Uciekali z Ukrainy przez granicę z Rosją. W obozach filtracyjnych przeżyli koszmar

Ukraińcy przekraczający granice z Rosją są narażeni na duże ryzyko
Ukraińcy przekraczający granice z Rosją są narażeni na duże ryzyko
Źródło zdjęć: © Getty Images | Dominika Zarzycka
Sara Przepióra

18.06.2023 12:00

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

W Polsce ochroną tymczasową jest objęte 1,6 mln uchodźców z Ukrainy. Przeważająca większość to kobiety niepewne swojej sytuacji życiowej. International Rescue Committee zbadało potrzeby Ukrainek i Ukraińców, którzy przyjechali do Polski po październiku 2022 roku.

Wyniki wywiadów i analizy źródeł wskazują, że do najpilniejszych kwestii, z którymi na co dzień się mierzą, należy brak wsparcia kryzysowego, ograniczony dostęp do potrzebnych usług oraz zagrożenia, które pojawiają się w trakcie przekraczania granicy, zwłaszcza tej z Rosją.

- Z naszych rozmów z Ukraińcami wynika, że nie chcą oni planować najbliższej przyszłości. Żyją tu i teraz, nie wiedzą, czy i kiedy będą mogli wrócić do ojczyzny, ale nie wszyscy chcą przyznać, że czas układać życie w Polsce. Zwłaszcza w obliczu eskalacji konfliktu - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Weronika Rzeżutka-Wróblewska, specjalistka ds. komunikacji w International Rescue Committee.

Jedna z respondentek IRC, pani Hanna, wyjechała z Kijowa do Warszawy z trójką dzieci. Jej mąż służył w wojsku, a po ośmiu miesiącach dołączył do niej w Polsce. - Najpierw żyli w hostelu, potem udało się im wynająć niewielkie, dwupokojowe mieszkanie w stolicy. Teraz wyczekują narodzin czwartej pociechy - opisuje Weronika Rzeżutka-Wróblewska. W Kijowie Hanna była prawniczką, cieszyła się wysoką pozycją w pracy. Gdy przyjechała do Polski, zatrudniła się w szkole jako woźna.

- Szybko zaproponowano jej pracę asystentki nauczycielki, ale wciąż walka o lepszą posadę w Polsce to dla niej inny świat. Mąż Hanny pracuje w McDonaldzie i nie ma perspektyw nawet na rozpoczęcie lekcji języka polskiego. Podjęcie decyzji o osiedleniu się na stałe w Polsce to niełatwa i często emocjonalna kwestia dla tych, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów, bliskich, społeczności - zauważa Rzeżutka-Wróblewska.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Przekraczając granicę z Rosją

W trudnej sytuacji znalazła się 75-letnia Tamila i 60-letnia Olha. Siostry uciekły z miejscowości Nowa Kachowka, przekraczając granicę z Rosją i kierując się do Polski przez kraje bałtyckie. Podróż zajęła im łącznie cztery dni.

- Musiałyśmy przejść przez Most Krymski. Czekaliśmy wiele godzin, żeby przekroczyć granicę. W Ukrainie zostawiliśmy cały swój dorobek, w tym ukochany sad owocowy. Przeprawa do Polski była ogromnym wysiłkiem. Czuliśmy się źle, zwłaszcza fizycznie. Cieszyłyśmy się, że nie padał deszcz, bo nie mokłyśmy, stojąc i czekając na naszą kolej - wyznaje Olha. Gdy opisuje drogę do Polski, jej siostra płacze.

Po dotarciu do Polski Tamila, Olha i jej mąż trafili do zbiorowego ośrodka zakwaterowania w Warszawie. - Mieszkamy w trójkę w jednym pokoju, ale jesteśmy zadowoleni. Dostajemy też darmowe posiłki. W wolnym czasie wychodzę z ośrodka, pomagam innym - mówi Olha. Problemem jest jednak lęk jej siostry, Tamili.

- Boi się tramwajów, autobusów, woli zostać w pokoju. Zanim trafiła do Polski, przeszła niejedną wojenną traumę w swojej miejscowości. Do jej domu wdzierali się żołnierze z karabinami, przeszukując wnętrza, mierząc do niej z broni - mówi Olha.

- Powtarzamy narrację o tym, że kryzys humanitarny jest za nami. Najnowszy raport udowadnia, że to nieprawda, bo potrzeby ludzi z którymi pracują organizacje pomocowe nie zniknęły w ciągu ostatniego roku. Wielu Ukraińców zmaga się z licznymi wyzwaniami związanymi z życiem na uchodźstwie w Polsce. Zwłaszcza ci, którzy przyjechali do kraju po październiku 2022 roku. Są bardziej straumatyzowani doświadczeniami wojny oraz doświadczeniami nierzadko niebezpiecznej podróży, bardziej narażeni na przemoc - wyjaśnia w rozmowie z Wirtualną Polską Alan Moseley, Dyrektor International Rescue Committee w Polsce.

Z obserwacji Moseleya wynika, że Ukraińcy, którzy docierają do Polski po ponad roku doświadczeń wojennych, nadal wymagają różnorodnego wsparcia organizacji pomocowych. - Nieco lepiej przedstawia się sytuacja życiowa Ukraińców żyjących w Polsce od dłuższego czasu. Niestety, oni także mogą mierzyć się z trudnościami, takimi jak znalezienie dachu nad głową, pracy czy poczucia bezpieczeństwa - dodaje.

Jedna nieduża torba

Hennadii jest podopiecznym IRC. Pochodzi z Mariupola. Obecnie mieszka w Warszawie wraz z żoną, synem z niepełnosprawnością i schorowaną matką w podeszłym wieku. Zanim trafił do Polski, pracował w fabryce Azowstal.

- Pracę zakończyłem 23 lutego. Dzień później zaczęła się wojna. Zostaliśmy w Mariupolu i ukrywaliśmy się w schronie przeciwbombowym zlokalizowanym pod naszym domem. Cały czas słyszeliśmy straszny hałas, byliśmy w samym centrum walk - relacjonuje mężczyzna.

22 marca, po miesiącu spędzonym w schronie, Hennadii podjął decyzję o wyjeździe z Mariupola. Zadanie nie było jednak łatwe. W całej okolicy mosty zostały zniszczone. Do Polski mógł przedostać się tylko przez terytorium Rosji.

- Nie mogliśmy zabrać ze sobą zbyt wiele rzeczy. Spakowałem garnitur, syn wziął ze sobą swój komplet eleganckich ubrań, a żona i matka po sukience. Jedna, nieduża torba - z takim bagażem wybraliśmy się w morderczą wyprawę na zachód - opisuje. Hennadii przez jakiś czas mieszkał w Mińsku. Poznał tam kilku dobrych znajomych. Postanowił więc pojechać do Polski przez Białoruś. Po drodze zaliczył przymusowy przystanek w ośrodku w Bezimienne.

- Wojskowi zgromadzili nas w grupach, rozbierali, przeszukiwali - wspomina.

Trudna droga do lepszej przyszłości

Rodzina opuściła ośrodek w Bezimienne po spędzonej tam dobie. Hennadii miał jednak spore obawy przed kolejnym spotkaniem z rosyjskimi żołnierzami. - Należę do Zboru Świadków Jehowy - wyznania zakazanego w Rosji i uważanego za ekstremistyczne. Bałem się, że się dowiedzą i zrobią coś złego - wyznaje. Hennadiiemu udało się zataić prawdę o religii, którą wyznaje.

Z ośrodka w Bezimienne rodzina trafiła do mniejszego ośrodka, w którym była przetrzymywana przez cztery dni. - Warunki były fatalne. Nie mieliśmy łóżek ani miejsca, żeby ułożyć się do snu. Żołnierze wszystko dokładnie sprawdzali i kontrolowali - opisuje Hennadii.

Po kilku dniach, wykończeni długą trasą przez Białoruś i wielogodzinne oczekiwanie w kolejkach na granicy, dotarli do Polski. Na miejscu odkryli, że sytuacja w kraju diametralnie się zmieniła. Hennadii mieszkał dawniej w Błoniach przez 11 miesięcy.

- Przybyło tak wielu Ukraińców, że trudno było znaleźć mi mieszkanie i pracę. Ceny bardzo wzrosły. Brakowało nam pieniędzy. Mieliśmy tylko ubrania i trochę jedzenia, które otrzymaliśmy od pomocnych ludzi. Czułem się z tym źle. Myślałem sobie: "jestem dorosłym mężczyzną, chcę utrzymać rodzinę, ale nie mam takiej możliwości - dodaje zmartwiony.

Hennadii znalazł pracę dzięki przyjacielowi ze zboru. Codziennie budzi się o piątej rano, wsiada na rower i jedzie do magazynu, który sprząta. Do domu wraca o 14:00. Zasiada z rodziną do wspólnego posiłku. Potem bliscy mają czas na wspólne zajęcia. - Chodzimy do parku, na basen, spotkania religijne i odwiedzamy przyjaciół. Chcemy zostać w Polsce, ułożyć sobie życie i nie martwić się o to, co przyniesie przyszłość - kwituje.

Sara Przepióra, dziennikarka Wirtualnej Polski

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.

Źródło artykułu:WP Kobieta
Oceń jakość naszego artykułuTwoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Zobacz także