Pomogła odnaleźć tysiące ludzi. "Małe dziecko, które zaginie, nie przeżyje samo nocy. Umrze ze stresu"

Pomogła odnaleźć tysiące ludzi. "Małe dziecko, które zaginie, nie przeżyje samo nocy. Umrze ze stresu"

Alicja Tomaszewska pomogła odnaleźć tysiące ludzi
Alicja Tomaszewska pomogła odnaleźć tysiące ludzi
Źródło zdjęć: © Archiwum prywatne
Marianna Fijewska
27.11.2023 06:00

- Kiedyś na Śląsku zaginął 8-letni chłopczyk. Bawił się w chowanego z kolegami w pobliżu parowozowni, w której stały nieczynne lokomotywy. Wszedł do jednej z nich, zamknął klapę i… po roku ktoś zajrzał do tego parowozu, odnajdując dziecko. To znaczy ciało dziecka - mówi Alicja Tomaszewska, współzałożycielką i do niedawna prezeska Fundacji Itaka - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych.

Wywiad jest częścią podcastu OPEN FM "Męska Robota" Marianny Fijewskiej- Kalinowskiej. Podcast znajdziesz tutaj:

Marianna Fijewska-Kalinowska: Jeśli chodzi o poszukiwanie zaginionych, jest pani legendą. Pamięta pani pracę przy swoim pierwszym zaginięciu?

Alicja Tomaszewska, współzałożycielka i była prezeska Fundacji Itaka - Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych: Przyszedł do mnie starszy człowiek, który poszukiwał swojego syna. Okazało się, że syn utopił się w rozlewiskach rzeki wskutek, najprawdopodobniej, nieszczęśliwego wypadku.

Często - zwłaszcza w najbardziej medialnych sprawach dotyczących zaginięć - pojawia się wątek jasnowidzów. Wiem, że jest pani autorką raportu na temat ich pracy przy poszukiwaniach. I jest to raport raczej krytyczny.

Przeanalizowałam cztery tysiące spraw, w które zaangażowani byli jasnowidze i odkryłam, że nie mają oni wpływu na to, czy zaginiony zostanie odnaleziony, czy nie. To nigdy nie jest tak, że jasnowidz powie: "Tu leży zaginiony". Oni się mylą, podają niejasne albo sprzeczne informacje. Potrafią zaznaczyć na mapie miejsce, które ma 10 hektarów, a kto przeszuka 10 hektarów na przykład Zalewu Zegrzyńskiego? Ta pomoc w mojej ocenie jest niepraktyczna.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Przed założeniem Itaki pracowała pani w policji, gdzie zajmowała się pani nie tylko osobami zaginionymi, ale też osobami ukrywającymi się przed organami ścigania. To była trudna praca?

To była przede wszystkim bardzo ciekawa praca. Jedna z pierwszych spraw, w której brałam udział, dotyczyła zabójstwa policjanta w miejscowości Parole. Funkcjonariusze podczas akcji wywozili nielegalne rzeczy zgromadzone przez przestępców, m.in. narkotyki. I właśnie wtedy na miejsce przyjechali bandyci i zabili jednego z funkcjonariuszy. Natychmiast utworzono specjalną grupę, która była odpowiedzialna za schwytanie osób odpowiedzialnych za tę tragedię. To było siedmiu lub ośmiu przestępców, których udało się złapać, co do jednego.

Praca nad tą sprawą była niezwykle ciekawa, ponieważ zostały wówczas użyte bardzo zaawansowane środki techniki operacyjnej. Nie wolno mi zdradzić szczegółów, ale mogę powiedzieć, że jednego z przestępców udało się złapać dzięki zastawieniu zasadzki. Zadzwoniliśmy do jego żony, mówiąc, że mąż jest szczęśliwym zwycięzcą w jakiejś grze... Żona twierdziła, że nie wie, gdzie jest mąż, ale na szczęście powtórzyła mu naszą rozmowę, a on się skusił - przyjechał w miejsce, w którym miały rzekomo czekać na niego pieniądze do odebrania i dzięki temu wpadł.

To brzmi rzeczywiście fascynująco, ale i niebezpiecznie - czy pani praca wiązała się ze skutkami ubocznymi w postaci np. gróźb ze strony przestępców?

Nigdy nie byłam w sytuacji zawodowej, w której bałam się o swoje życie, a groźby otrzymywałam jedynie od ludzi, których odnaleźliśmy poprzez Itakę, a którzy wcale nie chcieli być odnalezieni. Niejednokrotnie na mnie krzyczano: "Do czego to podobne, żeby pokazywać publicznie moje zdjęcia?!". W takich sytuacjach zawsze odpowiadałam: "Sprawa jest prosta, proszę zgłosić się do najbliższej jednostki policji, wylegitymować się i powiedzieć, że pan/pani żyje, ale nie chce być odnalezionym przez rodzinę". Kłopot w tym, że większość tych osób miała wobec rodziny jakieś zobowiązania, np. alimentacyjne.

Fakt, że ktoś może ukrywać się przed własną rodziną, brzmi zadziwiająco. Czy pani, rozmawiając z tymi ludźmi, rozumiała ich motywacje?

Czasem tak. Pamiętam, że kiedyś napisała do mnie babcia zaginionej kobiety: "Bardzo kocham swoją wnuczkę, chciałabym, żeby ktoś ją wreszcie odnalazł". I my w Itace ustaliliśmy, co się stało z tą dziewczyną. Gdy ją odnaleźliśmy, bardzo na mnie krzyczała: "Oni wiedzą, dlaczego zerwałam z nimi kontakt! W mojej rodzinie była tylko wódka i bicie i to łącznie z babcią! Oni znowu będą chcieli ode mnie pieniędzy na alkohol!". Wtedy zrozumiałam, że ta babcia - autorka listu - wcale nie jest biedną staruszką, za którą ją początkowo brałam.

Jeśli nie ryzyko i strach o własne życie, to co przez lata było najgorsze w pani pracy?

Poszukiwania małych dzieci. Rocznie zdarza się od 300 do 500 przypadków zgłoszeń zaginięć dzieci, ale obecnie policja natychmiast uruchamia wszystkie możliwe środki, by jak najszybciej je odnaleźć i to się zwykle udaje. Gdy zaczynałam pracować przy zaginięciach, nie było na tyle zaawansowanych środków i czasem po prostu nie udawało nam się ustalić, co stało się z dzieckiem, a dodajmy, że małe dziecko, które zaginie, nie przeżyje samo nocy. Umrze nie tyle z zimna, co ze stresu.

Są dzieci, które zaginęły wiele lat temu i do dziś nie wiemy, co się z nimi stało, na przykład Andżelika Rutkowska, która w momencie zaginięcia miała 10 lat, Karina Surmacz - 7 lat, Basia Majchrzak - 11 lat, Ania Jałowiczor - 10 lat, Mateusz Żukowski - 10 lat czy Ewa Wołyńska - 10 lat. Ze sprawami dotyczącymi dzieci trudno poradzić sobie psychicznie.

Kiedyś na Śląsku zaginął 8-letni chłopczyk. Bawił się w chowanego z kolegami w pobliżu parowozowni, w której stały nieczynne lokomotywy. Wszedł do jednej z nich, zamknął klapę i… po roku ktoś zajrzał do tego parowozu, odnajdując dziecko. To znaczy ciało dziecka. Jest mi słabo, gdy pomyślę o tym, przez co przeszedł ten chłopiec na koniec życia. Myślę, że gdyby wtedy koledzy tego chłopca szczerze z nami porozmawiali, moglibyśmy uratować dziecko. Wystarczyłoby, żeby powiedzieli, że zaginął w trakcie zabawy - wtedy szukalibyśmy w pobliżu miejsca, w którym wówczas bawiły się dzieci, a nie wszędzie. Niestety, rodzice bali się, by ich dzieci rozmawiały z policją, chcieli je chronić i nie udało się nam pozyskać kluczowych informacji, przez co do poszukiwań zostały użyte nieadekwatne środki i zdarzyła się tragedia.

Rozmawiała Marianna Fijewska-Kalinowska

Źródło artykułu:WP Kobieta