Po co szkole pandemia? Po to, żeby na ruinach budować na nowo

Po co szkole pandemia? Po to, żeby na ruinach budować na nowo

Dla polskiej szkoły koronawirus może być szansą. Szansą na rewolucję
Dla polskiej szkoły koronawirus może być szansą. Szansą na rewolucję
Źródło zdjęć: © Pexels | Arthur Krijgsman
Aleksandra Kisiel
09.09.2020 13:58

Czy koronawirus to najgorsze, co przydarzyło się w polskiej edukacji od lat? A może to szansa, żeby zrobić podróż w czasie z XIX wieku wprost do roku 2020? Zdaniem Daniela Kowalczyka, ojca uczennic szkoły podstawowej, potencjału, jaki dała pandemia, nie można zmarnować.

Daniel Kowalczyk jest ojcem dwójki dzieci – starsza córka chodzi do trzeciej klasy, młodsza właśnie zaczęła podstawówkę. Od marca ze zdumieniem przyglądał się sytuacji w polskich szkołach i próbował dostrzec pozytywne aspekty pandemii w systemie edukacji. Znalazł je, choć przypuszcza, że rewolucja, na jaką zasługują polscy uczniowie i nauczyciele, raczej nie nadejdzie. Mimo to chętnie udziela się w mediach społecznościowych w grupach zrzeszających rodziców uczniów.

Nasza rozmowa zaczęła się od informacji o planowanym skróceniu zajęć lekcyjnych do 30 minut. To rozwiązanie, które minister Dariusz Piontkowski dopuszcza w przypadku nauczania zdalnego. Wydał rozporządzenie, które pozwala nauczycielom na skrócenie lub wydłużenie czasu trwania zajęć prowadzonych online. Mogą trwać minimum 30 minut, a maksymalnie – 60. Nasza rozmowa szybko przeszła od szczegółu do ogółu, bo skończyła się na wizji nowej szkoły postawionej na zgliszczach starego systemu.

Dlaczego uważa pan, że skrócenie lekcji do 30 minut lub wydłużenie ich do godziny, co będzie możliwe w przypadku nauczania zdalnego, ma sens? 

Daniel Kowalczyk: Patrzę na moją 7-letnią córkę, która w ubiegłym roku przez cały drugi semestr "zerówki" uczyła się zdalnie. Miała fantastyczną nauczycielkę, która bardzo starała się, aby te pół roku nie poszło na marne. Była bardzo ambitna, chciała, aby dzieci łączyły się z nią na 1,5 godziny codziennie. Ale szybko okazało się, że dla tych maluchów to po prostu za długo. One nawet podczas ukochanej "Krainy lodu" kręcą się, robią przerwę na toaletę i zaczynają bawić się LOL-sami (zabawkowymi figurkami – przyp.red). A co dopiero w czasie "lekcji"? 

Jednak przyzwyczailiśmy się już do systemu, w którym lekcje trwają 45 minut. Mimo kolejnych reform, na tym polu nic się nie zmienia.

Uważam, że to arbitralne założenie, że lekcja ma trwać 45 minut, jest jednym z tych koszmarnych reliktów, których już dawno być nie powinno. Wiemy przecież, jak rozwija się mózg człowieka, wiemy, jak długo jest w stanie skupić uwagę. Wiemy też, że w Skandynawii, którą tak lubimy stawiać za wzór w sprawach nauczania, już dawno odeszło się od sztywnych podziałów i arbitralnych założeń. Że to nauczyciel ma największy wpływ na edukację dzieci, a nie minister edukacji. 

Dlaczego więc ta wiedza, którą mają i w Polsce, i w Finlandii, nie znajduje odzwierciedlenia w sposobie organizacji edukacji nad Wisłą? Czy to wynika z przekonania, że nauczyciel jest narzędziem do wypełniania kolejnych poleceń? Czy z tego, że jak się da nauczycielom więcej swobody, to nie zrealizują podstawy programowej – największej, obok egzaminów, świętości w polskiej szkole?

Egzaminy wciąż są największą świętością?

Słuchałem wypowiedzi ministra edukacji i premiera, który w obliczu tego, co się działo w szkołach, nie mówił o dzieciakach, które wypadły z systemu edukacji. Nie mówił o uczniach, którzy stracili szansę na zjedzenie ciepłego posiłku, jedynego w ciągu dnia, nie mówił o ofiarach przemocy domowej, które w szkole znajdowały bezpiecznie schronienie, nie mówił nawet o zaprzepaszczonych szansach edukacyjnych czy braku kompetencji cyfrowych, tylko mówił o tym, że najważniejsze, że matury się odbędą! Dla mnie celem edukacji nie jest przeprowadzenie egzaminów. Dla ministra Piontkowskiego – chyba jest. 

Patrzyłem na ten chaos w polskiej szkole, który był w niej już od dawna, ale od marca tylko się pogłębił i myślałem, że to paranoja, iż potrzeba było globalnej epidemii, żeby cokolwiek w tej szkole zmienić. Choćby kwestię długości lekcji czy możliwości nauczania przez internet. Wbrew twierdzeniom ministra nie wszyscy nauczyciele sobie poradzili. Nauczycielka mojej starszej córki miała ogromne problemy.

Jakie?

Jej kompetencje cyfrowe były ubogie, nie radziła sobie z obsługą Zooma czy innych programów do wideokonferencji. Przytłoczyła ją liczba maili. Dała sobie jednak czas na naukę i dość szybko "ogarnęła" podstawy. Ja nie mam pretensji, że miała jakieś braki. Każdy z nas je ma. Ale myślę sobie, że ta sytuacja powinna dać nauczycielom do myślenia. Skoro oni musieli zrobić coś, czego nie umieli, byli wobec siebie wyrozumiali i szukali rozwiązań, to może taka sama wyrozumiałość należy się 9-latkowi, który nie odróżnia czasownika od rzeczownika? Bo to jest nowa wiedza i musi ją przyswoić? 

Obstawiam, że nauczycielce mojej córki ktoś pomógł zdobyć wiedzę i umiejętności związane z obsługą komputera. Ale przecież nie w każdym domu jest taka osoba. To, że polska szkoła, zamiast budować kompetencje cyfrowe dzieci, za ważniejsze uważa wprowadzanie zakazu korzystania z telefonów komórkowych, to kolejna bzdura. Dzieciaki będą miały te komórki, a szkoła powinna je nauczyć, jak z nich korzystać dobrze, jak filtrować informacje, jak odróżniać fakty od fake newsów, jak rozpoznać, co jest reportażem, a co reklamą! 

Od dawna mówi się, że polska edukacja potrzebuje rewolucji.

Wielu ekspertów od edukacji tak twierdzi. Zrównanie wszystkiego z ziemią i zbudowanie od nowa. No to teraz mam wrażenie, że jesteśmy na etapie równania z ziemią. Tylko szczerze się obawiam, że jak za budowanie zabierze się minister Piontkowski, to nie powstanie nic.

Oczywiście nie jestem ekspertem, ale mam wrażenie, że problemem nie jest brak wiedzy, bo to mamy. Mamy ekspertów od edukacji, mamy pedagogów, mamy managerów. Teraz byłby dobry moment, żeby robić badania na dużą skalę, sprawdzać, co w pandemii faktycznie zadziałało, a co nie. Zobaczyć, jak się ma sytuacja w innych krajach. I potem na podstawie tych badań, które potrwają rok czy dwa, stworzyć politykę edukacyjną.

No i tu się zaczyna problem. Bo politycy albo nie wiedzą, jak taką politykę stworzyć, albo jej stworzyć nie chcą. Wystarczy spojrzeć na "reformę" edukacji, która wróciła do starego podziału na szkołę podstawową i liceum. Czy to coś faktycznie zmieniło w sposobie nauczania? Poza tym, że są teraz tylko dwa święte egzaminy: ósmoklasisty i matura? No nie. Cała reszta jest po staremu. Dlatego tak bardzo liczę, że z chaosu, jaki teraz panuje, wyłoni się nowy porządek, a nie tylko stary porządek pod nową nazwą.

Jak miałby wyglądać ten "nowy porządek"?

No to jest pytanie, na które ja na pewno nie jestem w stanie odpowiedzieć. Ale powiem, że gdyby było bliżej do szkoły, która promuje samodzielność, która daje narzędzia do obsługi świata, a nie wiedzę, kiedy zaczęła się wojna stuletnia, byłoby dobrze. Gdyby nauczyciel miał większą autonomię, a podstawa programowa była tylko drogowskazem, a nie żelaznym prawem, też byłoby lepiej. Bo może to by sprawiło, że skończyłby się wyścig o miejsce w "najlepszych" szkołach, bo wszystkie byłyby tak samo dobre, jak w Finlandii, o której już wspominałem.

Źródło artykułu:WP Kobieta