Blisko ludziMarian Dziędziel. Bo gębę trzeba mieć jakąś

Marian Dziędziel. Bo gębę trzeba mieć jakąś

Marian Dziędziel. Bo gębę trzeba mieć jakąś
Źródło zdjęć: © Eastnews

03.02.2016 10:51, aktual.: 03.02.2016 13:18

„Cieszę, że jestem Polakiem ze śląskiej wsi” – mówi o sobie Marian Dziędziel. Uparty, ambitny, wybitny. W życiu miał wielu mistrzów, ale najważniejszy był jego tata. Dlaczego tylko dwa razy w życiu zjechał pod ziemię? Po co smarował ręce cebulą? I co to jest pacha słonia?

„Cieszę, że jestem Polakiem ze śląskiej wsi” – mówi o sobie Marian Dziędziel. Uparty, ambitny, wybitny. W życiu miał wielu mistrzów, ale najważniejszy był jego tata. Dlaczego tylko dwa razy w życiu zjechał pod ziemię? Po co smarował ręce cebulą? I co to jest pacha słonia?

Czuję, że mamy mało czasu…
Dlaczego? Ja mam wystarczająco dużo czasu.

To dobrze, bo zamierzałam już zaproponować panu, żebyśmy mówili szybciej – jak pan przed laty w „Weselu” w reżyserii Lidii Zamków. Pamięta pan?

Pani wtedy na świecie nie było... To zdarzenie z Teatru Słowackiego, z początków mojej kariery. Górnik Zabrze grał wtedy o wejście do finału Pucharu Europy. A my akurat „Wesele”. Wielu z nas było kibicami, więc ktoś nagle stwierdził, że zdążymy na mecz, jeśli będziemy grać szybciej. Było więc błyskawicznie. Gdy pani reżyser przyszła na ostatnie pół godziny spektaklu, okazało się, że po nas już na scenie ani widu, ani słychu...

Kto wtedy wygrał?

Nie wiem, chyba Górnik. Wiem, że przegraliśmy wtedy my, aktorzy. I, oczywiście, widzowie, którzy nie zobaczyli spektaklu w pełnym kształcie artystycznym.

Wygrała wtedy AS Roma.

Skąd pani wie? Czytała pani jakiś wywiad ze mną?

Tak.

To po co ta rozmowa, weźmie pani jakieś fragmenty ze starych wywiadów, poskleja, pospisuje, ja to poautoryzuję i będzie dobrze.

Po dwóch latach prób umówienia się z panem? Przenigdy!

[Śmiech]... I widzi pani, jak jest fajnie? Udało się w końcu spotkać. Może nawet lepiej, kiedy coś jest do pokonania i trzeba włożyć jakiś wysiłek? Być może to dobrze, że nie wszystko da się przewidzieć, że raz pada zimny deszcz, a raz o szóstej rano budzi człowieka słońce albo trznadel zaśpiewa za oknem. I tak w kółko. Życie jest piękne, Boże słodki, prawda?

Ale zaraz, niedawno mówił pan, jak kiedyś Wyspiański, że mieszka w smutnym kraju nad Wisłą...

Widzi pani... Grałem w trzech inscenizacjach „Wesela” Wyspiańskiego i uważam, że to ciągle sztuka o nas, Polakach, właśnie o tym smutnym kraju nad Wisłą. Wyspiański okazał się nieśmiertelny – nazwał po imieniu nasze chroniczne choroby.

Panu co jest najtrudniej wybaczać innym?

Nie mam problemu z wybaczaniem. Wiem jednak, że to nie jest takie proste, więc daję sobie czas na uspokojenie siebie i refleksję, ale jeśli widzę, że to, co się stało, sprawia komuś frajdę, na pewno nie dam oprawcy więcej satysfakcji, że ja to w ogóle będę przeżywał. Poza tym? To i tak mija wedle zasady, że los sam prędzej czy później doświadczy tego, który krzywdzi, więc nie ma we mnie woli zemsty.

A sobie samemu łatwiej wybaczać czy trudniej?

Sobie wybaczyć najtrudniej, bo najpierw trzeba przyznać się do winy. Ale gdy prędzej czy później spada na mnie jakaś kara, zawsze myślę sobie: „No, widzisz”, bo się jej od życia po prostu spodziewałem.

Miał pan albo nadal ma życiowych mistrzów?

Kiedyś był to mój tata. Silny, małomówny, konkretny. Ukształtował mnie. Zawsze mówił, jakie jest jego zdanie, ale dodawał: „Rób, co chcesz”, i umiał wybaczać błędy. Wiedział, że prędzej czy później pójdę po rozum do głowy, i mogłem na niego liczyć. W zawodzie natomiast mam wielu mistrzów, od których się uczę i których podziwiam.

Sądzi pan, że gdyby nie umiejętności wyniesione przez pana ze wsi, jak np. koszenie zboża, dostałby pan rolę w „Grach ulicznych” Krzysztofa Krauzego?

O to nigdy go nie zapytałem i już nie zapytam, ale tak po cichu myślę sobie, że chyba tak. On mi jakoś od początku zaufał. A gdy padło pytanie, czy umiem kosić, mogłem się już tylko cieszyć, bo ja, chłopak ze wsi, musiałem to potrafić.

Krowę też pan doił?

Wszystko robiłem. Zbierałem kurze jajka, pokrzywy dla kaczek i koniczynę dla królików, ale jeśli mogę być szczery, to dojenie krów szło mi najgorzej. Robiłem to tylko wtedy, gdy żadna z ciotek akurat nie mogła przyjść. Bo dojenie to jedna z najtrudniejszych rzeczy w życiu [śmiech], ale jak się człowiek uprze...

Jest pan dumny, że jest chłopakiem ze śląskiej wsi?

Tak, proszę pani, ja naprawdę się cieszę, że jestem Polakiem ze śląskiej wsi, wychowanym w pewnych rygorach i zasadach. Tam codzienne wyjście mojego ojca do kopalni było świadomością możliwości, że on może już nigdy nie wrócić. Pod ziemią śmierć czyha za każdym węgłem, bo może dać o sobie znać poprzez opadające skały, tąpnięcia, wybuchy. Dwa razy w życiu zjechałem pod ziemię. Raz wycieczkowo, bardziej jak do muzeum. A za drugim razem było to szczegółowe pokazanie mi kopalni przy pełnym wydobyciu. Te kombajny na pełnych obrotach, te dziwne maszyny, ciemność. Szok. To było przerażające. Nie daj, Panie Boże, żebym musiał tam pracować. Drugie więc, co wyniosłem z domu, to edukacja – dzieci miały się uczyć, by kiedyś mieć lepsze, mniej niebezpieczne życie od swoich ojców. Ważny był także szacunek dla rodziny, a szczególnie dla matki, która trzymała wszystko w garści. Do tego takie zasady, że np. do taty nie mówiło się per „kolega”, tylko „wy”, czyli nie: „Tato, przyjdziesz”, ale: „Tato, przyjdziecie”, choć akurat
mój tego nie lubił.

Tata przylać potrafili?

No, a jak? Ojciec nie musiał tego robić, ale musiał umieć. To nie polegało na egzekucji, w użyciu nie był żaden przysłowiowy taboret, żadne tam: „Kładź się, bo będę bił”. Ale, niech mi pani wierzy, że pasek to mój tata umiał wyjąć w mig, tylko że ja najczęściej byłem szybszy i dawałem nogę. A on pewnie patrzył na to pobłażliwie… Byłem też pyskaty i dożarty, jeśli coś mi nie pasowało. Pamiętam, że gdy dziadek wyrzucił mnie od stołu, bo za dużo gadałem, następowało pukanie w okno, przeszkadzanie, szarpanie za klamkę. Robiłem to na złość. I za takie rzeczy od taty na pewno bym dostał, a dziadkowe mnie kryli. Skutek? Przestałem to robić. To taki paradoks, że kara niekiedy przynosi odwrotny efekt, a czujna akceptacja prowadzi do dobrego. Na wszystko zresztą są sposoby. W szkole dostawaliśmy linijką po łapach. Smarowało się je więc cebulą, a po niej ręce tak nam puchły, że przestraszony belfer przestawał w końcu bić. Ale i tak wiedział, że smarujemy ręce cebulą… Bywało też, że za karę klęczeliśmy z rękami do góry,
ale i tu byliśmy wytrenowani i na zajęcia zakładaliśmy nakolanniki. A w nich? Można było sobie klęczeć nawet dwie godziny, czyli kończyło się tak, że belfer sobie gadał, a za tablicą, gdzie klęczeliśmy, działo się równoległe bujne życie. Albo za karę wyrzucał nas do kościoła, do którego nigdy nie dochodziliśmy, bo szliśmy na cukierki kanoldy, ewentualnie jakieś czekoladki. Nie mieliśmy jednak niczego za złe temu belfrowi, bo wiedzieliśmy, że to wszystko było konsekwencją jego traumatycznych przeżyć z czasów okupacji… To takie anegdoty, sporadyczne wydarzenia, natomiast nauczycielami byli znakomitymi.

Usprawiedliwianie innych idzie panu nieźle. W kinie nie grywa pan jasnych postaci, ale zawsze usiłuje im pan znaleźć alibi. Czy to oznacza, że w każdym dewiancie znalazłby pan coś dobrego?

Człowieka szukam zawsze. W niektórych sytuacjach trudno jest moich postaci bronić, ale choć prywatnie mogę mieć zupełnie inny do tego stosunek, ochrona bohatera, w którego się wcielam, to w pewnym sensie mój zawodowy obowiązek. Dostaję postać do obróbki, do wczytania się w nią, do głębokiego wejścia w jej psychikę i muszę znaleźć to, co zostało w niej kiedyś zatarte, punkt, w którym stała się krzywda, miejsce, gdzie owa postać wypadła z normalnego obiegu i stała się kimś zupełnie innym niż wcześniej. Wojnar z „Wesela” to przecież sympatyczny gość, bez niezdrowych intencji, a że przy okazji głupi, to już inna sprawa. Popełnione przez niego błędy generują następne, ale przecież on nie chciał źle. A Dziabas z „Domu złego” to zwykły człowiek, który stracił żonę i został sam z synem, dla którego chciał jak najlepiej.

Podobnie niejednoznaczny jest ojciec Marty i Kasi w „Moich córkach krowach”. Despota, który nagle potrzebuje troski córek. Czego w nim najbardziej trzeba było bronić?

Czy despota? Może tylko chory człowiek z trudnym charakterem? Ale jednocześnie jest także bardzo rodzinny, silnie związany z żoną, a na gruncie zawodowym, jako architekt, odpowiedzialny i profesjonalny do momentu, kiedy zaczyna się ujawniać jego choroba. Było się więc od czego odbijać i na czym budować obronę.

Czuje pan, że go pan wybronił?

W obliczu tak wielkiej tragedii związanej z jego żoną i stanem jego własnego zdrowia nie był to wielki problem. Największym wyzwaniem było dotarcie do procesu, jaki zachodzi w człowieku, którego dotyka taki rodzaj choroby, ale w tym bardzo pomogła mi wspaniała i twórcza atmosfera panująca na planie, pełne informacje, które otrzymałem od reżyserki Kingi Dębskiej oraz od chirurga, neurologa i psychiatry. A czy ostatecznie udało mi się zagrać tak, jak bohater na to zasługuje? To już widzowie ocenią, bo czasem białe jest czarne, a czarne białe. Ja jako aktor mam obowiązek jednak szukać, dociekać.

Wracając do naszego dewianta w realnym życiu...

Gdyby ktoś skrzywdził kogoś bardzo mi bliskiego, to nawet nie chcę myśleć.

Myśli pan, że są na świecie ludzie, którym należałaby się kara śmierci?

Jeżeli pani używa sformułowania „należała”, to tak… Wolałbym jednak, żeby wszyscy zbrodniarze z tym złem, co zrobili, musieli dalej żyć. Myślę, że są zboczeńcy niepodatni na resocjalizację, ale nawet ten najgorszy też ma jakieś sumienie, które w pewnym momencie życia go zaboli. I niech boli mocno, jak najmocniej, bo może chociaż tuż przed śmiercią przez ułamek sekundy szczerze i autentycznie pożałuje tego, co zrobił. I uważam, że taka szansa na rachunek sumienia mu się należy, a kara śmierci by mu tę szansę odebrała, dlatego jestem takim karom przeciwny.

Panie Marianku – mogę tak mówić jak niektórzy? – dlaczego miał pan zamiar pójść do seminarium?

Najczęściej mówią „Maryś”, tak jak mówiła do mnie babcia... Do seminarium wybierałem się na wszelki wypadek, ze strachu przed tym, co powiem, jeśli nie dostanę się do szkoły teatralnej. Wyobraża sobie pani, że po niezdanych egzaminach wracam do Gołkowic, żeby być tam niedoszłym aktorem? A w życiu! Jeszcze by na mnie wiejski Al Pacino wołali albo Jim Kukiełka. A potem jakaś kobieta miałaby wyjść za takiego niezrealizowanego kowboja? Niemożliwe. Poza tym ja aktorstwo kocham, tę widownię, to czucie, że ona tam naprawdę jest, że reaguje, oddaje emocje. Poza tym praca nad rolą, z dobrym reżyserem, analiza tekstów, liczba kombinacji zinterpretowania postaci, a do tego poznawanie siebie, bo zawsze postać buduje się poprzez siebie – to jest fascynujące w każdym calu. Aktorstwo uprawiam więc z całym oddaniem i całym wariactwem, na jakie mnie stać. A jeśli dostaję dobrą rolę, a ostatnio takie bywają, jestem bardziej niż szczęśliwy.

A taka wyśniona rola?

Gdy dawno temu robiono spektakl „Mazepa”, myślałem, że zagram tytułową rolę. Albo Zbigniewa chociaż. Nie zagrałem ani jednego, ani drugiego, a potem już tego przedstawienia nie robiono ani razu. A teraz kogo mógłbym tam zagrać?! Marzenia więc? Niech zostaną moją tajemnicą.

Dlaczego kiedyś chciał pan sobie zrobić bliznę na twarzy?

Nie posiadałem ani jednej zmarszczki, byłem gładki, nijaki. Żaden. „Charakter diabła, a twarz jak dupa niemowlęcia. Nic na niej nie ma” – usłyszałem od jednego z reżyserów, kiedy przyszedłem do teatru i wpadłem w popłoch, że nie będzie mnie obsadzał.

Nie wiem, czy to pana pocieszy, ale Tadeusz Łomnicki powiedział kiedyś Andrzejowi Chyrze: „Ty masz twarz jak kozia dupa”.

Dziwne to spostrzeżenie, bo ja tego nie widzę… No, ale widzi pani, jeśli tak jest, to znaczy, że na tej koziej dupie od razu wygrał [śmiech]. Bo trzeba mieć gębę jakąś. Konkretną. Ale lata lecą i mnie też się udało. Zdobyłem w końcu pachę słonia.

Pachę słonia?!

No, na gębie. Tak się mówi na takich, co mają dużo zmarszczek. Pachy słonia się dorobiłem, no i wreszcie coś więcej zaczęło się dziać.

Marian Dziędziel

rocznik 1947; aktor filmowy i teatralny. Zagrał m.in. w filmach: „Gry uliczne”, „Śmierć jak kromka chleba”, „Show”, „Kret”, „Dom zły”, „Drogówka”, „Supermarket”, „Róża”, „Wymyk” czy „Moje córki krowy”. Za rolę w „Weselu” Wojciecha Smarzowskiego otrzymał nagrodę za najlepszą rolę męską na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni oraz Polską Nagrodę Filmową. Otrzymał także m.in. Złotą Kaczkę, Orła, Srebrny Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Mieszka w Krakowie.

Niniejszy materiał pochodzi z lutowego numeru miesięcznika „Zwierciadło”. Autorką tekstu jest Hanna Halek.

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (8)
Zobacz także