Pracuje na plantacji. "W Polsce żyję z tego, co zarobię w Niemczech"

Pracuje na plantacji. "W Polsce żyję z tego, co zarobię w Niemczech"

Rozpoczyna się czas prac sezonowych
Rozpoczyna się czas prac sezonowych
Źródło zdjęć: © East News | Jakub Kaminski
Dominika Frydrych
15.05.2024 06:00

Anna od 20 lat spędza pół roku na szparagach i malinach w Niemczech. - Nie pracujemy na akord, tylko na godziny. Stawka jest taka, jak w całych Niemczech. Po trzech miesiącach dostaję na rękę około 40 tysięcy złotych i myślę, że to dobra stawka - mówi.

Anna Sikora od 20 lat pracuje na plantacji w Niemczech. - Miałam 20 lat i to była moja pierwsza praca sezonowa za granicą - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską. - Załatwił ją ktoś z rodziny. Wyjechaliśmy razem z partnerem.

- Nie zdecydowałam się na przeprowadzkę na stałe, przyjeżdżam tu na sezon, a potem wracam do Polski. Z kolei mój partner, który dziś pracuje jako brygadzista, jest w Niemczech prawie cały rok.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

W tym roku Anna wyjechała do pracy tuż po świętach wielkanocnych i zostanie tam, jak zawsze, do października. Jak radzi sobie dzieleniem życia na dwa kraje? - Kwestia przyzwyczajenia - mówi. - Na pewno nie jest łatwo, zwłaszcza że mamy 17-letnią córkę. Na co dzień mieszka w Polsce, spędza z nami wakacje w Niemczech, a we wrześniu, gdy my jeszcze zostajemy, wraca do szkoły. Ale ten rok jest pierwszy, w którym ona też chce spróbować pracy tutaj, na malinach. Będzie miała okazję, żeby się wykazać.

Anna pracuje 10 godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu, ale, jak dodaje, są weekendy, gdy trzeba zostać dłużej - i wiele osób z tego korzysta.

- Zaczynamy od 7:00 do 12:00, potem mamy dwie godziny przerwy w miejscu zamieszkania - możemy wtedy zjeść obiad i odpocząć. O 14:00 wracamy do pracy i jesteśmy tam do 19:00 – opowiada.

Plantacja nie jest duża. Dziewięć osób przyjeżdża do pracy z Polski, a 11 z Rumunii. - Ale to nie jest reguła. Mój partner był ostatnio w innym miejscu, w którym pracowało 500 osób. Rozmawiał z ludźmi stamtąd - i jest ciężko. Nikt nikogo nie zna, swojego szefa nigdy nie widzieli... Ja ze swoim mieszkam praktycznie okno w okno, jest dostępny od rana do wieczora.

Anna Sikora od 20 lat jeździ do Niemiec na zbiory szparagów i malin
Anna Sikora od 20 lat jeździ do Niemiec na zbiory szparagów i malin© Archiwum prywatne

Pracownicy mieszkają w specjalnych kontenerach z pokojami jedno- i dwuosobowymi. Jest wspólny hol, projektor i rzutnik, więc da się oglądać telewizję. Do tego bilard, piłkarzyki i lotki. - Jeśli ktoś ma siłę po pracy, może się miło zrelaksować - śmieje się Anna. Za darmo dostają wodę i ziemniaki, resztę jedzenia kupują sami. - Mamy je nielimitowane, bo szef ma jeszcze restaurację, możemy je brać kilogramami - tłumaczy.

Zarobek zależy od konkretnej pracy. - Nie pracujemy na akord, tylko na godziny. Stawka jest taka, jak w całych Niemczech - 12,41 euro. Jeśli ktoś chce wypracować więcej i bierze nadgodziny, może dojść do 3,5-4 tys. euro miesięcznie. Po trzech miesiącach dostaję na rękę około 40 tysięcy złotych i myślę, że to dobra stawka. Oczywiście są różni ludzie, niektórzy chcą jak najszybciej skończyć - ale nasza ekipa wie, po co tu przyjeżdża. Dla niektórych to główne źródło dochodu - mówi Anna. Tak jest właśnie w jej przypadku.

- W Polsce żyję z tego, co zarobię w Niemczech - kwituje.

Chociaż jest zatrudniona w tym samym miejscu od 20 lat, nie zamierza tego zmieniać. - Jest nam dobrze i nie szukamy nikogo innego - podkreśla. - Czuję się tu jak w domu i można powiedzieć, że jestem z rodziną - bo oprócz partnera przyjeżdża tu też syn mojej siostry czy moi najlepsi przyjaciele. Jesteśmy zgrani i rozumiemy się bez słów. To ważne, szczególnie że sama praca jest ciężka. Na szczęście nie wpływa jeszcze na moje zdrowie, ale to pewnie wyjdzie dopiero po latach. Kręgosłup odczuwa się na co dzień - na początku trochę boli, potem można się przyzwyczaić... Czuję się jak sportowiec na codziennym treningu - śmieje się. - Ale pieniądze są tego warte.

"Za sześć tygodni zarabiałam ponad 2 tysiące euro"

- Pracowałam w Austrii, głównie przy zbiorze borówek, ale też malin, porzeczek i agrestu. Miałam też możliwość pracy na hali przy sortowaniu - opowiada Sylwia. Jeździła na zbiór przez cztery lata w wakacje.

Pracowała codziennie od 7:00 do 17:00 - czasem, w przypadku większego zamówienia, zaczynała godzinę lub dwie wcześniej, ale to zdarzało się rzadko. - Czasem w niedzielę było wolne lub pracowałam pół dnia, do przerwy obiadowej – dodaje.

Sylwia dowiedziała się o ofercie dzięki znajomym. - Szukali osoby, a że ja szukałam pracy, pojechałam - wyjaśnia. Standardowo czas pracy trwał sześć tygodni, ale można było też zostać na osiem lub mniej.

- Pracowałam na akord. Prawdę mówiąc nie wiedzieliśmy dokładnie, jaka była stawka, bo za każdy owoc, jak i za każdą odmianę borówek była inna cena za kilogram. Za sześć tygodni zarabiałam ponad 2 tysiące euro.

Nie narzeka na warunki. - Miałyśmy kontenery po cztery osoby. Łóżka piętrowe, w każdym był też stół, krzesła, lodówka i szafka. A gdy pojechałam za trzecim razem, okazało się, że wymienili materace na nowiutkie - mówi.

Łazienki były wspólne, w osobnym pomieszczeniu. - Sześć pryszniców i cztery toalety. Wszystko nowe. Była tam osoba odpowiedzialna za porządek, więc nie mogę nic złego powiedzieć.

Podczas pracy codziennie było 1,5 godziny przerwy obiadowej. Poza tym pracownicy mieli też zapewnione śniadania i obiady na stołówce, a na pole dostawali wodę. Sylwia podkreśla, że chociaż praca w słońcu nie należała do łatwych, dawała radę. - Wystarczyło się odpowiednio ubrać i pić wodę. Dobrze to wspominam, chociaż przez nawozy do tych roślin miewałam pogorszenie AZS (atopowego zapalenia skóry - przyp. red.). Na szczęście zawsze brałam ze sobą leki. A kiedy wracałam do domu po kilku tygodniach, skóra po pewnym czasie też wracała do dobrego stanu.

"Wiele osób z 'polskiego' hotelu traktowało to jak wyjazd na wakacje"

Oliwia pracowała na winobraniu we Francji. - Nie korzystałam z agencji, dostałam ofertę po znajomości. Znajoma osoba od paru lat jeździła z ekipą do kobiety, która miała "szampaniarnię". Zwolniło się miejsce, więc pojechałam - wyjaśnia. To był dla niej idealny układ - z jednej strony atrakcyjne pieniądze, z drugiej – zgrana, zżyta grupa.

Pracowała około dwóch tygodni. - Założenie było takie, że mogło to potrwać trochę dłużej. Wszystko zależało od tego, w jakim czasie zbierzemy owoce - mówi.

- Zdecydowaliśmy z grupą, że nie chcemy wolnych dni, wolimy szybciej skończyć. Godziny w ciągu dnia były różne, w zależności, ile było pól do przerobienia – czasem osiem, czasem 10 albo nawet 12 godzin. Oczywiście mieliśmy przerwy.

Grupa płaciła za wynajem autobusu i paliwo, żeby dojechać na miejsce i móc się tam poruszać, a pracodawcy fundowali nocleg.

- Spaliśmy w hotelu. Nie był ekskluzywny, ale warunki przyzwoite, czyste, zadbane pokoje. Mieliśmy to szczęście, że zakwaterowano nas w miejscu, w którym spali przede wszystkim Francuzi. Raz zdarzyło się, że w naszym hotelu było wesele, więc przeniesiono nas do takiego, w którym mieszkali Polacy. Było tam dużo gorzej, o wiele niższy standard. Poza tym, z moich obserwacji wynika, że o ile my wstawaliśmy około 5:00-6:00, żeby o 7:00 już być w pracy, wiele osób z "polskiego" hotelu traktowało to jak wyjazd na wakacje, imprezowało. Do tego niemiła i groźna atmosfera - pamiętam sytuację z szarpaniną i pobiciem między mieszkańcami - wspomina.

Grupa nie miała zagwarantowanego wyżywienia. - Każdy przygotowywał parę słoików obiadowych i dzieliliśmy się nimi na zmianę. Robiliśmy też zakupy na miejscu. Pracodawcy dawali nam wodę, ale też częstowali nas szampanem - dodaje.

Największą zaletą były finanse.

- Po odliczeniu kwoty za transport i jedzenie po powrocie zostawało mi około 7-8 tysięcy złotych na rękę. Za dwa tygodnie pracy to więcej niż przyzwoicie – ocenia.

Zdecydowała się na taki wyjazd dwa razy. - Czasami chciałam uciekać - śmieje się. - Były momenty, że przeklinało się tę pracę i marzyło się, żeby wrócić do domu i odpocząć. Przede wszystkim przez pogodę - wysokie temperatury, słońce, kurz i brud przez tyle godzin były wykańczające. A pracowałam na akord, więc miałam płacone za kilogramy, a nie godziny. Przez ostatnie dni modliłyśmy się z koleżanką, żeby już skończyć. Ale po powrocie do Polski mijał tydzień czy dwa, zapominałam o zmęczeniu i czułam, że mogę znowu jechać.

Dominika Frydrych, dziennikarka Wirtualnej Polski

© Materiały WP
Źródło artykułu:WP Kobieta