Dzień moich trzydziestych urodzin. Pierwsze miesiące w Warszawie. Ponura data. Przed Teatrem Dramatycznym spotkałam Jerzego Satanowskiego, o mało się nie rozryczałam przed nim. Wszystko było nie tak. Mieszkałam sama w wynajętym pokoju, w mieście, w którym czułam się obco: jak mrówka, nad którą wisi wielki bucior. W Poznaniu był mój mąż, przyjaciele i dom, w Warszawie czułam się samotna. W Szczecinie i w Poznaniu po spektaklach chodziliśmy razem na obiady, kolacje, imprezy, rozmawialiśmy godzinami, teatr mieszkał w naszych domach, a nasze domy nie czuły się obco w teatrze. W Warszawie, po próbie, wszyscy natychmiast uciekali na plan zdjęciowy, do telewizji, do radia. Przez jakieś trzy lata nie opuszczała mnie pewność, że wrócę do Poznania. I do tego byłam taka stara, skończyłam już 30 lat! Jurek Satanowski powiedział: „Czyś ty oszalała? Wszystko, co najpiękniejsze jeszcze przed tobą”. I słowo ciałem się stało. Gdy urodziłam pierwszą córkę, Paulinkę, i przenieśliśmy dom do Warszawy, poczułam, że powoli
zaczynam zapuszczać korzenie. Dziś mogę powiedzieć, że mam tutaj swoje miejsce na świecie – dom rodzinny moich dzieci, swoje ścieżki, przyjaciół, swój teatr. Oswoiłam miejsce.