Przez 20 lat nie weszła w związek. Terapeutka odkryła przyczynę

"Nie związała się z nikim do 40-tki, wchodziła w przelotne związki, które nie miały szansy na realizację"
"Nie związała się z nikim do 40-tki, wchodziła w przelotne związki, które nie miały szansy na realizację"
Dominika Frydrych

25.05.2024 16:00, aktual.: 25.05.2024 19:16

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

- Bardzo często to, że pary wyrzekają się poznawania siebie przez ciało i doświadczania intuicji seksualnej jest przyczyną nieudanych związków - mówi Violetta Nowacka, psychoterapeutka i autorka książki "Boże, daj orgazm".

Dominika Frydrych, Wirtualna Polska: Pisze Pani: "Katolickie związki »natchnione Duchem Świętym«, którymi hołubi się Kościół, to w moim doświadczeniu trwałe, ale pozorne twory pełne ukrywanej patologii". Dlaczego?

Violetta Nowacka: W książce piszę o skutkach związków osób, które wierzą w dogmaty katolickie: że z seksem trzeba czekać do ślubu czy przyjemność seksualna to wstydliwa rzecz, bo liczy się prokreacja. Często są oparte na patriarchacie, który ogranicza kobiety.

Znam sytuacje, w których pary nie poznały się przed ślubem seksualnie. Zgodzili się na małżeństwo w oparciu o wyobrażenie o tym, jak wygląda seks, założyli, że "jakoś to będzie", a relacja seksualna powstanie jako następstwo więzi emocjonalnej czy duchowej. Ale to nie jest gwarant. Bardzo często to, że pary wyrzekają się poznawania siebie przez ciało i doświadczania intuicji seksualnej jest przyczyną nieudanych związków.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Druga pułapka to przekaz dotyczący rozwodów. Nawet jeśli jest źle, nie wolno się rozstać, a potem założyć nowej relacji - więc tkwią w związkach i próbują zakamuflować trudności. Ludzie są w pułapce dogmatu – najpierw nie wolno korzystać z ciała, a później nie wolno z tego wyjść. Pojawiają się lęki, poczucie winy i kompulsywny sposób radzenia sobie - nałogi, uzależnienia czy przemoc.

Łatwo o "nieczysty" seks.

Przypomina mi się smutna historia dziewczyny, która była wychowana w restrykcyjnej religijności i kulcie dziewictwa. Według niego seks dozwolony jest tylko po ślubie z "wybrankiem". Skoro nie ma opcji rozwodu, próba jest tylko jedna, a to potęguje presję. Jak znaleźć "tego jedynego"? Nie wiadomo, bo intuicja cielesna jest zablokowana.

Dziewczyna, o której mówię, poznała chłopaka, ale została oszukana. Partner wysłuchał jej opowieści o wielkiej miłości, ona uwierzyła, że się w niej zakochał, oddała mu "wianek", po czym on ją rzucił. Tak zaczął się jej dramat, który zamroził ją na 20 lat. To doświadczenie zmiażdżyło jej poczucie wartości. Uwierzyła, że nie ma szans na związek, że jest wybrakowana. Czuła wstyd, obwiniała się, że "nie upilnowała się", że dała się wykorzystać i nie wyczuła zagrożenia.

Nie związała się z nikim do 40-tki, wchodziła w przelotne relacje, które nie miały szansy na realizację. Dopiero po latach na terapii opłakała oszustwo, którego padła ofiarą i przepracowała wierzenia, które doprowadziły ją do znalezienia się w potrzasku tak silnego poczucia winy.

"Boże, daj orgazm"
"Boże, daj orgazm"

Wiele takich historii - o ile nie wszystkie – mają korzenie w wychowaniu. Jak rodzice mogą krzywdzić religijnie?

Matki czy babki bezrefleksyjnie przekazują córkom to, co same usłyszały. Przekazy mogą dotyczyć podrzędności kobiecej roli - mężczyzny trzeba się bać albo mu służyć, w nieskończoność wybaczać błędy czy krzywdy. To wręcz niewolnicze podejście.

Mówimy też o wstydzie ciała - trzeba ograniczać się w ekspresji seksualnej, w ubiorze, pilnować się - bo "oddaje się tylko dz*wka". Ciało i wstrzemięźliwość to glejt do dobrego życia, małżeństwa czy nagrody w niebie.

Kojarzy mi się tutaj temat masturbacji. Dzieci czy nastolatkowie dowiadują się, że to grzech i, broń Boże, nie powinny tego robić. Jedna z pacjentek, wychowana właśnie w takim przekonaniu i z nakazami w stylu "ręce na kołdrze", żyła w dużej samokontroli. Pilnowała się, żeby nie być jak koleżanki, które czytały o seksie w "Bravo Girl", ale kiedyś jej ciało zwyciężyło. W wyniku że tego, że się złamała, dostała ataku paniki. Po orgazmie poczuła ogromny lęk. Pół nocy cierpiała i czekała na karę boską, która nie nadeszła, ale ona sama straumatyzowała się przez własne wierzenie.

Po tej sytuacji zamknęła się na seksualność. Żyła w ascezie, nie zdając sobie sprawy, że jej ciało się "zamroziło", przestało funkcjonować erotycznie. Nie była w stanie uprawiać seksu. Miała do niego niechęć i wstręt do seksu, poza tym cierpiała na dyspareunię. Rozpadły się jej trzy małżeństwa. Na terapii przepracowała podwójny wstyd i poczucie winy – dotyczące masturbacji z młodości, jak i z powodu niemożności uprawiania seksu.

Straszne, jak jedna sytuacja naznaczyła jej życie.

Znam też historię kobiety, która była wychowana przez skrajnie religijną matkę. Jako sześciolatka bawiła się w doktora. To normalny, przejściowy etap zainteresowania swoim ciałem, który nie ma wydźwięku erotycznego. Została przyłapana przez matkę, która zrobiła jej awanturę. Usłyszała, że jest zboczona i że nigdy nie znajdzie męża. Latami żyło w niej to przekonanie.

Próbowała szukać partnera na portalach katolickich, ale długo była samotna. Uwierzyła słowom matki, że popełniła straszny grzech. Dopiero na terapii odetchnęła, zaczęła proces wybaczenia i zrozumienia, a potem otworzyła się na związek.

Przypomina mi się też inna kobieta uwięziona w myśleniu, że masturbacja jest zła. Robiła to, ale nigdy nie patrzyła na swoje narządy płciowe. Miała przekonanie, że jeśli nie będzie patrzeć, jej poczucie winy się rozpłynie. "Wyhodowała sobie" taką niechęć do ciała, że jako mężatka nie była w stanie uprawiać seksu inaczej niż przy zgaszonym świetle. A kiedy po latach odważyła się spojrzeć na siebie, doznała szoku, była pewna, że coś z nią jest nie tak. Zaczęła robić uporczywe korekty narządów, aż została skierowana przez jednego z lekarzy do psychologa lub psychiatry.

Przyszła na terapię nieświadoma, czego jest ofiarą. Doszłyśmy do tego, że skutek jej zaburzonego postrzegania ciała to jej sposób obchodzenia się z poczuciem winy, które nosiła w sobie.

Słychać w tym dużo lęku, ale i magicznego myślenia, sprzecznego z wizją kochającego Boga.

Często człowiek myśli, że spotka go coś złego - sąd ostateczny, potem piekło, więc musi odpokutować już teraz. Mam wrażenie, że prędzej czy później katolicy wpadają w tę dwoistość, próbując odnaleźć się między tymi skrajnymi przekazami.

Magia przejawia się też w oczekiwaniu od dziewicy, która "po latach seksualnej wstrzemięźliwości nagle wchodzi w sakrament małżeństwa", że "stanie się superkochanką".

A tak nie jest. Obchodzenie bokiem własnego ciała, odcinanie się od niego, robi nas kalekimi w doznaniach seksualnych. Jest odwrotnie – taka kobieta żyje w lęku, poskramianiu siebie i często niesie ten balast wiele lat. Trudno jej stać się zdrową, czynną kochanką, bo nie przełączamy się na taki tryb w jedną noc po podpisaniu aktu małżeństwa w kościele, gdy "już można". Nie jesteśmy uwarunkowani tylko przez naszą myślącą część, ale też przez nasz układ limbiczny, czyli emocjonalny, który warunkuje nas od dzieciństwa. Uważam, że bez terapii nie da się tego odkręcić.

Jednocześnie wielu wiernych nie słucha Kościoła w kwestii seksualności. Według CBOS życie bez ślubu i seks przedmałżeński dopuszcza 40 proc. badanych katolików.

Po pierwsze, ludzie normalizują sobie to, w co chcą wierzyć, są "autorami" swojego wariantu religii. Kibicuję w tym, żeby robić rewizje swoich przekonań, nie myśleć zerojedynkowo i podchodzić krytycznie do opresyjnych zasad.

Ale z drugiej strony wielu się oszukuje. "Muszę trzymać w ukryciu to, że postępuję niezgodnie z zasadami" - myślą, a przez to żyją w dużym napięciu, nie czują się ze sobą w porządku.

Mimo wszystko tytuł pani książki to "Boże, daj orgazm". Czy, z pani doświadczenia, można pogodzić bycie osobą religijną z udanym życiem seksualnym?

W katolicyzmie? Wątpię. Moim zdaniem założenia stoją z tym w sprzeczności. Ale to osobiste przekonanie. Jeśli ktoś jest szczęśliwy, niech ją wyznaje. A jeśli zauważa, że to, w co wierzy, szkodzi mu, wtedy niech to konfrontuje.

Rozdzieliłabym od religii duchowość i relację z Bogiem. Sama opowiadam o moim stosunku do duchowości - osobiście bliskie mi są newage'owe pomysły na to, czym jest człowiek względem siły wyższej. To humanistyczne przekonanie, że możemy kreować rzeczywistość, wierząc, że "budowniczy" jest w nas i nie musimy próbować udobruchać żadnego bóstwa.

Violetta Nowacka od ponad 20 lat jest psycholożką i psychoterapeutką
Violetta Nowacka od ponad 20 lat jest psycholożką i psychoterapeutką

Zapraszamy na grupę FB - #Wszechmocne. To tu będziemy informować na bieżąco o terminach webinarów, wywiadach, nowych historiach. Dołączcie do nas i zaproście wszystkie znajome. Czekamy na was!

Źródło artykułu:WP Kobieta
Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (87)