Jest położnym. Mówi, z czym spotyka się w swojej pracy

Tomasz Kołodziejczyk od ponad 15 lat jest położnym
Tomasz Kołodziejczyk od ponad 15 lat jest położnym

12.05.2024 06:50

Zalogowani mogą więcej

Możesz zapisać ten artykuł na później. Znajdziesz go potem na swoim koncie użytkownika

- Edukacja jest bardzo ważna, zrozumienie swojego ciała, bo później spotykamy się z nastolatkami, ale i dorosłymi kobietami, które nie wiedzą, że są w ciąży i odkrywają to na zaawansowanym etapie - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską położny Tomasz Kołodziejczyk.

Joanna Bercal-Lorenc, dziennikarka Wirtualnej Polski: Pewnie to pierwsze pytanie, które zwykle słyszysz, ale muszę je zadać. Dlaczego zostałeś położnym?

Tomasz Kołodziejczyk, położny: Słyszałem je nieraz. Myślałem o studiach medycznych, m.in. o fizjoterapii, ale kontuzja przed egzaminami wstępnymi sprawiła, że musiałem poszukać czegoś innego. Zdecydowałem się na położnictwo, choć niewiele na ten temat wiedziałem. Okazało się, że to strzał w dziesiątkę.

W tej branży chyba nie ma wielu mężczyzn.

Początkowo na roku było nas dwóch, po pół roku zostałem sam. Przede mną było dwóch studentów, więc facet na położnictwie nie był nowością, ale i nie był rutyną. Wśród wykładowców widać było zaskoczenie. Myśleli, że to fanaberia.

Może żony szuka...?

Możliwe, nie pomyślałem o tym. Początkowo podchodzili do mnie, jakby to był tylko przystanek na mojej drodze zawodowej, nie wybór. Później i oni, i ja zrozumieliśmy, że to dobra decyzja. Teraz jest więcej mężczyzn położnych, choć kobiet oczywiście zdecydowanie więcej.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Jeśli o jakimś zawodzie można mówić, że jest typowo kobiecy, to położnictwo chyba takim jest. Nieraz słyszało się historie o męskich omdleniach przy porodach.

To prawda. I fakt, omdlenia mężczyzn się zdarzają. Jednak ja mam na ten temat pewną teorię.

Jaką?

Przyjęło się, że mężczyzna musi być tym twardym, odpowiedzialnym, sprawczym. Przy porodzie jednak on nie ma na nic wpływu, nie może pomóc żonie czy partnerce. I właśnie ta bezsilność potęguje stres, który objawia się w różny sposób, także omdleniami. Nikt nas do tego nie przygotował. Sam pamiętam pierwszy poród, który obserwowałem. Stałem z boku i tak samo jak koleżanki, płakałem. W pierwszej chwili myślałem, że mi się udzieliło, ale po chwili zrozumiałem, że to nie to. Usłyszałem krzyk dziecka, zobaczyłem płacz matki i po prostu te łzy poleciały. To piękny moment.

Wtedy zrozumiałeś, że chcesz zostać w zawodzie?

Miałem kilka takich momentów, ale ten był jednym z nich.

A ile lat już pracujesz?

Ponad 15.

Pierwszy oddział?

Intensywna terapia noworodka przez trzy lata i to przygotowało mnie do pracy na oddziale neonatologicznym, gdzie jestem obecnie.

Czyli zajmujesz się noworodkami i przy okazji matkami po porodzie.

Tak.

Jak reagują pacjentki i ich mężowie na widok mężczyzny położnego?

Nigdy nie spotkałem się z negatywnym odbiorem, choć bywają zaskoczeni, nie dowierzają i zastanawiają się, czy będę w stanie tak samo zrozumieć kobietę, jak druga kobieta.

I udaje się?

Chyba tak, bo ja zwykle staram się zdjąć z pacjentek ciężar nadmiernego "zamartwiania się". Pokazuję, że dzieci w kolejnych dobach na przemian potrafią być pobudzone i apatyczne, oraz że to my jesteśmy od tego, żeby wyłapać wszystko, co może wynikać z choroby, a kobieta nie musi tego wiedzieć. Choć często wydaje jej się, że powinna.

Bo inaczej jest złą matką? Chyba wciąż pokutuje mit, że kobieta widzi dziecko i od razu wie, co ma robić, a jak nie wie, to jest złą matką.

To niestety prawda, dlatego zawsze dokładnie przyglądamy się nie tylko noworodkom, ale i ich matkom. Może pojawić się zmęczenie, baby blues, ale i depresja poporodowa. Zresztą, zwykłe niedospanie może powodować drobne potknięcia, nerwy, które niestety szybko w głowie przeradzają się w złe myśli.

Niewpisujące się w kanony lansowane w mediach społecznościowych? Moja mama położna wywraca oczami, gdy widzi filmiki z kwitnącymi po porodzie celebrytkami.

Przydałoby się, żeby większość kobiet przychodzących do porodu miało mamy położne, które je sprowadzą na ziemię i wyrzucą im te telefony przez okno. Jak się ma cztery nianie i osobny pokój do spania, to można tak wyglądać. Nie ma się czym przejmować i porównywać. Media społecznościowe i różnego rodzaju grupy są dobre, ale trzeba je mocno przesiewać. To samo z - jak to mówimy - "wujkiem Google". Bo wysypka na skórze noworodka nie musi być nowotworem, a reakcją skórną wynikającą z niedojrzałości. Matką też zostaje się pierwszy raz. Zauważyłem, że właśnie wtedy najczęściej przydaje się to moje "męskie podejście", jak powiedziała mi ostatnio jedna pacjentka.

To znaczy?

Mniej przejmowania się, szczególnie jeśli robi się coś pierwszy raz. Obserwuje to np. podczas nauki przewijania dziecka, gdy raz, drugi, trzeci coś nie wyjdzie. Wiele osób nie bierze pod uwagę, że dziecko nie jest stworzone, by nam ułatwić tę czynność. Wtedy pojawiają się nerwy: "Dlaczego tak kopiesz, krzyczysz" i w głowie rodzi się poczucie, że jest się beznadziejną matką. Podobnie z innymi czynnościami, jak karmienie, że musi się udać od razu. Nie, nie musi i nie ma się czym przejmować. Warto to sobie uświadomić jeszcze przed porodem i pamiętać o tym w przypływie emocji, bo przecież nie skrzywdzę dziecka, jak mu założę odwrotnie pampersa czy początkowo nie będę umiała nakarmić samodzielnie.

Może za mało się o tym mówi, nie tylko w szkole rodzenia, ale wcześniej - podczas edukacji seksualnej w szkołach.

Myślę, że oprócz biologii, w szkołach powinny być prowadzone tego typu zajęcia, oczywiście z odpowiednio dobraną do wieku treścią. Sam jeszcze na studiach prowadziłem lekcje z dzieciakami w podstawówce właśnie na temat ciąży, od poczęcia do rozwiązania. I zaskoczyły mnie swoją dojrzałością. Przyjęły to z dużym zainteresowaniem i zrozumieniem.

Później warto coś takiego powtarzać na wyższych stopniach edukacji, aby mówić nie tylko o antykoncepcji, ale o odpowiedzialności i konsekwencjach swoich czynów. Edukacja jest bardzo ważna, zrozumienie seksualności, swojego ciała, bo później spotykamy się z 16-, 17-latkami, ale i dorosłymi kobietami, które nie wiedzą, że są w ciąży i odkrywają to na zaawansowanym etapie.

Dużo jest takich nastolatek przychodzących do porodu?

Zdarzają się. Mają też różne życiowe sytuacje i doświadczenia, niezależne od stopnia zamożności czy wykształcenia rodziców. Tu zawsze się zastanawiamy, czy to brak wiedzy, czy pośpiech i znowu pojawia się kwestia edukacji.

Jakie są najtrudniejsze momenty w tej pracy?

Śmierć. Często niestety nie da się tego uniknąć, ale nie da się też odpowiednio przygotować. Na zawsze zapamiętam swojego małego pacjenta, którego przyjmowałem na świat i opiekowałem się nim do końca. To było dziecko z wieloma wadami i zgon był niestety bardzo prawdopodobny, jednak walczyliśmy o niego tak, jak o wszystkie dzieci. Zdawałem sobie sprawę, że to może nastąpić, ta pierwsza śmierć była dla mnie bardzo trudnym przeżyciem. I choć człowiek stara się do tego podchodzić profesjonalnie, czuje się ukłucie w sercu i długo się myśli o takich pacjentach i pacjentkach. Zawsze zostaje ślad, jednak trzeba dalej pracować i wierzyć w swoje umiejętności.

Trwają dyskusje na temat opieki okołoporodowej. Pojawił się pomysł premiowania porodów ze znieczuleniem. To dobre rozwiązanie?

To szeroki temat, do którego trzeba podejść wielotorowo, jednak premiowanie porodów naturalnych ze znieczuleniem zewnątrzoponowym być może pozwoliłoby na zatrudnienie anestezjologa na trakcie porodowym. Czy przyczyni się do zmniejszenia liczby cięć cesarskich? Być może będzie jednym z elementów.

"Cesarek" jest faktycznie dużo. Skąd to się bierze?

Tak, wyprzedzamy średnią europejską o 20, a nawet 30 proc. To spory problem, bo niestety często są to zabiegi na życzenie, nie ze wskazań medycznych. Dodatkowo przy porodzie naturalnym ze znieczuleniem zewnątrzoponowym potrzebny jest anestezjolog, a tych również jest mało, a poród naturalny trwa dłużej niż cięcie cesarskie. Obecnie są już specjalne kursy anestezjologiczne dla położnych, ale są też inne możliwości łagodzenia bólu porodowego. Nadmiar cięć ponownie tłumaczyłbym brakiem odpowiedniej edukacji. Mam wrażenie, że samo cięcie cesarskie jest pokazywane, jako coś szybkiego, łatwego, nie mówi się o tym, co jest później.

A to przecież poważny zabieg.

Oczywiście. To nie zabieg u kosmetyczki, choć mam wrażenie, że tak jest przedstawiane, tylko rozległa operacja, która może nieść za sobą wiele, często długofalowych powikłań. Kobiety muszą mieć świadomość tego, co się może wydarzyć podczas porodu naturalnego, ale powinny też znać konsekwencje cesarskiego cięcia. Dlatego sądzę, że w standard opieki okołoporodowej powinny być wpisane dodatkowe, indywidualne konsultacje z położną. Tak jak się chodzi do lekarza. Bo w szkole rodzenia zwykle jest wiele osób i nie zawsze o wszystkim zdąży się porozmawiać.

Czasem ktoś się może wstydzić o coś zapytać.

Dokładnie, a podczas indywidualnego spotkania położna mogłaby spokojnie wytłumaczyć pacjentce, jak wyglądają etapy porodu naturalnego, jakie ma możliwości dotyczące znieczulenia, ćwiczeń miednicy, a także jak wygląda cięcie cesarskie i rekonwalescencja po takim zabiegu. Dzięki temu kobieta mogłaby to sobie przemyśleć i podjąć dobrą dla siebie decyzję. Ona się może zmienić na bloku porodowym, bo sytuacje bywają różne, jednak będzie świadoma i przygotowana na to, co ją czeka. Nie wiem, czy to rozwiąże problem cięć cesarskich na życzenie, ale myślę, że uspokoi pacjentkę i lepiej przygotuje ją choćby do komunikacji z położną już na trakcie porodowym.

Rozmawiała Joanna Bercal-Lorenc, dziennikarka Wirtualnej Polski

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.
Komentarze (13)