Blisko ludzi#KobietyNieZnająGranic: 12 lat temu wiele osób wyjeżdżało do Anglii. Jak zmieniło się ich życie?

#KobietyNieZnająGranic: 12 lat temu wiele osób wyjeżdżało do Anglii. Jak zmieniło się ich życie?

#KobietyNieZnająGranic: 12 lat temu wiele osób wyjeżdżało do Anglii. Jak zmieniło się ich życie?
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne
Magdalena Drozdek
07.04.2017 09:08, aktualizacja: 07.04.2017 11:15

- Nigdy nie wstydziłam się przyznać do tego, jak zaczynałam - opowiada Magda Gasztych. 12 lat temu wyemigrowała z Polski do Wielkiej Brytanii. Pracowała na zmywaku, zahaczyła też o palarnię zdjęć rentgenowskich, produkcję alarmów przeciwpożarowych i magazyn kosmetyków. Dziś pracuje w międzynarodowej korporacji. Nam opowiada, jak z jej perspektywy zmieniło się życie na Wyspach.

Magda Drozdek, Wirtualna Polska: Pytanie klasyczne. Jak to się stało, że trafiłaś do Anglii?
Magdalena Gasztych: Zabawne, że o to pytasz, bo nie dalej jak wczoraj rozmawiałam o tym z moją fryzjerką. Dla niej niepojęte było, że 22-letnia wówczas dziewczyna wsiada w autobus, który ma ją zabrać do obcego kraju. Nie zna kultury, obyczajów, a po angielsku mówi bardzo mało. Wiesz, dwanaście lat temu wiele osób wyjeżdżało do Anglii. Dziś, kiedy rozmawiam z ludźmi w Polsce, to prawie każdy ma w rodzinie kogoś, kto wyemigrował. Ja sama nie potrafię dokładnie wskazać momentu, w którym postanowiłam spakować walizkę. Zawsze gdzieś mnie ciągnęło. Londyn wydawał się miejscem idealnym - niezbyt daleko, wjazd bez wizy i pozwoleń, więc nie groziła deportacja. Skończyłam szkołę i chyba przez chwilę nie miałam większego pomysłu na siebie. I tak sobie ten wyjazd wymyśliłam. Niby na trzy miesiące, ale bilet (który zresztą trzymam w szufladzie do dzisiaj) był tylko w jedną stronę. Wytupany nóżką, wyproszony od rodziców, wypłakany niemal, bo oni na ten mój wyjazd, wcale tak chętnie się nie zgadzali. Z perspektywy czasu myślę, że miałam więcej szczęścia niż rozumu przyjeżdżając tutaj. Plan był prosty - nauczę się języka, poznam nowych ludzi, zobaczę, co to znaczy ciężko pracować i czas pokaże. Coś na zasadzie: "pojadę, pożyję i wrócę".

Jesteś emigrantką z wyboru czy tak się życie potoczyło, że do Polski nie chcesz wracać?
Na pewno nikt mnie do wyjazdu nie zmuszał. Nie musiałam też wyjeżdżać ze względu na sytuację finansową. Miałam wsparcie rodziców i mogłam dokończyć studia i wtedy ewentualnie zdecydować, co robić dalej. Na Wyspach poznałam wielu ludzi, dla których wyjazd był nieprzyjemną koniecznością. Kiedy słuchałam ich historii, byłam wdzięczna, że to nie są moje powody i moja rzeczywistość.

Jak wyglądała emigracja te kilka ładnych lat temu? Trochę się pewnie to zmieniło. Powody, dla których ludzie opuszczają Polskę dla Wielkiej Brytanii, nastawienie do Polaków…
Przede wszystkim nie tak łatwo było spotkać Polaka na ulicy. Nieczęsto też słyszało się język polski. Nie było też tak dużo polskich sklepów, a żeby skorzystać z internetu, większość z nas musiała się udać do biblioteki. Pamiętam też, że do rodziców dzwoniłam tylko w weekendy, bo wtedy mieliśmy darmowe minuty do Polski. Było inaczej, ale też prościej, bo człowiek wiele nie oczekiwał. Nie było też większych zobowiązań, kredytów. Praca raz była, raz nie, ale jakoś nikt się tym specjalnie nie przejmował. Żyliśmy z dnia na dzień, niespecjalnie myśląc o tym, co będzie za tydzień, czy dwa. Kiedy kogoś zwolniono z pracy, to poszedł do innej agencji i na drugi dzień pracował już w innym miejscu. Największym problemem była chyba słaba znajomość języka, więc do agencji pracy chodziliśmy zazwyczaj grupami. Na pierwszy ogień szedł ten, kto język znał najlepiej. Reszta po cichu liczyła na to, że nikt im nie zada trudnego pytania. Pamiętam też, że od czasu do czasu w fabryce, w której pakowałam owoce, „wyłapywano” kilka osób i sprawdzano ich znajomość angielskiego. Wyobraź sobie, że stoisz na środku wielkiej hali i dukasz coś w obcym języku, modląc się w duchu, żeby nie wywalono cię z pracy. To wspomnienie wywołuje u mnie teraz mieszane uczucia, bo z jednej strony każdy ten język powinien chociaż trochę znać, a z drugiej strony rodził się w nas taki bunt i refleksja, że w Polsce przez coś takiego byśmy nie musieli przechodzić.

Obraz
© Archiwum prywatne

*Tęskniłaś za domem? *
Jasne, to była taka mieszanka ekscytacji, tego co nowe ze strachem i ogromną tęsknotą za rodziną i krajem. Do tego nauka języka, wyczuwanie gruntu, poznawanie nowej kultury. Pierwsze przyjaźnie, które przetrwały do dziś, życie od soboty do soboty, rozmowy o Polsce. Najbardziej uświadomiłam to sobie, kiedy zmęczona wracałam w nocy z restauracji i dostałam SMS-a, że właśnie urodził się mój pierwszy chrześniak. Szłam ulicą i płakałam.

Czym się zajmowałaś w Anglii?
Różnymi rzeczami, naprawdę. I wbrew pozorom lubię do tych wspomnień wracać, bo chociaż praca bywała naprawdę ciężka, to jednak człowiek jakby mniej do szczęścia potrzebował. Nigdy nie wstydziłam się przyznać do tego, jak zaczynałam. Przyjechałam na Wyspy do znajomych, którzy bardzo mi pomogli. Zapewnili wikt i opierunek, załatwili pracę i prowadzili za rączkę. W niedzielę przyjechałam, a w poniedziałek rano stałam już przed szefem kuchni we włoskiej restauracji. Na jego pytanie, czy mówię po angielsku, odpowiedziałam: "A little bit". W rzeczywistości mój angielski był na żenującym poziomie.

Praca była na kilka godzin dziennie, podczas których próbowałam sklecić zdania po angielsku. Wśród nich były takie perełki, jak: "I search new flat" albo: "I want see Big Ben". Skąd mi wtedy Big Ben przyszedł do głowy ciężko powiedzieć, ale najwyraźniej już wtedy łapałam, że w tym kraju nie znosi się ciszy i lepiej gadać bzdury niż milczeć. Oprócz zmywania garów, byłam też dziewczyną do pomocy, czyli: przynieś, podaj, pozamiataj. Inna sprawa, że nie zawsze rozumiałam, co miałam przynieść. Po restauracji była pakowalnia owoców - bardzo nudne zajęcie. Osiem godzin w jednej pozycji, zimno i niekończące się pomarańcze. Po drodze zahaczyłam jeszcze o palarnię zdjęć rentgenowskich, produkcję alarmów przeciwpożarowych i pakowanie kosmetyków. Obecnie pracuję dla międzynarodowej korporacji jako project manager, a w wolnym czasie tworzę polskie radio na Wyspach, piszę felietony dla polskiego magazynu i prowadzę bloga.

Wszystkim dziewczynom, które przepytywałam już w cyklu, zadawałam pytanie o to, co najbardziej zdziwiło ich w tym "nowym kraju". To co zaskoczyło ciebie na Wyspach?
To, że nie ma wiecznej mgły, było takim pierwszym i trochę śmiesznym zaskoczeniem. No i to wcale nie jest tak, że Anglia jest ciągle w deszczu. I ludzie byli mili. Kolejnym zaskoczeniem było spotkanie wielu kultur. Nie oszukujmy się, nie pochodzę z metropolii, a i sama Polska nie była wtedy państwem o wielu kulturach. Dlatego obecność ludzi z części świata zupełnie mnie odurzyła. Chłonęłam informacje jak gąbka, wypytując o wszystko. Przy wybieraniu owoców, których liczba była niemal nieskończona, na przerwach na herbatę, albo na spotkaniach przy piwie uczyłam się bollywodzkiego tańca. Krany na ciepłą i zimną wodę. Wszechobecne zasady BHP. Na wszystko trzeba mieć trening. Nożyczki? Dostaniesz, owszem, ale najpierw musisz papiery podpisać, że wiesz, jak się nimi posługiwać. I gdybyś się skaleczyła, to rabanu nie podniesiesz, tylko bierzesz na siebie odpowiedzialność. A potem stos papierów podpisać trzeba. Jak już plaster naklejony to jeszcze kilka razy pytanie padnie, czy dobrze się czujesz, czy do domu pójść nie chcesz przypadkiem. Cały czas o skaleczeniu mówię, żeby wątpliwości nie było. I człowiek powoli się przyzwyczaja.

Na twoim blogu znalazłam taki cytat: "Czy emigracja jest kobietą? Jeśli tak, to jaką? Kowalką własnego losu? Żoną przy mężu? Opiekunką? Ofiarą? Matką Polką na odległość?". Jak ty byś odpowiedziała na te pytania?
Wyobraź sobie, że nagle wysiadasz w świecie, którego nie znasz, do którego nie jesteś przyzwyczajona. Nie znasz języka, zwyczajów, kultury. Miejsce, w którym nagle wylądowałaś, jest jak czysta kartka, którą zapełnisz swoimi doświadczeniami. Nie wiesz, kogo przyjdzie ci spotkać, ani z kim właśnie pożegnałaś się na zawsze. Dlatego właśnie emigracja to słodko-gorzkie doświadczenie. Zazdroszczę ludziom, którzy potrafią powiedzieć, że zostają tu na zawsze, że się przyzwyczaili, a w Polsce brak pracy, więc i wracać nie ma po co. A potem jadę do tej Polski, widzę znajomych, rodzinę, przyjaciół. Ludzie się wspierają, dziadkowie na wyciągnięcie ręki. Ludzie chwile kolekcjonują. Nie funty.
Emigrant nie ma lekko. Emigrantka też nie. Kiedy patrzę na kobiety emigrantki, widzę strażniczki domowego ogniska, czekające na swoich mężów z ciepłym obiadem. Tak rzadko innym niż polski. Ale widzę też takie kobiety, które pędzą na oślep, rzucają się w wir pracy. Emigracja jest kobietą. Silną. Nierzadko dźwigającą na plecach ciężar, o którym nie mówi.

A Matką Polką byś się nazwała czy raczej Matką Brytyjką?
Trudno mi siebie samą ocenić i jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno mam dużo polskich wartości, które chciałabym przekazać mojej córce i którymi często się kieruję. Szanuję też polskie tradycje, ale nie bronię się ani przed tymi brytyjskimi ani przed słowackimi. Czasem śmiejemy się w domu, że tworzymy rodzinę wielonarodowościową, bo każdy z nas ma inny paszport. Ale czerpiemy też z trzech różnych kultur i myślę, że to jest fajne.

Nie myślałaś o tym, by wrócić do Polski i tu zamieszkać już na stałe z rodziną?
Myślę o tym zawsze wtedy, kiedy wsiadam do samolotu lecącego do Londynu. Mówi się, że do pięciu lat na emigracji, powinniśmy podjąć decyzję o tym, co dalej. I ja tej decyzji długo podjąć nie potrafiłam. Myślę, że wiłam się między jednym a drugim. Między tęsknotą za tym, co zostawiłam w Polsce, a wygodnym życiem na Wyspach. Wracałam z różnych miejsc i ciągle nie czułam, że tu jest mój dom. Zawsze uparcie mówiłam, że dom jest w Polsce. Zawsze. Ale pogodziłam się z tym, że już zawsze będę myślała, że wakacje w Polsce trwają zbyt krótko. Zawsze będę tęskniła, przy pożegnaniach już zawsze będę płakała. Chciałabym wierzyć, że wybrałam swoją drogę i pogodziłam się ze wszystkimi konsekwencjami. Ale nigdy nie przestałam za Polską tęsknić. Jestem przekonana, że skoro raz potrafiłam spakować walizkę i wyjechać w nieznane, to wyjazd do Polski nie powinien być trudny.

Obraz
© Archiwum prywatne

A jak z dystansu wygląda dziś Polska?
Mam czasem wrażenie, że z moją Polską jest trochę tak jak z pierwszą miłością. Wiesz, różowe okulary. Nie widzę wad, a jeśli już się gdzieś jakieś się pojawiają, to szybko je ignoruję i nie zwracam na nie uwagi. Polska to dla mnie przede wszystkim coś najcenniejszego - rodzina. To przyjaciele, z którymi, mimo upływu lat, ciągle się widuję i mamy sobie wiele do powiedzenia. To mój ojczysty język, który uwielbiam. To świadomość, której nikt nie może mi odebrać. Świadomość bycia u siebie, chociaż po tylu latach w innym kraju to wcale nie musi być takie oczywiste. Mam ogromny sentyment do Polski. Lubię tam każdą porę roku, piękne, rodzinne święta i to, że Polacy nie zamykają się w swoich czterech ścianach. Że ludzie chcą sobie pomagać, że nie umawiają się na głupią kawę miesiąc z wyprzedzeniem, i że życie płynie jakoś spokojniej. Gdybym mogła tak sobie połączyć te moje dwa światy, byłabym najszczęśliwszą kobietą na świecie.

*Publikowaliśmy ostatnio wspomnienia jednej z Polek, która jako nastolatka wyjechała do Liverpoolu do pracy. Opowiadała, że pierwszą zasadą, jaką przekazali jej znajomi na miejscu, było „trzymaj się z dala od Polaków”, że Polacy Polaków na Wyspach nie lubią. Jak to wygląda z twojej perspektywy? O Polonii w Wielkiej Brytanii narosło już mnóstwo stereotypów. *
Mówi się też, że jeśli Polak na emigracji ci nie zaszkodził, to już ci pomógł. Mnie osobiście nigdy nie spotkała jakaś większa krzywda ze strony rodaka, a nawet jeśli, to chyba o tym zapomniałam. Życie emigranta bywa ciężkie, szczególnie na początku. Trzeba się więcej starać, uczyć języka i przede wszystkim pogodzić z faktem, że skoro już zdecydowaliśmy się na wyjazd, to musimy ten kraj brać takim, jaki jest.
O Polakach nie zawsze mówi się dobrze. W opinii niektórych nacji jesteśmy narodem, który lubi oszukiwać, narzekać, a część z nas podobno nie miałaby problemu, żeby wbić swojemu rodakowi nóż w plecy. Powiedziano mi kiedyś, że jako naród potrafimy być bardzo zamknięci na inne kultury, i że jesteśmy (niestety) rasistami. W tym ostatnim stwierdzeniu jest trochę prawdy, bo nie raz będąc już tutaj, spotkałam się z dosyć jednoznacznym podejściem Polaków do obcokrajowców, zwłaszcza do tych o innym kolorze skóry. Martwi to tym bardziej, że na Wyspach jesteśmy, tak jak inne nacje, tylko gośćmi. Zresztą, ocenianie kogoś przez wzgląd na kolor skóry jest słabe. Sama więc widzisz, że opinie o naszych rodakach krążą różne. Mam wśród przyjaciół Polaków i wiem, że mogłabym zadzwonić do nich w środku nocy, gdyby zaistniała taka potrzeba. I jestem bardziej niż pewna, że by odebrali. Z drugiej strony znam ludzi, którzy głośno mówią, że to od Polaków dostali najwięcej wsparcia i pomocy w trudnych chwilach. Polacy mają też niewątpliwie opinię bardzo dobrych fachowców. Kilku moich znajomych zatrudnia Polaków do remontów i zgodnie twierdzą, że nie ma lepszego fachowca od Polaka. Mówią, że Polak jest konkretny i jak ma coś zrobić, to zrobi to szybko i dokładnie bez dziesięciu przerw na herbatę, jak to podobno robią Anglicy.

Obraz
© Archiwum prywatne

Lubisz Brytyjczyków?
Lubię za ich specyficzne poczucie humoru i sarkazm. Wielu rzeczy nie powiedzą wprost, bo uważają, że mówienie prawdy w oczy może zranić drugiego człowieka. Za to jeśli chodzi o sarkazm, ich granice znacznie się przesuwają. Można to akceptować albo i nie, ale zrozumienie tego może nam znacznie ułatwić obcowanie z tym narodem. Poza tym - są grzeczni. I wiem, że wielu ludzi teraz mogłoby mi zarzucić, że ta ich uprzejmość jest sztuczna, ale ja powiedziałabym, że jest po prostu wyuczona. I wolę taką niż wieczne niezadowolenie.

Jak z twojej perspektywy wygląda sytuacja Polaków po ogłoszeniu Brexitu?
Tak się złożyło, że kiedy Brytyjczycy głosowali, ja byłam na wakacjach Polsce. Wielu moich znajomych nie wierzyło, że do Brexitu w ogóle dojdzie, więc siłą rzeczy nikt z nas się tym nie przejmował. Dopiero jak usłyszeliśmy wyniki i Brexit stał się nagle bardzo realny, zaczęłam się zastanawiać nad tym, co będzie dalej. Kilka dni po referendum wsiedliśmy do samolotu do Londynu i... nic się nie zmieniło. Wszystko odbywało się tak jak wcześniej. Nikt nie pytał skąd i po co przyleciałam ani na jak długo. Myślę, że zmiany, jakie będą zachodzić po Brexicie, są póki co tylko w naszej świadomości. Wszystkie obawy związane z wyjściem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, ewentualne konsekwencje tej decyzji, jeszcze w ten kraj nie uderzyły. Ja wierzę i może zakrawa to na naiwność, że każdy, kto uczciwie pracuje i żyje, nie powinien się niczego obawiać. A jak jest naprawdę? Oczywiście, że wielu z nas się boi. Nie sądzę, żeby nagle 800 tys. Polaków zaczęło pakować swoje walizki i masowo wracać do Polski, ale wielu na pewno zastanawia się nad swoją przyszłością na Wyspach. Niektórzy boją się, że będą zmuszeni do powrotu do Polski, a przecież do Anglii przyjechali po lepsze życie. Inni zarzekają się, że w takiej sytuacji będą się starać o brytyjskie obywatelstwo. Jeszcze inni boją się, że nasilą się ataki na tle rasowym. Ja uważam, że takie ataki zdarzały się już dawno - niestety ich prowodyrzy stali się odważniejsi. I to jest chyba moja największa obawa. Nikt nie chce się czuć jak obywatel drugiej kategorii.