Jest kuratorką sądową. Opowiada, co dzieje się w polskich domach

Praca kuratorki sądowej to ogromne obciążenie
Praca kuratorki sądowej to ogromne obciążenie
Źródło zdjęć: © East News | Piotr Kamionka/REPORTER
Sara Przepióra

20.06.2024 06:00

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

- To nie jest tak, że odczuwam strach za każdym razem, bo wykończyłabym się psychicznie i fizycznie w pierwszym roku pracy - mówi Hanna Flara, autorka książki "Kuratorka sądowa. Patologia, przemoc i dramaty w polskich domach".

Sara Przepióra: "Kuratorka pracuje ze złem" - czytamy w pani książce. Co kryje się pod tym zwrotem?

Hanna Flara: Miałam na myśli wiele rzeczy. Gdyby było dobrze, odwracając nieco pani pytanie, nie byłoby kuratora w opisanych przeze mnie rodzinach. Czyny, które popełnili skazani, są złe, karygodne, okrutne, wstrząsające. Oni sami są źli, bo są zdolni do popełniania przestępstw, a więc coś nie zagrało, gdzieś zabrakło moralności, granic, wglądu w siebie.

Bywa, że żadne działania naprawcze, resocjalizacyjne, korekcyjno-edukacyjne, moralizowanie, profilaktyka, ogrom pracy różnych instytucji, wreszcie karanie poprzez osadzenie w zakładzie karnym też nie pomogły. Zło drzemie w tych ludziach, ale też nierzadko są tak pogubieni, że już nie potrafią wyjść ze swoich schematów.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Jak wspomina pani swoje pierwsze wyjście w teren?

Miało ono miejsce, kiedy byłam jeszcze kuratorem społecznym. Na tym stanowisku wykonuje się zadania pod okiem kuratora zawodowego. Oczywiście wyjścia w teren są samodzielne, nie można tego formalnie nazwać pracą, nie ma wynagrodzenia, a ryczałt za wykonane nadzory, dozory czy wywiady środowiskowe. I po takim "samodzielnym wyjściu" w teren do kilku rodzin, wróciłam do domu rodzinnego.

Mieszkałam jeszcze u rodziców. Poczułam wdzięczność za nich i do nich, za to, w jakich warunkach mogłam się wychować. Nie każdy ma tyle szczęścia.

W opisywanych w książce historiach przewija się poczucie misji, ale też obawa o bezpieczeństwo. Czy to nieodłączna część pracy?

Opowiem o swoich odczuciach. To nie jest tak, że odczuwam strach za każdym razem, bo wykończyłabym się psychicznie i fizycznie w pierwszym roku pracy. Dotyczy to raczej sytuacji, gdzie absolutnie niczego nie wiem o danej osobie, a od wejścia widać na przykład, że mieszkanie jest zapuszczone, mroczne, w kamienicy niewielu sąsiadów, a uczestnik postępowania delikatnie mówiąc, ma szał w oczach.

A czasami obawiam się danej osoby z racji samego artykułu, z jakiego ją czy jego skazano, zazwyczaj związanego ze stosowaniem przemocy. I tak jak pisałam, obawiam się osób chorych czy zaburzonych psychicznie. Ich zachowanie może być nieprzewidywalne, a nawet niebezpieczne. Wierzę w instynkt samozachowawczy, nigdy go nie bagatelizuję.

W jaki sposób można się zabezpieczyć przed groźną sytuacją?

Mogę liczyć tylko na siebie, więc muszę być w dobrej formie, żeby wyostrzyć zmysły - dosłownie. Niczego nie przegapić, nie dać zamknąć za sobą drzwi na klucz, a to się zdarza. Często na zasadzie odruchu, ale wyłapuję to od razu i stanowczo proszę o niezamykanie za mną drzwi na klucz.

Nauczyłam się wyczuwać, czy rozmowa przebiega już zbyt nerwowo. Lepiej zakończyć ją szybciej niż ciągnąć dyskusję i dopuścić do eskalacji emocji. Mam też zasadę, że nie wejdę do domu, jeśli w progu powita mnie osoba pijana.

Najlepiej zapoznać się z dostępną już dokumentacją o potencjalnym podopiecznym zawartą w naszych systemach informatycznych i dowiedzieć się, z jaką osobą będzie się mieć do czynienia oraz dobrać środki ostrożności do sytuacji. W skrajnych czy naprawdę niebezpiecznych przypadkach mogę poprosić o asystę policję, czego nie nadużywam. Zdarzyło mi się też poprosić o asystę kolegę czy koleżankę z zespołu.

To pewnie niejedyna trudność w zawodzie kuratora sądowego.

W tej pracy jest ich ogrom. Związane są z wymogami ze strony choćby przełożonych, jak i podopiecznych. Jest to zawód wymagający ciągłego doszkalania się. To też praca na termin, a do tego doskwiera nam brak ochrony prawnej przed niesłusznymi oskarżeniami czy skargami.

Z kolei w środowiskach, w których pracujemy, jesteśmy narażeni na zagrożenia epidemiologiczne, utratę zdrowia czy w skrajnych wypadkach życia. Ten zawód ogromnie obciąża psychicznie, bywa, że naruszana jest nasza prywatność. Miewamy kontakt z podopiecznymi poza pracą w miejscach publicznych - sklepach, szkołach, urzędach.

Zmagamy się z coraz większą roszczeniowością skazanych, z groźbami, próbami zastraszenia, wywarcia nacisku. Jesteśmy nagrywani, śledzeni, napotykamy na utrudnienia w terenie - pracujemy również po zmroku, miewamy awarie samochodów w terenie, narażeni jesteśmy na ataki zwierząt domowych. To praca zadaniowa, a więc także w weekendy musimy być poniekąd dostępni dla podopiecznych, zwłaszcza jeśli coś się wydarzy - wtedy musimy podjąć działania. Nie wyczerpałam katalogu trudności, ale też podkreślam, że są plusy tej pracy.

Jakie?

Zawód kuratora sądowego daje mi satysfakcję i poczucie spełnienia. Zdecydowałam się na niego, ponieważ chciałam czuć sprawczość, zmieniać świat na lepsze. W historiach "Wrażliwości zrodzonej z przemocy" oraz "Miesiące za kilowaty", do których mam szczególny sentyment, opisałam wyprawę na głęboką, daleką, niemal zapomnianą wieś, gdzie zetknęłam się z ubóstwem i dojmującą samotnością. Nie sądziłam, że ktoś na mnie, kuratorkę, czeka w terenie. Ta praca naprawdę ciągle zaskakuje i wymyka się schematom.

Mówi pani o historiach, które wzbudzają sentyment. Są też, takie, które panią wstrząsnęły?

Z pewnością ta opisana w rozdziale "Podwójna moralność ojca". Nie przypuszczałabym nawet, że starszy pan o miłym, kulturalnym usposobieniu, może mieć gotowy plan na otrucie syna. Opowiedział o tym ze szczegółami, nie kryjąc przy tym swojej religijności.

Miałam zlecony jednorazowy wywiad środowiskowy wobec mężczyzny, który zamordował brutalnie swoją żonę, o czym na początku nie wiedziałam. Prawdę poznałam dopiero po długim czasie z prasy. Ta historia obnażyła moją niewiedzę. Nie wstydzę się tego powiedzieć. Nie przygotowałam się za dobrze do tamtego wyjścia w teren. Gonił mnie termin i czułam presję okołoświąteczną. Słabo zadbałam o siebie. Ale też wyciągnęłam wnioski na przyszłość.

Co pani czuła, gdy poznała prawdę?

Obrzydzenie, strach, wściekłość, niemoc, żal nad dziećmi, które zostały w domu mordercy. Od razu pomyślałam, co ta historia, a właściwie rodzinne piętno, zafundowała im na całe dalsze życie. To był koktajl emocji, schodziły ze mnie bardzo długo. Przecież wiedziałam, że będę pracowała z osobami skazanymi, ale takiego kalibru się nie spodziewałam.

Jednym z pani podopiecznych był ksiądz. Ten dozór opisała pani mianem "szczególnego wyzwania".

Naiwnie myślałam, że ksiądz to ostoja moralności, a takowa nie wkracza na drogę przestępczą. W tym przypadku zadziałał efekt aureoli. Mając tak skąpe dane na temat podopiecznego, założyłam, że duchowny nie popełnia przestępstw. Dzisiaj wiemy o tym, że księża niemal wyczerpują katalog Kodeksu karnego.

Poza tym dozór nad księdzem był wyzwaniem, bo polegał na nieustannej walce o to, kto ustala zasady i granice. Podczas każdej rozmowy czułam się jak wierna na kazaniu w kościele, a nie jak kuratorka pracująca ze sprawcą przestępstwa. Ksiądz dyskretnie bombardował moje kompetencje i wątpił w zasadność podejmowanych wobec niego kroków prawnych. Była buta zamiast pokory. Pycha zamiast skruchy.

Zaznacza pani, że: "nigdy w terenie nie korzystała z kawki, herbatki, wody ani setki". To element zachowania dystansu z dozorowanymi?

Takie działanie porządkuje moją rolę. Bywa, że podopieczni chcą nami kuratorami manipulować, przeciągnąć na swoją stroną, przekonać do swoich racji. Skorzystanie z oferowanego poczęstunku z pewnością skraca dystans, ale też mogłoby znieść mój obiektywizm w ich oczach lub być podstawą do posądzenia mnie o skorzystanie z łapówki, stąd moja ostrożność.

Co jeszcze pani oferowano?

Oprócz herbaty, kawy czy szklanki wody, padały jeszcze propozycje wzięcia jabłek, orzechów czy jajek.

Ludzkie historie, z którymi kurator sądowy styka się na co dzień, poruszają i emocjonują. Zachowanie neutralności przychodzi pani łatwo?

Niestety nie, bo jak miałoby przychodzić mi to łatwo? Jestem tylko człowiekiem. Czuję za bardzo i wszystko dotyka mnie zbyt mocno. W terenie, przy tych ludziach, w miarę możliwości, zachowuję spokój. W domu, bezpiecznym miejscu, już mogę dać upust emocjom. Najczęściej chcę być wtedy sama. Najmocniej uderza mnie śmierć dziecka. Wtedy odczuwam smutek, niezależnie od tego, czy dozór trwał króciutko, czy latami i jest dawno skończony, ale jakiś życzliwy fan nekrologów doniesie mi o śmierci.

Ale są też pozytywne emocje. Kiedy podopieczny coś zmieni, zrobi kurs i dostanie pracę, pojedzie na leczenie odwykowe dlatego, że chce, że poruszyłam być może wewnętrzną motywację i zrobi to dla siebie, nie dla zaświadczenia.

Dla Wirtualnej Polski rozmawiała Sara Przepióra

Zapraszamy na grupę na Facebooku - #Samodbałość. To tu będziemy informować na bieżąco o wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was!

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (87)
Zobacz także