Wyrwała się z przemocowego związku. Dziś apeluje do kobiet

Anna Stęrzewska działa w sieci jako "Ania od matmy"
Anna Stęrzewska działa w sieci jako "Ania od matmy"
Źródło zdjęć: © Facebook | Anna Stęrzewska

21.06.2024 06:00, aktual.: 12.07.2024 22:18

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

- W czasie rozwodu przeczytałam, że "gdy idziesz przez piekło, to się nie zatrzymuj". Zrozumiałam, że nie mogę się zatrzymać, bo to będzie mój koniec - mówi Anna Stęrzewska znana jako "Ania od matmy".

Ania poznała przyszłego męża, gdy miała 19 lat. Po trzech latach związku zdecydowała się na ślub. Myślała, że to mężczyzna jej życia. Dziś wie, że zignorowała liczne "czerwone flagi" i słowa rodziców, którzy sugerowali, że z tym człowiekiem nie będzie miała łatwo.

- Mówili, że moja ambicja nie idzie w parze z jego lenistwem, ale miałam klapki na oczach i zarzucałam im, że nie chcą mojego szczęścia - przyznaje.

Zignorowane sygnały

Pierwsza poważna kłótnia wybuchła miesiąc przed ślubem. - Mój były mąż był bardzo zawzięty. Gdy się czegoś uczepił, potrafił ciągnąć kłótnie godzinami, nie przyjmując logicznych argumentów.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

- Pamiętam, gdy po kilku godzinach błagania, by przestał, po prostu zamknęłam go w kuchni i płacząc, usiadłam przed drzwiami, a on ze złości wybił w nich szybę. Całe szkło spadło na mnie. Nic mi się nie stało, on zranił się w rękę i ja, zamiast przejrzeć na oczy, bałam się o niego - opowiada.

Jeszcze przed ślubem, po drobnym wypadku, mąż Ani stracił pracę. Z kolei po ślubie ona znalazła zatrudnienie w innym mieście i wspólnie się przeprowadzili. Przez kolejne cztery lata nie potrafił - i jak się okazało - nie chciał znaleźć oraz utrzymać pracy.

- Byłam naiwna, a on to wykorzystywał. Martwiłam się o niego, załatwiałam pracę, a on po prostu z niej rezygnował. Tak samo było z opłaconym przeze mnie kursem na prawo jazdy.

Systematyczne przesuwanie granic

Były już partner od początku testował wytrzymałość żony i powoli przesuwał granice. Przestał mieć zahamowania, gdy wprowadzili się do kupionego na kredyt mieszkania. Kredyt, który praktycznie w całości spłacała ona.

- Już nie musiał się przejmować, że jak coś zniszczy, nie odzyskamy kaucji. Stał się panem i władcą. Ciągle mówił: my mamy auto, my mamy mieszkanie, a ja nie potrafiłam się przeciwstawić, bo wiedziałam, że każda nieodpowiednia reakcja pociągnie za sobą wielogodzinne, obwiniające mnie o wszystko tyrady z jego strony - mówi.

- Im dłużej to trwało, tym bardziej wstydziłam się komukolwiek powiedzieć. Powtarzałam sobie, że tak najwyraźniej musi być. Zresztą, od zawsze starałam się sama radzić sobie ze wszystkim. Kurczowo trzymałam się dobrych dni, których z czasem było coraz mniej - dodaje.

- W pewnym momencie bałam się wracać do domu, bo nie wiedziałam, co tym razem mnie czeka, co źle zrobiłam czy źle odłożyłam. Brałam nadgodziny, dodatkowe zlecenia - przyznaje kobieta.

Powolne przebudzenie

Pierwsze pęknięcie nastąpiło kilka miesięcy przed podjęciem decyzji o rozwodzie.

- Jechałam wtedy do pracy autostradą. Czułam, że już nie mam siły. Pomyślałam, że może skończyć to jednym cięciem. Zorientowałam się, że jadę coraz szybciej i agresywniej. Powiedziałam sobie jednak, że nie mogę tego zrobić rodzicom. Wtedy też usłyszałam w radiu audycję o ośrodku dla ofiar przemocy. Przy kolejnej podróży służbowej zaplanowałam wszystko tak, by mąż się nie zorientował. Wyszłam wcześniej z pracy i pojechałam do ośrodka. 

Tam Ania pierwszy raz usłyszała, że działania męża to przemoc psychiczna. Poczuła, że ktoś ją rozumie. Polecono jej, by zaczęła dokumentować jego zachowania. Żeby nie wstydziła się i w razie potrzeby wzywała policję.

Wtedy jeszcze - jak przyznaje - nie przyjmowała do świadomości, że powinna się rozwieść. Zanim złożyła w sądzie papiery, zmusiła męża, by poszli na terapię.

- Terapeutka zapytała mnie wtedy, czy dalej chcę walczyć o to małżeństwo. Powiedziałam, że jeśli jest jakakolwiek szansa na zmianę, to tak. Usłyszałam: "Jeśli pani wierzy w cuda, to niech pani walczy".

Zmarnowane szanse

I tak dawała mężowi kolejne szanse. Było jednak tylko gorzej - pił i stawał się coraz bardziej agresywny. Gdy chodził po domu i w złości roztrzaskiwał kolejne butelki po alkoholu, zamknęła się w łazience i zadzwoniła na policję.

- Funkcjonariusz, który przyjmował zgłoszenie, kazał mi włączyć tryb głośnomówiący i powiedział mojemu mężowi, że patrol już jest w drodze. Ten się uspokoił, posprzątał i gdy policjanci weszli do domu, siedział w salonie, oglądał telewizor i jadł kanapki. Rzucił tylko: "Panowie, okres będzie miała, to szaleje". Pokiwali głowami. Nie chcieli nawet zobaczyć tego szkła w śmietniku, które im pokazywałam. Po prostu wyszli - wspomina.

Finalnie Niebieska Karta została założona kilka miesięcy później, już w trakcie rozwodu. Zgłoszenie przyjęto dopiero za piątym razem.

Przełomowy wieczór

Ania, zgodnie z radą pracownicy ośrodka, zaczęła nagrywać męża. To nie powstrzymało go przed wyzwiskami, pisaniem wiadomości i sugerowaniem zdrad. Wytrzymała kilka miesięcy. Przełomem okazał się wieczór, kiedy wróciła do domu po godz. 23.

- Gdy tylko otworzyłam drzwi, dostałam w twarz. Bez ostrzeżenia. Stałam jak sparaliżowana. Dotarło do mnie, że kolejna granica została przekroczona i jeśli niczego nie zrobię, będzie tylko gorzej.

- Zacisnęłam zęby, nie wiem, jak powstrzymałam się od płaczu i zaczęłam planować. Działałam na autopilocie. Następnego dnia jechaliśmy do jego rodziców. Czekałam, czy standardowo wrzuci klucze do schowka w drzwiach, a później przez całą drogę modliłam się, żeby ich nie wziął przy wysiadaniu. Nic nie przeczuwał, więc gdy wysiadł, ja pod pretekstem zapomnianej torebki wróciłam do samochodu i po prostu odjechałam. Uciekłam do rodziców i złożyłam wniosek o rozwód.

W międzyczasie były mąż wyważył drzwi i wrócił do mieszkania, utrudniając Ani powrót po rzeczy. Jak wspomina – nawet dzielnicowy odmówił jej pomocy i zasugerował, by poszła do mieszkania z kimś bliskim. Poprosiła brata. - Mąż zaczął się awanturować. Tego dnia rzucił się na mnie dwa razy - wspomina.

Zderzenie z prawną rzeczywistością

Prawniczka doradziła Ani polubowne załatwienie sprawy, żeby "publicznie nie prać brudów". Kobieta zdecydowała się jednak na rozwód z orzeczeniem winy partnera.

- Zrozumiałam, że jeśli tego nie zrobię, on będzie mógł domagać się alimentów, a tego bym już nie przeżyła.

Sprawa ciągnęła się długo, mąż powoływał świadków, którzy zeznawali przeciwko niej.

- Naprawdę łapałam się na tym, że sama sobie przestawałam wierzyć. Zaczęłam myśleć, że może to jednak ja go prowokowałam, że może mogłam coś zrobić inaczej i byłoby dobrze. Dopiero po kilku rozprawach sąd zgodził się na odtworzenie jednego nagrania. Miało dokładnie osiem minut i 47 sekund. Osiem minut i 47 sekund wyzwisk, przekleństw i manipulacji. Gdy sędzia zapytał go, dlaczego się tak do mnie zwracał, powiedział, że go po prostu wku...łam - opisuje.

Znalazło się też policyjne nagranie ze zgłoszenia i po siedmiu rozprawach Anna dostała rozwód. Wygrała też sprawę związaną ze znęcaniem, dostała 1500 zł odszkodowania, a mąż rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata oraz zakaz zbliżania się do niej.

Długa droga do wewnętrznej wolności

Po rozwodzie i sądowych bataliach Ania przez kilka miesięcy prawie nie wychodziła z domu. Później, żeby nie być sama, regularnie organizowała imprezy. Unikała też mężczyzn i alergicznie reagowała na jakiekolwiek zainteresowanie z ich strony.

- Byłam przekonana, że to koniec mojego życia. Że nic dobrego mnie już nie spotka. Po kilku miesiącach zaczęłam mieć zawroty głowy. W badaniach nic nie wyszło, ale neurolożka uświadomiła mi, że w ten sposób organizm zaczyna radzić sobie z traumą.

- Teraz łatwiej mi o tym mówić, bo minęło już kilka lat i jestem w terapii. Po dwóch latach od rozwodu poznałam mojego obecnego partnera, który powoli i cierpliwie uczył mnie, jak wygląda normalny związek.

"Nie zatrzymuj się"

Dziś Ania otwarcie mówi, że system nie sprzyja ofiarom i, mimo licznych kampanii, wciąż wiele kobiet nie zdaje sobie sprawy, że przemoc to nie tylko bicie. - Sama długo nie chciałam widzieć, że to, co robił mój były mąż, było przemocą. Później wstydziłam się, że ja, wykształcona, na stanowisku, dałam się tak zmanipulować.

- W czasie rozwodu przeczytałam, że "gdy idziesz przez piekło, to się nie zatrzymuj". Zrozumiałam, że nie mogę się zatrzymać, bo to będzie mój koniec. I tak teraz mówię wszystkim kobietom, które nie mają odwagi odejść z przemocowej relacji: będzie ciężko, ale jak już zrobisz krok, to się nie zatrzymuj.

Joanna Bercal-Lorenc, dziennikarka Wirtualnej Polski

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (97)
Zobacz także