, bo dopiero co nadeszła informacja, że rak znów atakuje. Niby czysty przypadek. Niby, bo w przypadki mama Igi nie wierzy. - Widocznie ktoś na górze czuwał. Tym bardziej, że to akurat było tuż przed jej urodzinami - mówi mama Igi.

W wiadomości podesłała link do jej strony (facebook.com/PomocDlaIgiRudnickiej/), krótko opisała historię jej choroby - w 2014 roku wykryto u niej glejaka głębokich struktur mózgu, IV stopnia złośliwości, jest po operacji, kilku cyklach ciężkiej chemii, w styczniu br. wydawało się, że koszmar się skończył, w lipcu nastąpiła wznowa. Zdradziła też jej trzy wielkie marzenia: o piesku rasy Yorkshire Terrier, kanarku i spotkaniu z wokalistką Sylwią Grzeszczak.
Odzew był natychmiastowy. - Te panie były takie wrażliwe, cudowne po prostu, od razu chciały Idze pomóc, już, prędko, do 10. urodzin Igi zostały raptem dwa czy trzy tygodnie - wspomina mama Igi. - Jak tylko opublikowałyśmy wiadomość na Facebooku, zaczęli się do nas zgłaszać ludzie z pytaniami, co, gdzie, jak przysłać Idze. To było niesamowite - dodaje Aneta.

Do Centrum Zdrowia Dziecka w połowie września przybyły z kilkoma paczkami dla Igi. Sama Iga przyjechała natomiast z rodzicami i duszą na ramieniu. - Mieliśmy rezonans magnetyczny, od którego zależało nasze być albo nie być, jechaliśmy na to badanie jak na ścięcie. To spotkanie z paniami z fundacji było dla nas niesamowitą niespodzianką, czekały na nas cały dzień, bo mogliśmy przyjechać dopiero wieczorem. Rozmowa z nimi wiele nam dała, dzięki nim stanęliśmy do badania z odwagą - wspomina mama Igi.

Od anonimowych darczyńców Iga dostała: obraz, figurki aniołków, książki, laleczki. Od tego kogoś na górze, kto czuwał, prezent przyszedł dzień później: wyniki rezonansu wyszły dobre, nawet bardzo, wygląda na to, że nastąpiła stabilizacja, temat radioterapii na razie można odłożyć na bok, póki co Iga musi się poddać "tylko" chemioterapii. Znaczy - wreszcie choć trochę z górki, bo dziewczynka zaliczyła jak dotąd kilkanaście cyklów pięciodniowych chemii i 33 naświetlania.
Iga może już skreślić z listy marzeń kolejną pozycję: w odpowiedzi na Facebookowy apel został jej ufundowany piesek, rasowy York Terrier. Za miesiąc, gdy tylko trochę podrośnie, dołączy do maleńkiego kociaka ze schroniska, który już się zdążył u niej zadomowić. - Zawsze się wzruszam, gdy widzę, jak ona się nim zajmuje, ciągle sprawdza, czy ma co jeść, co pić, czy mu miękko i ciepło. Bo ten kociak, taki mały, a też jest już po przejściach. Wydaje mi się, że chore dzieci są szczególnie wrażliwe na cierpienie innych - mówi mama Igi.

Burza mózgów
Sami działacze fundacji "Gdy liczy się czas" są trochę oszołomieni. Jeszcze półtora miesiąca temu o akcji "Wylosuj Anioła" widział mało kto, lajków na Facebooku było raptem kilkaset. Teraz jest ich już ponad 30 tysięcy i z każdym dniem przybywa. Wieść niesie się po parafiach, blogach, szkołach, zgłaszają się narzeczeni, którzy zamiast kwiatów czy butelki wina proszą gości weselnych o książeczki dla dzieci z onkologii. - Problem w tym, że nie mamy już gdzie tego wszystkiego składować i segregować, potrzebujemy jakiegoś małego lokalu czy magazynu - mówi Natalia.
W fundacji wciąż trwa burza mózgów, co można by jeszcze zrobić. Natalia wymienia kolejne pomysły, na przykład terapia tańcem, sztuką, elementy jogi, wycieczki dla dzieci w remisji, żeby mogły odreagować. - Bo dziecko po leczeniu nie jest jeszcze zdrowe, często wtedy zaczynają się u niego problemy natury psychologicznej, ma niemal wszystkie objawy zespołu stresu pourazowego (PTSD), bo przeszło niesamowicie ciężką walkę. Dlatego wychodząc ze szpitala, powinno być od razu objęte systemem wsparcia na wszystkich poziomach, rehabilitacją fizyczną i psychologiczną - wyjaśnia Natalia.
Marzy im się też, żeby dzieciakom znaleźć Gwiezdnych Aniołów. Natalia: - Działamy póki co głównie w Lublinie, zaczynamy też współpracę z Centrum Zdrowia Dziecka, chcemy docierać na kolejne oddziały, w całej Polsce. W Warszawie jest łatwiej, ale w mniejszych miejscowościach rzadko pojawiają się osoby znane - piosenkarze, aktorzy, sportowcy. Jeśli nie mogą dojechać, chcielibyśmy, żeby chociaż przesłali kartki ze słowami wsparcia dla naszych podopiecznych, żeby zostali ich Gwiezdnymi Aniołami, dali im siłę i nadzieję.

Facebook.com
Podziel się

W planach jest też wielkie piżama party. - Jeżeli dziecko spędza dużo czasu w szpitalu, to jego głównym ubiorem jest właśnie piżama. Zwłaszcza na onkologii powinno się ją często zmieniać, bo chemia wychodzi przez skórę. Dlatego będziemy wchodzić na oddziały w śmiesznych piżamach i robić imprezę, chcielibyśmy też podarować dzieciom jakieś kolorowe piżamy, poduszki, kocyki, lampki nocne. Może ktoś coś uszyje, może jakieś firmy zasponsorują? Żeby ten oddział zaczął przypominać dom, żeby otoczenie wyglądało trochę mniej szpitalnie, a bardziej… normalnie. Bo normalności najbardziej brakuje dzieciom - wyjaśnia Natalia.
Aneta z kolei wspomina słowa znajomego księdza. - Powiedział, że błędem jest mówić o chorujących dzieciach, że są aniołkami. One już za życia są świętymi. To ludzie wokół nich mogą być ich aniołami stróżami.

Żeby zostać Aniołem Stróżem dziecka walczącego z nowotworem, wystarczy:

  1. Przygotować kartkę (można ją zrobić własnoręcznie lub kupić).
  2. Umieścić adnotację, do kogo ma być adresowana (dziewczynki czy chłopca).
  3. Napisać kilka słów wsparcia i życzenia dla dziecka (uwaga! Słowa tabu to: rak, smutek, ciężka choroba, śmierć).
  4. Wysłać kartkę na adres Fundacja "Gdy Liczy się Czas" ul. Nowy Świat 30a/6 20-418 Lublin.
Polub WP Kobieta
0
komentarze
Głosuj
Głosuj
0
Wow!
0
Ważne
0
Słabe
0
Straszne
Trwa ładowanie
.
.
.