GwiazdyPanowie, jesteście gentlemanami, nie żadnymi "nositorbami"

Panowie, jesteście gentlemanami, nie żadnymi "nositorbami"

Panowie, jesteście gentlemanami, nie żadnymi "nositorbami"
Źródło zdjęć: © Instagram.com
Helena Łygas

18.04.2018 11:59, aktual.: 19.04.2018 10:42

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

"Tą ksywą wycięliście gościowi jaja. Powinien rozdawać poniżenie, jak ulotki pod dworcem" – tak brzmi najpopularniejszy komentarz pod tekstem, w którym Pudelek, nie pierwszy już raz zdradzając słowotwórczy dryg, ochrzcił męża Dody, Emila Stępnia, przydomkiem "nositorba".

Mężczyzna został przyłapany przez paparazzich na festiwalu w Cannes, kiedy robił Rabczewskiej zdjęcie na czerwonym dywanie. W dłoni trzymał jej torebkę (i być może był to nawet Gucci).

Trudno winić Pudelka. Taka już rola portalu plotkarskiego - ma wyłapywać smaczki i robić z nich sensację. Niekiedy z kreatywnością ocierającą się o popkulturowy geniusz, jak w przypadku terminu "nositorba" czy tytułu: "Doda bawi się na imprezie z byłym mężem obecnej żony swojego byłego męża", który doczekał się nawet analizy na zajęciach z logiki na UJ.

Pudelek zrobił swoją robotę, a czytelnicy wyrazili swoją opinię. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii społecznej, żeby domyślić się, że określenie "nositorba" wzbudziło wiele emocji. Przede wszystkim wśród męskiej części komentujących, choć swoje trzy grosze dołożyły i kobiety, rzekomo brzydzące się "takimi facetami". Panowie zaś do zakomunikowania światu mieli mniej-więcej tyle, że noszenie toreb partnerek jest niemęskie i plami honor męskiego rodu.

Kiedyś świat był trochę prostszy. Panie na prawo, panowie na lewo. Dla dziewczynek śpioszki różowe, dla chłopców – błękitne. Kilka dekad temu jedna baba narzekająca drugiej babie na swojego męża w ramach pocieszenia mogła usłyszeć co najwyżej "Rozumiem cię świetnie, ale tacy już są faceci".

Trochę się od tamtej pory pozmieniało. Obstawanie przy tym, że coś jest zarezerwowane wyłącznie dla jednej z płci nie jest anachroniczne. Jest kretyńskie. Przyjrzyjmy się jednak temu, co takiego "niemęskiego" jest w trzymaniu torby swojej partnerki. Zachowaniu, które w tych wspaniałych czasach, kiedy istniał jasny podział na damskie i męskie uchodziłoby za rycerski.

Być może mężczyźni, którzy tak ochoczo rzucili się do wieszania psów na Emilu Stępniu i innych nositorbach po prostu się boją. I to bynajmniej nie o swoją męskość, która gwałtownie maleje już na sam widok innego faceta dzierżącego torebkę, ale o to, że mają sobie coś do zarzucenia. Że nagle zza węgła wyskoczy była dziewczyna z pretensjami o wakacje w Ustce, gdy targała ze sobą te oranżady, kanapki, te piwka i kremy do opalania. Mężczyzna typu "torebki nie tykam" wziął ze sobą bowiem jedynie kołczan prawilności, w którym mieści się niewiele. Trzy kapsle, garść piachu i komórka.

Jeszcze bardziej obrońcy stanu beztorebia obawiają się, że kolejne partnerki mogłyby zażyczyć sobie nositorebstwa jako warunku sine qua non związku. A to perspektywa przerażająca tym bardziej że dotychczas nie ustalono, co takiego znajduje się w damskiej torebce. Punkt widzenia zależy w tym przypadku od punktu siedzenia (noszenia).
Kiedy to inny mężczyzna nosi torebkę partnerki, pojawiają się natychmiast argumenty, że przecież tam nic nie ma. Ot, szminka, chusteczki i jakiś notesik. I z powodu tych marnych 487 gramów robić z siebie pajaca? Co to, to nie.

Gdyby obrońca męskiej czci kiedyś przypadkiem wziął do rąk kobiecą torbę, narracja ciut by się zmieniła. Okazałoby się, że w środku nie ma jakichś pierdółek malutkich, słodziutkich i leciutkich. Że to nie żadna torebka, ale nowatorski projekt sztangi. Laureat wielu nagród na targach designu.

Żarty żartami, ale współczesna kobieta, która nie jeździ wszędzie samochodem, lekko (dosłownie i w przenośni) to ma może w weekendy. Opcjonalnie wieczorem, jeśli po pracy uda się jej wpaść do domu i zostawić część rzeczy. Uchylmy rąbka tajemnicy. W uśrednionej torbie kobiety pracującej znajdziemy: pękaty kalendarz i kilka długopisów, dwa telefony, laptopa służbowego, portfel, strój na fitness, kosmetyczkę, pełniącą też funkcję podręcznej apteczki (to kobiety noszą plasterki na wasze skaleczone przy rąbaniu drwa paluszki), wreszcie - jedzenie. I to nie jakiegoś smętnego batona i gumę do żucia, ale często cały zestaw pojemników i paczuszek.

Do tego suchy szampon, sweterek, perfumy, rajstopy na zmianę, gdyby poszło oczko. Jeśli dress code wymaga od kobiety butów na obcasie: baleriny na zmianę, żeby nie stracić za szybko palców u nóg z powodu wielogodzinnego niedokrwienia. Pomyślicie: "fanaberia", ale naprawdę jest bez nich bardzo ciężko. Trudno utrzymać równowagę, trzeba zrezygnować z japonek, nie wiadomo, jak rozliczyć się z pedikiurzystką. Jak zwykła mówić Doda aka Dorota (już) Stępień: masakra.

Stare chińskie przysłowie mówi: "prawdziwy mężczyzna różu się nie boi". Tym bardziej nie boi się damskich torebek. Zwłaszcza, gdy może zaopiekować się w ten sposób kobietą, na której mu zależy. Myśl filozoficzna Dalekiego Wschodu zawsze była trudna do pojęcia w naszej strefie kulturowej.

Jeśli gros polskich mężczyzn uznaje troskę o partnerkę za oznakę "bycia pod pantoflem" i "ujmę na honorze", trudno wyobrazić sobie ile rząd musiałby wpakować w politykę prorodzinną, żeby zmusić przytomne na umyśle Polki do rozmnażania z takimi delikwentami.

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (166)
Zobacz także