Wydaje krocie na stare kosmetyki. "Niektóre z nich były trujące"

Weronika Bakacz to wizażystka i kosmetolożka, która kolekcjonuje stare kosmetyki
Weronika Bakacz to wizażystka i kosmetolożka, która kolekcjonuje stare kosmetyki
Aleksandra Szablak

13.10.2023 12:26, aktual.: 18.10.2023 08:02

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

Dlaczego kobiety pluły do kosmetyków? Po co stosowały igły przy tuszowaniu rzęs? Wizażystka, Weronika Bakacz, opowiada o najdziwniejszych metodach makijażu sprzed lat. Pokazuje też kosmetyki ze stuletnią historią, które sprowadza z drugiego krańca świata.

Aleksandra Szablak, dziennikarka Wirtualnej Polski: Stare kosmetyki - skąd u ciebie taka zajawka? Większość nie dałaby za nie "złamanego grosza", a ty potrafisz szukać ich godzinami i wydawać na puderniczki niemałe sumy.

Weronika Bakacz: Z wykształcenia jestem historykiem sztuki, a dokładniej zabytkoznawcą. Zawsze lubiłam stare rzeczy, w szczególności takie, które niosą ślad użytkowania. Najbardziej fascynowało mnie złotnictwo, kostiumologia oraz wszelkie rzemiosło artystyczne. Czyli rzeczy, których kiedyś ktoś używał. Malarstwo i rzeźba zostawiają dużo mniej namacalny ślad historii niż chociażby stare opakowania po kosmetykach.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Triki makijażowe z PRL-u, a nawet wcześniejszych dekad, obrosły już w legendy. Jakie techniki i kosmetyki z dawnych czasów były dla ciebie największym zaskoczeniem?

Chyba najdziwniejsze były tusze "plujki", w kamieniu. Do tuszu zawsze dołączony był malutki grzebyczek, którym koszmarnie malowało się rzęsy. Strasznie sklejał. Żeby uzyskać efekt ładnie rozczesanych rzęs, kobiety rozdzielały je - o zgrozo - igłą. A dlaczego tusz "plujka"? Bo najlepszy efekt dawał właśnie wtedy, gdy dodawano do niego ślinę. Kobiety pluły do niego i tuszowały rzęsy. Dzięki temu mogły poprawić sobie makijaż niemalże w każdym miejscu. W Polsce w czasach PRL-u klasyczne tusze były bardzo trudno dostępne. Moja mama wspominała, że pierwszy taki tusz kupiła sobie w Pewexie w 1984 roku, za około cztery dolary – co na tamte czasy było bardzo dużą kwotą.

Zgaduję – nie mogłaś oprzeć się, aby nie przetestować tego "kitu" na sobie?

Zgadza się. Udało mi się taki kupić, nowy rzecz jasna. Okazało się, że jest jeszcze firma, która produkuje takie tusze w Polsce. Niestety są bardzo nietrwałe. Już po 15 minutach miałam calutką powiekę brudną od tuszu. Efekt pandy niemalże natychmiastowy.

Wydaje mi się, że w makijażach, jakie tworzysz, szczególną uwagę poświęcasz rzęsom. Mówisz też, że kolor oczu to "magia w czystej postaci" i jedna z najważniejszych cech podczas dokonywania analizy kolorystycznej.

Kiedy byłam mała, uwielbiałam oglądać takie filmy jak "Noce i dnie" czy też "Trędowatą". Główne aktorki, czyli Jadwiga Barańska czy Elżbieta Starostecka, miały zawsze przepięknie pomalowane rzęsy. Byłam totalnie zauroczona tym efektem i za wszelką cenę chciałam mieć właśnie takie rzęsy. Pamiętam, że poszłam do osiedlowej drogerii i opowiedziałam ekspedientce, o jaki efekt mi chodzi - jak z "Nocy i dni". Pani patrzyła na mnie w dziwny sposób i niestety powiedziała, że tusze "plujki" od lat nie są już dostępne. Kupiłam inny kosmetyk, z klasyczną szczotką. Nie dawał takiego efektu, o jaki mi chodziło. Byłam bardzo rozczarowana. Ale miłość do długich, wyczesanych i zalotnie podkręconych rzęs - pozostała. Myślę, że ówczesna kinematografia miała duży wpływ na to, jak obecnie maluję swoje klientki.

Trochę romantyzujemy dawne czasy, przywracając do łask retro design i interpretując minione dekady perspektywy starych filmów i zdjęć, czasem nierealnie nasyconych kolorem lub oglądanych zza ocieplonej, pożółkniętej soczewki. A przecież były to czasy raczej "betonowe" i niezwykle trudne dla kobiet - także w kwestii dbania o siebie.

Triki makijażowe, o których wcześniej wspominałyśmy, były wynikiem braku produktów. Nie było tak dostępnych pędzli jak dziś i powieki malowano palcami lub pacynkami z gąbką. Nie było dezodorantów i zamiast tego używano spirytusu pod pachę. No i przede wszystkim każda nowość lub kosmetyk kupiony w Pewexie był bardzo drogi. Mama opowiadała, że gdy ostrzyła zieloną lub turkusową kredkę do oczu, to opiłki zbierała i z resztek robiła sobie cień do powiek, który rozcierała palcem.

Jesteś właścicielką imponującej kolekcji kosmetyków vintage. Skąd najczęściej je bierzesz?

Większość upolowałam na aukcjach internetowych – polskich, jak i zagranicznych. Na pchlich targach rzadko kiedy udaje mi się coś znaleźć. Za to w takich miejscach kupuję stare czasopisma – na przykład "Przyjaciółkę" z lat 30. i 40. Czasem łapię się za głowę, czytając dział porad. Wiesz, jaką metodę zalecano na obwisły biust? "Myć biust w zimnej wodzie z dodatkiem soli kuchennej".

Opowiedz o swoich najlepszych łupach i "perełkach", które mają dla ciebie szczególną wartość.

Wszystkie zakupy vintage są mocno przemyślane. Niektóre puderniczki, które sprowadzam z USA, kosztowały tysiąc złotych. Za to tusze "plujki" kupiłam dosłownie za grosze. Ale jeśli miałabym wybrać ulubioną rzecz – to byłby to puder z Bourjois, w oryginalnym opakowaniu i ze stuprocentową nieruszoną zawartością. Ale też puder z początku lat 50. oraz paletka marki Houbigant z pięknym zdobieniem emaliowanym w stylu art deco z 1932 roku.

Co z nimi robisz? Testujesz? Czy mają głównie wartość kolekcjonerską?

Kosmetyki mają swój termin ważności, dlatego zdecydowanie nie warto ich testować na sobie. Moje testy ograniczały się jedynie do sprawdzenia koloru na kartce. Ponadto kosmetyki, których mam najwięcej – czyli róże i pudry z lat 20. i 30. z USA - miały zadecydowanie wątpliwe składy, często trujące. Bodajże do 1938 roku nie było obowiązku podawania składów. Dopiero później rząd USA wydał nakaz ich udostępniania. Natomiast pomadki vintage, które mam w swojej kolekcji wybitnie śmierdzą lub w najlepszym wypadku "pachną" starą kredką świecową.

Puder z ponad stuletnią historią brzmi dumnie. Czy w tych kolekcjonerskich kosmetykach znalazłaś kiedykolwiek jakieś ślady po poprzedniej właścicielce?

Jeden z kompaktów - posrebrzana puderniczka z różem marki Coty - ma na wieczku wygrawerowaną datę oraz inicjały "C.E. 1932". Fajnie jest tworzyć sobie samemu historię wokół takich informacji. Może jakaś kobieta dostała taką puderniczkę od narzeczonego? A data 1932 to rok ich zaręczyn lub ślubu? To jest właśnie najfajniejsze w starych kosmetykach – każdy z nich niesie z sobą jakąś historię.

Kiedyś kobiety układały swoje kosmetyki na toaletkach. Wręcz eksponowały je w sypialniach, a makijaż stanowił pewnego rodzaju celebracją kobiecości. Dziś upychamy tusze i szminki w kosmetyczkach i ścigamy się z czasem, tuszując rzęsy. Kosmetyki także wyglądały zupełnie inaczej.

Teraz wszędzie króluje plastik lub karton. Stare opakowania były ładniejsze - mosiężne, srebrne, posrebrzane lub z innych stopów metali. Z porządnym, grubym lusterkiem w środku i zdobieniami. W szczególności kosmetyki z lat 20. i 30. były starannie obszyte grubą, jedwabną nitką. Większość kosmetyków vintage, jakie posiadam, były wymienne. Gdy ktoś wydał już majątek na posrebrzaną puderniczkę, później uzupełniał jedynie wkład. Czyli metoda kasetkowa u pana Inglota nie była nowością - stosowano ją od lat 20. XX wieku. Niestety obecnie kupujemy dużo kosmetyków, za dużo. Wyrzucamy bez sentymentów i kupujemy nowe. A wystarczyłoby wyprodukować piękne opakowanie, które mogłoby nam służyć latami, wyglądając jak małe dzieło sztuki.

Zapraszamy na grupę na Facebooku - #Samodbałość. To tu będziemy informować na bieżąco o wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was!

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (5)